ja nie w celu wyklocania sie o cokolwiek, czy z pretensjami.. wrecz zupelnie
odwrotnie. chcialam sie podzielic refleksjami na temat recenzji
madee "rock'n'roll" adamsa na screenagers.pl

czyli, tak wlasciwie to chyba bedzie moja wlasna recenzja ostatnich dokonan
wyzej wspomnianego...
recenzja madee znajduje sie tu:
www.screenagers.pl/index.php?service=albums&action=show&id=396
moje zdanie ponizej:
zaczne od tego, ze adams zaistnial w moim swiecie wlasciwie wylacznie
dzieki... tytulowi jednej z piosenek ze znakomitej "gold"(2002) - "sylvia
plath". mam obsesje na punkcie tej poetki amerykanskiej i dlatego wlasciwie
zwrocilam uwage na ten album po raz pierwszy. facet, ktory wie, kim byla
plath i na dodatek napisal o niej piosenke? to musialo byc cos
niezwyklego...po przesluchaniu pierwszych trzydziestu sekund tego utworu
wiedzialam, ze ten gosc zmieni zupelnie moje fascynacje muzyczne. na gold sie
nie skonczylo, oczywiscie. ale nie o tym mialam..tym razem

zanim ktokolwiek siegnie po "rock'n'roll" (2003) powinien dobrze zapamietac
slowa adamsa, ktory w jednym z wywiadow radiowych opowiadal o pracy nad tym
albumem... "popatrzylem na swoja plytoteke i pomyslalem, ze fajnie byloby
nagrac cos, co byloby swego rodzaju holdem dla wszystkich moich inspiracji
codziennych, esencja tego, za co cenie oasis, the smiths, u2 czy the
strokes... plyta, ktora moglbym postawic obok tamtych. plyta, ktora bylaby
zapisem moich fascynacji mlodzienczych i tych, ktore pozostaly do dzis. no i
zrobilem "rock'n'roll" " (tak mniej wiecej to brzmialo - nie moge w tej
chwili znalezc pliku z zapisem tej rozmowy, ale nie wydaje mi sie, zebym zbyt
swobodnie przetlumaczyla oryginal

)
i z takiego punktu wyjscia, "r'n'r" jest plyta-holdem. jest przesiaknieta
inspiracjami od pierwszego dzwieku "this is it" (koledzy z "the strokes"
zapytali "is this it?" a ryan na to.. "don't waste my time... this is it!"),
przez swallow (rzeczywiscie, przyjazn z gallagherami daje efekt... co owocuje
takze genialnym coverem "wonderwall" z "love is hell, pt.1")...lekko
grunge'owe brzmienie ("1974" czy "note to self:don't die"), "u2 karaoke" jak
to napisal ktorys z recenzentow amerykanskich, czyli "so alive"... i dalej,
juz z gorki, inspiracje coraz bardziej oczywiste, muzycznie, fakt, moze zbyt
oczywiste... wszechobecni the smiths (to ich plyte jako pierwsza kupil
trzynastoletni adams)... staram sie oceniac w miare obiektywnie, co nie jest
latwe, bo adamsa szczerze uwielbiam... nie moge sie nie zgodzic, ze jest to
najslabsza muzycznie plyta mojego ulubionego niegrzecznego chlopca... bo
jest. jest wtorna, jest kalka i... nie kryje sie z tym. adams nagral te plyte
calkowicie dla zabawy. tak po prostu. i to slychac. ze ludzie bioracy udzial
w tym projekcie swietnie sie bawia. dlatego nie zgodze sie zupelnie, ze jest
nieszczera, czy ze brak w niej emocji... nie brak. tylko te emocje sa
zupelnie inne niz w heartbreakerze, gold czy demolition... nie ma tego
pokladu zalu, smutku... (od razu w uszach pobrzmiewa mi niewiarygodne "call
me on your way back home")... emocje na "r'n'r" sa radosne. facet sie cieszy.
szczerze. nie wiem, jak mozna nie uslyszec tego w "so alive". poza tym -
urok adamsa pozostaje-pomiedzy wierszami. bo on spiewa o rzeczach prostych
jezykiem prostym. tak, jak czuje. wciaz w ten sam sposob, jak wczesniej,
tylko... do troche innej muzyki
mialam napisac jedno zdanie w odpowiedzi na recenzje madee, ale, jak zwykle
sie rozpisalam... mialam napisac, ze to byl wybryk. ze cale to adamsowe
rock'n'rollowanie to taki skok w bok. naprawde. nie trzeba daleko szukac,
zeby dojsc do takich wnioskow. wystarczy siegnac po "love is hell", ktore
jest przesiakniete.... adamsem w najlepszym wydaniu

jest tu zagubiona
posrod cudzych riffow na r'n'r melancholia (bo jedyny jej upust to wlasciwie
smutne slowa wyspiewywane glosem zza sciany do dzwiekow
klawiszy..."everybody's cool playing rock'n'roll / i don't feel cool, cool at
all..."). konkrety? prosze bardzo... chocby "i see monsters"... chocby cover,
o ktorym juz pisalam - "wonderwall"... albo "thank you louise", "city rain,
city streets"... trudno pisac o tej muzyce i o nastroju, w jaki wprawia.
brakuje slow. to sa te kawalki, po ktore siega sie siedzac w srodku nocy w
ciemnym pokoju i czekajac na umierajace w szarosci poranka swiatla latarni...
to sa te dzwieki, ktore zamykaja w sobie wszystkie leki, jakie zbieramy w
ciagu ciezkiego dnia... wszystkie chwile zamyslen, zatracen w przeszlosci...
wszystkie te male rzeczy zebrane razem... jak to inaczej opisac?
"i'm all alone now; i can do as i please / i don't feel like doing much of
anything / true love ain't that hard to find / not that either one of us will
ever know" ("please do not let me go" r.a.)
te dwie polowki tworzace "love is hell", dwie ep, na ktorych mozemy znalezc w
sumie 15 utworow... to ten adams, o ktorego martwi sie madee... adams, ktory
nie uciekl za kumplami z the strokes w strone zbyt prostych rozwiazan. to
adams, ktory mysli o wskrzeszeniu whiskeytown... adams, ktory ma w glowie
miliony pomyslow i przy porannej kawie nuci swieze piosenki... adams, ktoremu
sni sie darth vader zakladajacy kapele rockowa

no i to na "love is hell" jest jedna z jego najwspanialszych kompozycji -
"hotel chealsea nights"... choc w jego przypadku trudno zdecydowac, ktory
utwor jest najlepszy. przynajmniej mi
chcialabym napisac, ze rock'n'roll jest wspanialym, muzycznym dzielem,
zaprzeczyc wszystkim zarzutom stawianym przez madee... ale mam troche wiecej,
niz trzynascie lat i nie pociaga mnie obstawanie przy swoim za wszelka cene.
nie wymienie albumow the smiths w kolejnosci alfabetycznej czy
chronologicznej, ale dostrzagam wtornosci i powtorzeniowosc (?!) "r'n'r".
moge za to napisac, ze rock'n'roll jest wspanialym albumem dla mnie.
wspanialym, bo lubie po niego siegac. wspanialym, bo pomiedzy wersami
"note to self: don't change for anyone; note to self: don't die / note to
self: don't change for anyone - don't change just lie"
znajduje kawalek siebie. wspanialym, bo ten oddech na "r'n'r", jakim jest
tytulowy kawalek, tak inny od reszty, tak pelen smutnej goryczy i zalu to
takie rozliczenie adamsa z rzeczywistoscia. bo on doskonale wie, ze nalezy do
swojego melancholijnego swiata, ze wciaz sni koszmary samotnosci, choc obok
niego spi parker posey... a wtedy slowa: "i don't feel cool, cool at all"
nabieraja innego wymiaru.
"so, i am in the twilight of my youth
not that i'm going to remember..."