Gość: ADIUNKT
IP: *.zgora.dialog.net.pl
15.05.03, 08:41
Wypada kolejny raz zadać takie oto pytanie: Czy Uniwersytet
wciąż będzie największym pracodawcą? Coraz
częściej się zastanawiam, czy przy obecnej polityce rozwojowej
uczelni jest to możliwe. Wszak podejmowane przez rektora decyzje
skłaniają środowisko zielonogórskich naukowców do powątpiewania.
Uniwersytet rośnie w mury (dobrze, że władze miasta gotowe są
ten proces wesprzeć), ale ów rozwój – trzeba przyznać, że
spektakularny – odbywa się, niestety, kosztem dydaktyki i nauki.
Budynki i ich wyposażenie sporo kosztują. Znaleziono więc sposób
na pokrycie tych kosztów, wymyślając różnego rodzaju rozwiązania
oszczędnościowe.
W tej chwili nie ma co marzyć o delegacjach służbowych, które w
dużym stopniu rekompensowały koszty kwerend naukowych w
odległych bibliotekach i archiwach. Nie ma również co marzyć o
stypendiach doktorskich, czy też drukowaniu przez uczelnię w
takiej liczbie, jak niegdyś, publikacji
naukowych.
Poza tym rektor wprowadził nakaz zwiększenia liczebności
grup ćwiczeniowych kosztem ich ilości. A to sprawiło, że warunki
pracy dawno rozminęły się tu z praktyką uniwersytecką. Zamiast
dotychczasowych piętnastoosobowych grup, mamy masówkę. Zamiast
uniwersyteckich dysput – szkolne odpytywanie studentów.
Kolejnym efektem tego rozwiązania jest drastyczne zmniejszenie
przeznaczonych do podziału godzin dydaktycznych, przy
systematycznym zwiększaniu pensum pracownikom naukowo-
dydaktycznym. To wywołało prawdziwy ferment, doprowadzając
ostatecznie do sytuacji, w której większość z nas, a zwłaszcza
młodsi koledzy i koleżanki (asystenci będący dopiero na
starcie), zaczyna się obawiać o miejsce pracy. Nie mówię tu o
pracownikach wydziałów wciąż dochodowych (np. zarządzania),
gdzie wciąż można jeszcze dorobić do pensji, prowadząc zajęcia
ponadwymiarowe i na studiach zaocznych, lecz o humanistach i
pracownikach niektórych instytutów Wydziału Nauk Pedagogicznych
i Społecznychach (często skazanych na zwykłe pensum, a nawet
jego nie wyrabiane, bo nie ma takiej możliwości).
Na wydziale humanistycznym sytuacja jest wręcz katastrofalna. W
niektórych instytutach brakuje bowiem godzin do przydzielenia
poszczególnym pracownikom na studiach dziennych, gdy tymczasem
studentów zagoniono do trzydziestoosobowych grup ćwiczeniowych.
Szanowni Państwo, nasz uniwersytet wizualnie rośnie w górę, ale
nie są to mury pobudowane na solidnych fundamentach. Co z tego,
że mamy i będziemy mieli coraz więcej szkła i aluminium (vide:
budynki kampusu A), gdy w tej scenerii zaczynają się czaić
ludzkie dramaty? Wszak zwolnienia zwłaszcza młodych pracowników
nauki wiszą na włosku, choć nikt – z rektorem na czele – nie
śmie o tym mówić głośno.
Ten sam rektor zresztą uparcie twierdzi, że o obniżeniu poziomu
dydaktyki mowy być nie może. A ja tymczasem twierdzę, że wraz z
rozpoczęciem szalonych inwestycji lokalowych oraz koniecznością
wprowadzenia w związku z tym wszelkich niedogodności (zwłaszcza
zwiększonej liczebności grup) ten poziom zaczął
lecieć – na łeb, na szyję.
Lepiej wybudować za mniejsze pieniądze bibliotekę z prawdziwego
zdarzenia (służącą całej społeczności akademickiej), zakupić
więcej książek i wszelkich innych pomocy naukowych, niż pchać
niebagatelne sumy w rozpasane mury, a potem zdychać, łatać
naprędce budżetowe dziury kosztem pensji pracowników - do reszty
zdegustowanych. Ciekaw jestem, czy przyjdą do nas pracować spece
od prawa, gdy tak w dużym stopniu obniżono pensje profesorskie.
Czy Pan, Profesorze i Rektorze, tę kwestię w ogóle bierze pod
uwagę? A pracownicy innych instytutów, póki co jeszcze
funkcjonujących? Czy oni też nie odejdą? A może ma Pan zamiar
się ich pozbyć, zwłaszcza humanistów, którzy - patrząc na
prowadzona w uczelni politykę - zdają się być zbędnymi w
społeczności akademickiej?!
Pozdrawiam i - przykro mi to mówić - nie mogę się doczekać Pana
odejścia z tej funkcji.