Przed chwilą na Mezzo obejrzałem recital Friedricha Gouldy. Mimo, że mamy rok
Mozartowski, to jak dotychczas nie słyszałem porywających intepretacji Sonat
Mozarta (poza Anderszewskim). A tu taki "dziadek" Goulda (w każdym razie
niemłody był na tym recitalu) zagrał tak, jak wg mnie powinno się grać Mozarta
- radośnie, a zarazem precyzyjnie, i do tego grał dynamicznie. Jego Mozart
przede wszystkim nie jest nudny! A to dla mnie fundamentalna rzecz (bo
generalnie nie przepadam za Sonatami Mozarta).
Postanowiłem o tym napisać, bo kilka dni temu (w poniedziałek) byłem na
koncercie z okazji 250 rocznicy urodzin W.A.Mozarta z Akademii Muzycznej
(W-wa). W zasadzie poza pierwszą studentką (Julia Singalewicz) reszta powinna
wnikliwie posłuchać F.Gouldy i porównać ze swoją grą. Rozumiem (raczej
przyzwyczaiłem się), że japońscy studenci mają niejaki problem z dynamicznym
(piano-forte) graniem i z wyrażaniam uczuć, ale polscy? Czy to jednak wina
nauczycieli?
W każdym razie F.Goulda to był wielki pianista i nie dziwię się już, że
M.Argerich uważa go jako swojego mistrza