teddy4
13.01.03, 00:14
Świeżo po koncercie machnę recenzję, a co....
ELVIS DE LUXE. Jestem pod dużym wrażeniem i składam szczere gratulacje.
Nieczęsto zdarza się kapela, która nie gra ani jednego zbędnego dźwięku,
solówki, przejścia itp. A Elvis De Luxe tak ma - i do tego potężne brzmienie,
świeżo brzmiące kawałki, przekonującego wokalistę/basistę i umiejętność
aranżowania partii dwóch gitar (rzadkość w skali kraju). Ocean, Mold i parę
innych z wielkich wytwórni mogą im czyścić buty.
KOLENDA. Zaczęli tak, że wymiękłem. Loop z muzyką konkretną, odgłosy dworca,
świetna motoryczna sekcja, ciekawe gitary - coś pomiędzy współczesnym
Opposition a Massive Attack. Potem, niestety, lider pan Paweł Kolenda dał
głos. Niewątpliwie facetowi o coś chodzi, potrafi krzyknąć, a jego image a la
Willem Dafoe z "Dzikości serca" jest bardzo przekonujący. Teksty mogą stać
się kultowe - taki fragment wyłapałem : "Moje życie jest banalne - wódka,
seks oralny". Byłoby o wiele lepiej gdyby pan Paweł zamiast podążać w stronę
Raz Dwa Trzy czy wczesnego Wagla spenetrował np. The The i raczej tam szukał
inspiracji dla swojej muzyki.
PIDŻAMA PORNO. Nie słyszałem ich nigdy na żywo i chciałem zobaczyć na czym
polega fenomen tej kapeli. Nadal nie wiem. Bo ci "młodzi, zdolni chłopcy" nie
mylą się tylko w szybkich kawałkach. Jak grają wolniej to słychać, że coś
jakby krzywo jest. Grabaż wyśpiewuje te swoje banały bardzo ostatnio modnym,
czyli żadnym głosem - więc jest on w gruncie rzeczy takim niezależnym
Michałem Wiśniewskim. Było w Polsce mnóstwo (i chyba nadal jest) takich kapel
jak Pidżama - dlaczego właśnie oni uchodzą za liderów rocka niezależnego?
Chyba jednak mało wiem o muzyce.