Udało mi się coś, o czym bez internetu mogłabym tylko pomarzyć - obejrzeć
koncert Gentle Giant! Odbył się on 10 sierpnia 1975 roku przed publicznością
w studiu belgijskiej telewizji. Zespół grał utwory z płyt „The Power and the
Glory”, „Gentle Giant”, „Octopus” oraz „In a Glass House”. Poniżej spróbuję
napisać o tym, co wywarło na mnie największe wrażenie.
W owym czasie grupa Gentle Giant składała się z pięciu osób: wokalisty Dereka
Shulmana, jego brata Raya, który grał na basie, gitarzysty Gary’ego Greena,
klawiszowca Kerry’ego Minneara i Johna Weathersa, obsługującego perkusję. O
wyglądzie nie ma co opowiadać, typowi progrockowi brzydale w śmiesznych
strojach

To zdjęcie pochodzi mniej więcej z tego okresu i bardzo mi się
podoba:
www.blazemonger.com/GG/pix/misc/capitol-ptf-promo.jpg
Pierwsze utwory, „Cogs in Cogs” i „Proclamation”, Gianci grają tak, jak mnie
do tego przyzwyczaili, kontrapunkt, częste zmiany rytmu i takie tam

Ale to
tylko rozgrzewka. Zabawa rozpoczyna się, kiedy pod koniec drugiego utworu
Gary chwyta za gitarę akustyczną i zaczyna grać, Ray oddaje Derekowi bas, a
sam sięga po skrzypce i rozbrzmiewa melodia z „Funny Ways”. Kerry tymczasem
zasiada na przedzie sceny z białą wiolonczelą. Kończy się wolna część i
następna zamiana, tym razem ostrzejszy fragment, w którym Ray gra partię na
trąbce. Kerry na chwilę wraca do klawiszy, po czym odgrywa długie, szaleńcze
solo na wibrafonie. Wraca do wiolonczeli, Ray do skrzypiec. Derek śpiewa,
czasem wspierają go Ray, Gary i Kerry. Wszystko to w ciągu jednego utworu.
Chwila przerwy, Derek wita publiczność, swoją drogą to on najczęściej się
uśmiecha i prawie tańczy po scenie, po czym zapowiada następny utwór.
Przed „The Runaway” rozbrzmiewa charakterystyczny odgłos rozbijanego szkła -
tak się zaczyna album „In a Glass House”. Zespół wrócił do pierwotnego
rozkładu instrumentów. Trudno mi opisać wszystko, co grają, po prostu trzeba
znać te kawałki, ale na żywo brzmią bardziej dynamicznie, a aranżacje są
zawsze nieco zmienione. Utwory z nie najlepszego albumu „The Power and the
Glory” wypadają na tym występie o wiele lepiej. W każdym razie Derek w „The
Runaway” gra również na saksofonie. Drobna improwizacja Kerry’ego na
klawiszach, Derek bierze tamburyn, nadchodzi czas na „Experience”. Gary gra
świetne solówki na gitarze... No lubię te kawałki po prostu

W ciągu całego
koncertu wielkie wrażenie wywiera na mnie perkusista, który bezustannie
zmienia pałeczki, zapasowe trzymając w zębach, i wybija niesamowicie
skomplikowany rytm. Kolejna pauza i zapowiedź albumu „Octopus”. Ostra
przygrywka, po czym „Knots” rozpoczyna chóralny śpiew aż czterech członków
zespołu, wyłączając perkusistę. Najpierw zaczyna śpiewać swoją partię Gary,
potem dołącza Kerry, Ray i Derek, każdy z nich śpiewa nieco zmienioną wersję
i tak w różnych konfiguracjach przebiega kilka fraz. Jeden z najlepszych
momentów koncertu! Na wibrafonie tym razem gra John. Swoją drogą Kerry ma
dość niezwykłą barwę głosu. Partie wokalne bezpośrednio przechodzą w
znakomity duet gitar akustycznych Gary’ego i Raya. Podobno nawiązują oni do
tematów z „Boys in the Band”, „Acquiring the Taste” i „Raconteur Troubadour”.
Na basie gra Derek. Krótka solówka Kerry’ego na klawiszach łączy „Knots z
następnym utworem - „The Advent of Panurge”. Zaczyna się on od podobnej jak
w „Knots”, ale bardziej ograniczonej partii wokalnej. Wszyscy wracają do
podstawowego asortymentu instrumentów. Jednak wkrótce po ostrym rockowym
graniu w tło wkradają się dźwięki fletów... to Derek, Kerry i Gary
niepostrzeżenie dokonali kolejnej zmiany - tym razem grają na fletach
prostych. W pewnym momencie rozbrzmiewa melodia „Yankee Doodle”. Przed
utworem „So Sincere” Derek zapowiada na jego koniec „percussion insanity”...
Tym razem powrót do zestawu wiolonczela i skrzypce, potem tradycyjna wersja
rockowa. Szczęka mi opada, kiedy wszyscy przerzucają się na instrumenty
perkusyjne! Derek i Ray grają na dużych bębnach, Gary i Kerry mają
odpowiednio dwa i trzy mniejsze. Brzmi to razem niesamowicie, a sam zespół
doskonale się bawi. Chwila wyciszenia następuje, kiedy Kerry, John i Gary
wirtuozersko wycinają na dziecięcych cymbałkach. Perkusyjne szaleństwo kończy
cały koncert, który trwa około 50 minut.
Ech, nie potrafię oddać słowami, jak mnie olśnił ten występ, ponieważ, mimo,
że znam sporo płyt Gentle Giant, dopiero przy połączeniu zmysłów wzroku i
słuchu uświadomiłam sobie w pełni poziom złożoności ich muzyki, mimo, a może
właśnie dlatego, że grali na żywo. Podobno już wkrótce Alucard Music (firma
Kerry’ego Minneara) wyda DVD z tym koncertem! Już nie mogę się doczekać, bo
jakość wersji, którą oglądam maniacko od kilku dni, pozostawia wiele do
życzenia.
Dużo informacji o Gentle Giant
www.blazemonger.com/GG/