jaonna 06.08.02, 09:25 zwracam sie do milosnikow jazzu, ktorzy mam nadzieja sa tutaj.. co waszym zdaniem uznajecie za absolutne minimum, ktore nalezy znac (nie twierdze, ze lubic), aby moc sie nazywac milosnikiem jazzu??? Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
vulture Re: absolutne minimum w jazzie 06.08.02, 11:34 To takie samo minimum jakie trzeba znać w rocku, żeby móc się nazywać miłośnikiem rocka. Zdaje się w innych gatunkach jest podobnie. Ja aktualnie zjadam codziennie inny rodzaj żółtego sera, by móc nazywać się miłośnikiem żółtego sera. Od przyszłego miesiąca postaram się zyskać miano miłośnika śliwek w czekoladzie i zjem ich absolutne minimum. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: szelak Re: absolutne minimum w jazzie IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 06.08.02, 13:42 inaczej: miłośnikiem jazzu jest ten kto mając do wyboru sexu i jazz wybiera słuchanie (lub granie) tej muzyki (analogicznie z miłośnikami rocka, sera, ping- ponga etc.) Odpowiedz Link Zgłoś
buh Re: absolutne minimum w jazzie 06.08.02, 13:47 taki człowiek to raczej impotent miłośnik jazzu kocha jazz. Odpowiedz Link Zgłoś
vulture Re: absolutne minimum w jazzie 07.08.02, 10:52 Autorce wątku chodziło chyba raczej o to - co zrobić, żeby być nazywanym miłośnikiem jazzu, nawet jeśli się go nie lubi. Problem jest dość złożony, bo nie można być miłośnikiem czegoś, za czym się nie przepada. Chyba że mam za mało awangardowy sposób postrzegania rzeczywistości. Odpowiedz Link Zgłoś