Eric, krótko mówiąc, wraca do formy. Po nieudanych eksperymentach, których
efektem była denna płyta „Pilgrim”, pan Clapton był uprzejmy zrehabilitować
się albumem „Reptile”, którego słuchało mi się całkiem nieźle, a teraz
zaserwował całkiem przyzwoite słuchadło p.t. „Me And Mr. Johnson” z
kompozycjami bluesmana Roberta Johnsona. Słuchadło, bo płyta ta w sumie
niczego ciekawego do wizerunku Claptona nie wnosi, a i wykonania są po prostu
przyzwoite, na wysokim poziomie, bo tego od artystów rangi Claptona oczekuje
się po prostu. I tu mistrz nie zawodzi. Na albumie, wyprodukowanym przez
samego Claptona i Simona Climie (pamięta ktoś duet Climie & Fisher, hehe)
znalazło się czternaście bluesów opracowanych na tradycyjny warsztat: gitara,
bas, perkusja, pianino, organy. Jednak w przeciwieństwie do podobnej płyty,
wydanej dobrych parę lat temu („From The Cradle”

ta jest spokojniejsza,
bardziej uładzona – może dlatego, że artysta jest po prostu starszy. Zresztą,
okładkę „zdobi” jego wyjątkowo brzydki portret na wzór pamiątki z domu
starców, a sama wkładka płyty też utrzymana jest w bardzo staroświeckim
stylu. Nie ma sensu wymieniać tytułów poszczególnych kompozycji, gdyż
wszystkie są do siebie podobne, co z jednej strony jest zaletą, bo album
brzmi monolitycznie, a z drugiej wadą, bo podczas słuchania w całości
człowiek się wyłącza. Ale słucha się tego, nawet „jednym uchem”, bardzo
dobrze i cieszy mnie, że album ten znalazł uznanie wśród klienteli sklepów
muzycznych na świecie; zawsze to lepsze niż „jazzowe” albumy Roda Stewarta.
Jeśli o nowego Claptona chodzi, jestem zdecydowanie za.