vulture
09.02.04, 13:52
Już od dawna zwykło się mówić (nie tylko o przemyśle muzycznym), że „kiedyś”
było lepiej. W kontekście muzyki i wydawnictw mawia się, że „kiedyś” nie
trzeba było ładnie wyglądać i dawać ciała, żeby móc wydać płytę. „Kiedyś”
grano w radiu i TV bardziej różnorodną muzykę. „Kiedyś” w mniejszym stopniu
narzucano wykonawcom repertuar. „Kiedyś” większość gatunków muzycznych miała
mniej więcej równe szanse promocji… i tak dalej.
No właśnie, „kiedyś”.
Chciałbym Was spytać, kiedy dla Was – tu mam na myśli nie tylko starszych
forumowiczów, ale i młodszych, którzy zauważyli tego typu zmiany w muzyce,
jak powyższe. Skoro „kiedyś” jest dla wszystkich punktem odniesienia, to może
zdefiniujmy mniej więcej, kiedy się coś tam spieprzyło w muzyce.
Dla mnie taką cezurą będzie chyba połowa lat dziewięćdziesiątych. Po
pierwsze, do głosu doszli – w większej niż kiedykolwiek ilości – wykonawcy
sztucznie „wyprodukowani” w wytwórniach płytowych, boysbandy i girlsbandy
(oraz jednostki) pozbawione jakiegokolwiek zmysłu tworzenia. Normą stały się
występy z playbacku, nawet na trasach koncertowych (występy w TV na ogół nie
są na żywo). Poza tym wykonawcy starsi w znacznej części próbowali się
podpiąć pod modne wówczas brzmienia elektroniczne (np. Eric Clapton, Gary
Moore), co dawało raczej dość karykaturalny efekt. Lansowani byli artyści
ewidentnie wtórni, nie mający nic do przekazania. Zespoły rockowe i metalowe
miotały się, nie wiedząc za bardzo, co ze sobą zrobić (Iron Maiden,
Metallica, Deep Purple) bądź starały się usilnie zmienić brzmienie, co nie
zawsze wychodziło im na dobre (Marillion). Inne po prostu zamilkły i
przestały nagrywać (Black Sabbath).
Chyba od mniej więcej 1995 roku mogę liczyć „nowe czasy” dla muzyki. Ale to
moje osobiste odczucie. Czy macie swój podział na „teraz” i „kiedyś”? Chętnie
poczytam o wrażeniach innych forumowiczek i forumowiczów.