Dodaj do ulubionych

ASIA live - trzy w jednym

03.02.04, 20:21
Zespół Asia, który z zupełnie nieznanych mi powodów istnieje do dziś, wsławił
się tym, że poza wylansowaniem kilku przebojów („Heat Of The Moment”, „Only
Time Will Tell” i paru innych) zmieniał skład częściej niż muzycy bieliznę,
co wkrótce doprowadziło do tego, że już nikt nie orientuje się kto i ile razy
grał w tym zespole, i czy na prawach stałego członka grupy, czy też na
prawach gościa.

Niezależnie od kaszaniastości i dużego pokładu wieśniactwa, jaki dominuje w
większości nagrań Asia, ze względów wspominkowo-sentymentalnych lubię sobie
posłuchać wczesnych hitów grupy i zastanowić się, czy nie lepiej by było,
gdyby po dwóch pierwszych płytach przestali grzęznąć w poprockowym banale i
wrócili do porządnego grania.

Ostatnio miałem okazję zapoznać się z nagraniami koncertowymi różnych składów
Asii – pozwolę sobie pokrótce je omówić.

Pierwszy z zestawów - i najlepszy – to „Alive In Hallowed Halls (Live In
Detroit 1983)”, zawierający nagrania najlepszego składu grupy, czyli
Wetton/Downes/Howe/Palmer. W zasadzie jest to składanka świetnych, żywiołowo
wykonanych przebojów. Muzycy są w doskonałej formie, a brawurowe odegranie
takich hitów jak „Time Again”, „Wildest Dreams” (rzadko grywane przez zespół
na żywo w późniejszym okresie), „Open Your Eyes” i dwóch wymienionych przeze
mnie sztandarowych kawałków nie przynosi muzykom wstydu. Czuć jeszcze było,
że poza chęcią zarobienia kasy na prostych kompozycjach, w muzykach zostało
na tyle pasji i wyobraźni, że nawet banalne melodyjki byli w stanie
przyozdobić finezyjnymi aranżacjami i genialnym wykonaniem.

Drugi zestaw, „Live Nottingham”, to zapis koncertu z 1990 roku, promującego
składankę „Then And Now”. Obok Wettona, Downesa i Palmera „wiosłuje” tu Pat
Thrall. Wykonania są już bardziej toporne, reakcje publiczności też mniej
żywiołowe. Poza sztandarowymi przebojami usłyszeć można premiery z wydanej
wówczas płyty: „Days Like These” czy „Praying For A Miracle”. Słychać jednak
zmęczenie i rutynę, które zastąpiły żywiołowość i wigor z poprzednich nagrań.
Poprawnie, ale bez wrażeń.

Trzeci i najbardziej tragiczny zestaw to Asia w nowszym wcieleniu. Śpiewa już
John Payne, a koncert nosi tytuł „Live Acoustic”, co w zasadzie określa jego
zawartość. Parę starych hitów i kilka nowych kawałków w niezbyt przemyślanych
wersjach unplugged. Nowe utwory, wbrew pozorom, wypadły lepiej od starych,
ponieważ nowych nie można było spieprzyć. Niestety, słuchanie Payne’a, który
wieśniacko-bohaterskim wokalem kładzie sympatyczne skądinąd „The Heat Goes
On” czy „Only Time Will Tell”, nie należy do przyjemności. Z tych nowszych
utworów najbardziej we znaki daje się „Arena” i zwolnione do granic
niemożliwości „Military Man”, w którym Payne beczy jak zarzynane cielę i robi
podczas śpiewu „dramatyczne” pauzy w stylu Michaela Jacksona. Żenada na sto
dwa; aż się dziwię, że ktoś wydał płytę z taką chałą.

Najlepiej kupić sobie chyba składankę „Heat Of The Moment” po prostu…
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka