Dodaj do ulubionych

Cosmos Factory-stary rock progresywny z Japonii

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.07.11, 00:02
Kto by przypuszczał, że Japończycy trzydzieści z górą lat temu też mieli
swój rock progresywny... smile Tak na poważnie, to po usłyszałem ten zespół po
raz pierwszy w życiu i jestem bardzo mile zaskoczony zawartością albumu „An
Old Castle Of Transylvania”, wydanego w 1973 roku.

Płytę otwierają kosmiczne (nazwa zobowiązuje) dźwięki syntezatora,
wprowadzające nieco groteskowy nastrój w otwierającym album „Soundtrack
1984”, jednak nastrój ten tonuje idylliczne, utrzymane nieco w klimacie
nagrań Uriah Heep (nawet z podobnymi wokalizami) czy też Deep Purple „Maybe”.
Wprawdzie tytuł jest po angielsku, ale wykonawcy używają swego ojczystego
języka. Epicki, majestatyczny utwór „Maybe” dominują dźwięki organów oraz
bardzo efektowne solówki gitarowe. Widać, że Japończycy czerpali z
najlepszych europejskich wzorców. Ale nie tylko takie brzmienia znajdują się
na tym różnorodnym w sumie krążku. Są bardziej subtelne momenty z
akompaniamentem pianina i delikatnym śpiewem („Soft Focus”wink, są momenty
bardziej dynamiczne (przypominające ELP „Fantastic Mirror” czy „Poltergeist”
z gościnnie występującym skrzypkiem). Prawdziwym jednak majstersztykiem jest
kilkuczęściowy utwór tytułowy, trwający w sumie 18 minut. Można go porównać
do dokonań Vanilla Fudge czy ELP właśnie. Jak na ELP za dużo tu wprawdzie
gitary, ale za to rządzi melotron, tworzący specyficzny klimat. Tytułowa
kompozycja zaczyna się od swobodnych pobrzękiwań organów, przechodzących w
dość mocne akordy na tle coraz bardziej dynamicznego podkładu perkusji
(„Forest Of The Death”wink. Szalone solo organowe, które „wychodzi” z tych
akordów, trwa przez jakąś chwilę, po czym wycisza się wraz z ekspresyjnym
podkładem i następują uderzenia gitarowo-melotronowe („The Cursed”wink, podobne
do dźwięków z pierwszych dwóch płyt King Crimson. Odzywa się znów głos
wokalisty (i znów po japońsku, ale na szczęście większość płyty jest
instrumentalna) i płynie sobie ballada, w której tylko brakuje Grega
Lake’a... Trwa ona także przez następną część utworu („Darkness Of The
World”wink i wreszcie dochodzimy do finału, w którym organy wygrywają zacięte
solo, a potem ustępują miejsca ścianie melotronowej słodyczy, na tle której
wokalista wyśpiewuje podniosłe zakończenie...eksplozje, szum maltretowanej
klawiatury, „odpływające’ dźwięki melotronowe... koniec.

Bardzo żałuję, że album ten jest zaśpiewany po japońsku. Gdyby nie tylko
tytuły, ale i wokalizy były wykonane w języku angielskim, byłaby to, być
może, bardziej znana pozycja, gdyż jest to na wskroś anglosaski album rocka
progresywnego, tyle że nagrany przez Japończyków. Z Japonii poza językiem nie
ma tu jednak nic, za to słychać czasy, w których płyta powstała, i słychać,
że muzycy mieli konkretny pomysł na realizację albumu.

Informacje o zespole nie są zbyt obfite - wyczytałem, że po wydaniu tego
albumu (był to debiut Cosmos Factory) grupa w latach siedemdziesiątych wydała
jeszcze kilka albumów, po czym rozwiązała się. Ciekaw jestem, czy pozostałe
płyty Cosmos Factory są równie ciekawe – może ktoś wie?...
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka