teddy4
03.03.05, 22:52
Impreza sprzedała się względnie dobrze. Po dwóch supportach (jeden dobry -
Miloopa, drugi nie - Crackers Band) i przerwie technicznej na scenie pojawił
się pan Us 3 z ośmioma muzykami. Geoff Wilkinson czyli pan Us 3 posiada
laptopa i potrafi na nim klepać - tyle zdążyłem zaobserwować. Wokalistki nie
śpiewają mniej więcej tak samo jak te panny, które co najwyżej załapały się
do finałów Idola - czyli bez jaj, emocji i czasem trafiając z pierwszym
dźwiękiem. Pan na kontrabasie poruszał się ciągle w tym samym rejestrze, tym
samym wtapiając się idealnie w pozbawionego jakiekolwiek wyrazu brzmienie
koncertowe kapeli. Wysiłki gości na saksie i trąbie mało dawały.
Klawiszowiec, który używając dwóch klawiatur użył raptem dwóch brzmień,
powiniem mieć sądowy zakaz zbliżania się do gitary, na której miejscami
usiłował zagrać coś. DJ skreczował, raperzy rapowali. Ale nic z tego nie
wynikało. To nie był ten US 3, który polubiłem za dwie pierwsze płyty i za
niezły koncert na JJ parę lat wstecz. To była kaszana, którą można usłyszeć w
gorszych klubach amerykańskich ze sceną dla początkujących muzyków. Sytuacji
nie był w stanie uratować "Cantaloop".
Przerażające jest to jak niewiele osób zauważyło, że oni po prostu źle grają.
Albo zauważyło, tylko te wydane 70 zł powodowało, że woleli klaskać i
okazywać entuzjazm po każdym bardziej stanowczym okrzyku raperu i rozpoczęciu
solówki przez dęciaki.
Nie dotrwałem do końca koncertu.