Trudno uwierzyć, że czas leci tak szybko – już od piętnastu lat Fish nie jest
wokalistą Marillion. Wydawało się, że całość to nierozerwalna i chyba trochę
tak jest. Podczas gdy reszta zespołu stara się na siłę uciec od tego, co
robili wspólnie, Fish nagrywa płyty nieco bardziej nawiązujące do przeszłości
(zresztą, okładki projektuje mu Mark Wilkinson, odpowiedzialny za opakowania
płyt Marillion z Fishem, chociaż nową płytę Fishowi ozdabiał wspólnie z Van
Goghiem). Nie inaczej jest z najnowszym dokonaniem artysty…
„Field of Crows” to tradycyjne spotkanie z majestatyczną, nieco archaiczną
muzyką wielkiego Szkota. Już otwierające, majestatyczne „The Field”
przypomina nam, z kim mamy do czynienia. Utwór jak najbardziej fishowy –
nieco brzmień Marillion, zaprawionych delikatnie szkocką nutą, troszkę
przypomina (również w warstwie tekstowej) „Fortunes Of War”. Niestety,
porównań z Marillion też się nie da uniknąć (jakoś mi się to kojarzy z „King
Of Sunset Town”, nagraniem bez Fisha, ale…

. Zresztą, porównania ze ‘starym’
zespołem będą nasuwać się same. I, żeby było śmieszniej, kolejne z „Seasons
End” nadchodzi już w drugim utworze, „Moving Targets” – olej rozlany na
rzekach, ścieki… - ale nie jest to utwór o wydźwięku tylko i wyłącznie
proekologicznym; raczej opowiada o tym, że wszyscy są ruchomymi celami we
współczesnym świecie, ponieważ wszędzie czyhają na nas różne
niebezpieczeństwa.
W ogóle, jak to zwykle u Fisha bywa, teksty odgrywają cały czas dużą rolę w
odbiorze ogólnym dzieła. Jest trochę „porad” dla tych, którzy chcą coś
osiągnąć w życiu („The Rookie”

, mamy życie przedstawione w orwellowskim
stylu, z porównaniami zachowań ludzkich do zwierzęcych („Zoo Class”

, jest
trochę zwyczajnego, ludzkiego cierpienia („Exit Wound”, „Shoot The Craw”

.
Czasem teksty są nieco dwuznaczne, Fish odnosić się w nich może zarówno do
bycia zawiedzionym przez polityków, jak i byłych przyjaciół po prostu
(„Innocent Parties”

. Są miłosne wyznania („A Field Of Crows – Scattering
Crows”

, które – nie mogę się oprzeć temu wrażeniu – podobnie, jak „Exit
Wound” i „Shoot The Craw”, adresowane mogą być do byłej małżonki Fisha,
Tamary, z którą rozszedł się jakiś czas temu (to ta pani z
teledysku „Kayleigh” Marillion”

.
Muzycznie album nie odbiega od dotychczasowych dokonań Fisha, choć jest – i
to na pewno zaleta – bardziej tradycyjny. Archaizm nie jest tu zarzutem, bo
już wolę Fisha, obracającego się muzycznie w znanych rejonach, w których
czuje się swobodnie, niż eksperymentującego z dźwiękiem (co niekoniecznie
dawało ciekawy efekt). Jest sporo kompozycji bardziej żwawych w środku płyty
(„The Rookie”, w którym występuje nawet coś na kształt riffu gitarowego,
rockandrollowe „Zoo Class”, „Old Crow”, „innocenty Party” czy „Numbers” – nie
wiem, czemu przy nim mam jakieś skojarzenia z zespołami deeppurplopodobnymi,
może melodia to sprawiła), najważniejsze i najpiękniejsze jednak są te wolne,
majestatyczne bądź wyciszone, balladowe kawałki, w których Fish czaruje
pięknym i tylko sobie właściwym klimatem – tu udowadnia swoją wyższość nad
byłymi kolegami z Marillion, którzy już od paru lat nie są w stanie nagrać
niczego poruszającego. Fishowi się to udaje i mam nadzieję, że udawać się
będzie jeszcze długo… Polecam wszystkim wątpiącym - wielbicielom polecać nie
muszę.
P.S. Niedługo Marillion atakuje z nową płytą - zobaczymy, kto będzie lepszy.
Stawiam na Rybę.