dubitando
30.01.06, 17:49
Porażka, gdy jest niespodziewana i dotkliwa, zakłóca ostrość widzenia i
blokuje energię polityczną
Działania Platformy Obywatelskiej ostatnich kilku miesięcy stanowią
ewenement, o ile nie precedens w praktyce europejskiego parlamentaryzmu. Nie
znam przykładu, by partia niemal koalicyjna stała się w ciągu kilku dni
partią twardo opozycyjną wobec swojego niedawnego koalicjanta. Przykład ten
wskazuje na sytuację z istoty swojej absurdalną. Pozostawanie w opozycji ma
sens wyłącznie w przypadku zasadniczych różnic historycznych, programowych
czy światopoglądowych. Różnic takich między PO i PiS nie ma, a te, które są,
mają charakter drugorzędny bądź możliwy do załagodzenia, kompromisu lub
współistnienia.
Skoro opozycyjność nie wynika z różnic fundamentalnych, to jej "twardy"
charakter może sprowadzać się wyłącznie do kwestii personalnych,
emocjonalnych lub retorycznych. Na takiej też podstawie oparta jest aktualna
ideologia partyjna PO. Głosi ona praktycznie jedną tezę: podstawowym
zagrożeniem dla demokracji, ładu i Polski jest PiS. Donald Tusk wygłasza
trwające kilkadziesiąt minut przemówienia o niegodziwości PiS. Bronisław
Komorowski od kilku miesięcy nie wypowiedział publicznie ani jednego zdania,
którego treść nie redukowałaby się do pomstowania na Prawo i Sprawiedliwość.
To samo dotyczy Stefana Niesiołowskiego, Pawła Śpiewaka i kilku innych
medialnie aktywnych polityków.
Pierwszy raz absurd tej sytuacji objawił mi się z całą mocą, gdy oglądałem w
telewizji wystąpienie Tuska ogłaszające urbi et orbi, że PO przechodzi do
twardej opozycji. Oczekiwałem, że przedstawiona zostanie jakaś strategia
polityczna, alternatywny pomysł na Polskę, koncepcja działania zmierzająca do
osiągnięcia jakiegoś celu uzasadniającego ten krok i nadającego sens
aktywności partii. Nic z tego. Przez kilkadziesiąt minut mieliśmy wyłącznie
obsobaczanie PiS. I tak już pozostało.
Gdybym był członkiem lub zwolennikiem Platformy, czułbym się wówczas
rozczarowany i wściekły. Czy jedynym uzasadnieniem rezygnacji z wielkiego
zakresu władzy nad krajem i odpowiedzialności za Polskę ma być erupcja
pretensji i złości wobec niedawnego koalicjanta? I po to był ten cały wysiłek
ludzki, finansowy i polityczny włożony w wybory, by w końcu powiedzieć "nie",
ponieważ PiS-owcy są wstrętni?
Dokonując tego kroku PO skazała się na polityczną jałowość. Od kilku miesięcy
partia - używając niezbyt wyrafinowanej metafory - kręci się w kółko i nie
jest zdolna do jakiegokolwiek ruchu twórczego.
Kilkakrotnie pytałem moich znajomych z PO, jaki jest cel trwania w stanie
złośliwej jałowości, ale nie uzyskałem odpowiedzi. Część z nich sama nie
rozumie, a część odpowiada nie tyle wskazując cel, ile przyczynę: wszystko
dlatego, iż PiS "nie podzieliło się władzą", czyli nie oddawało Platformie
MSWiA, lecz trudne resorty gospodarcze. Kwestia MSWiA niczego nie wyjaśnia,
ponieważ wszyscy wiedzieli, iż sprawy wewnętrzne i sprawiedliwości stanowiły
okręt flagowy PiS, tak jak sprawy gospodarcze okręt flagowy Platformy. Gdyby
PiS chciało sobie wziąć "trudne resorty gospodarcze", to zapewne podniósłby
się jeszcze większy rwetes, że jest to zamach na gospodarkę grożący powrotem
do socjalizmu.
Jałowość politycznej postawy Platformy jest także racjonalna, choć w sensie
dość perwersyjnym. Wskazanie PiS jako jedynego wroga może mieć przez pewien
czas funkcję jednoczącą. Politycy PO postawili na niechęć do PiS, jaka
występuje w niektórych środowiskach. Działają według takiego mechanizmu: PO
deklaruje, że jest opozycją i tak się zachowuje; PiS reaguje więc odpowiednio
traktując PO właśnie jako opozycję; na to PO podnosi wrzawę, że PiS nie chce
koalicji, bo traktuje PO jako opozycję. Ten mechanizm jest tyleż
niedorzeczny, co skuteczny. Niedorzeczny, bo opozycja nie ma prawa mieć
pretensji, że nie jest traktowana jako koalicjant, natomiast skuteczny, bo
utrwala podziały między PO i PiS.
Zadziwiać musi, że podobna polityka, mimo oczywistej niedorzeczności, nie
spotyka się z krytyką, ale nawet zyskuje sympatię. Ideolodzy Platformy
posłużyli się bronią, która w polskich środowiskach medialno-inteligenckich
jest pewniakiem: Rydzykiem i Lepperem. Jeśli tylko zamacha się przed oczami
oraz umysłami pewnej części Polaków Radiem Maryja i Samoobroną - nieważne,
jak takie machanie opiera się na bezpodstawnej insynuacji - reakcja, niczym u
psa Pawłowa, bywa natychmiastowa. Przeciwnik zostaje zdyskredytowany,
natomiast insynuator zyskuje tysiące klakierów, którzy nabierają dumnego
przekonania, że uczestniczą w wielkim starciu między dobrem a złem.
Ideologiczne pisożerstwo uprawiane przez Platformę najlepiej sprzedaje się
poprzez krytykę cech osobowych Jarosława Kaczyńskiego. Okazuje się on być
nieodpowiedzialnym politycznym dryblerem, człowiekiem chorobliwie dążącym do
władzy absolutnej, destruktorem, notorycznym kłótnikiem etc. Lista jest długa
i radykalnie przekracza wszystkie możliwe granice dorzeczności. Subtelni
intelektualiści w rodzaju Pawła Śpiewaka snują analogie z Robespierrem, a
Stefan Niesiołowski codziennie występuje z jeszcze straszniejszymi
skojarzeniami. Temu wszystkiemu przyklaskują "autorytety niezależne" spoza
PO. Kazimierz Kutz powiedział w programie Tomasza Lisa, że Kaczyński
przypomina mu bohatera filmu Chaplina "Dyktator". Zważywszy, że film Chaplina
był satyrą na Hitlera, polski reżyser powiedział faktycznie, że Jarosław
Kaczyński przypomina mu Hitlera. Prowadzący dziennikarz - niedoszły prezydent
RP - nawet się nie zająknął na taką opinię, zajmując się kontrowaniem
siedzącego po przeciwnej stronie PiS-owca. Obraźliwe idiotyzmy uchodzą nie
tylko za przenikliwe opinie polityczne, lecz nadto za przejawy szczególnej
wrażliwości moralnej.