Tak jak napisała Nikka - Dr.Avalanche rządzi

)))). I to rządzi niepodzielnie
bo jest najlepiej słyszalnym członkiem zespołu. Ale po kolei. Przede
wszystkim chciałem serdecznie podziękować organizatorom koncertu za
rozwiązanie odwiecznego problemu szatni na koncertach rockowych. Rozwiązanie
jest bowiem banalnie proste i radykalne w tejże prostocie. Szatni po prostu
nie było! I to chyba trochę przeszkadzało w odbiorze koncertu. Przez dłuższy
czas przeszkadzał mi także taki łysy z wąsami i w okularach (nie Teddy!) z
panną i trzema troglodytami o wyglądzie ochroniarzy. Całe to towarzystwo
mniej więcej po trzecim utworze zaczęło krzyczeć, że to nie koncert tylko
płyta. Bo niby wszystko idzie z płyty. Boże - co za ignoranci! Przypieprzyli
się do Doktora Avalanche'a..... Ale na szczęscie zniknęli dośc szybko.
Będę brutalny i napiszę,że nie dziwi mnie fakt długiego milczenia Eldritcha.
Facet zrozumiał dość dawno,że wypalił się artystycznie - i nie jest to chyba
rezultat konwencji, jaką przyjął. Trochę trudno mi bowiem wyobrazić sobie
właściwie jaka miałaby być nowa muzyka zespołu. Coś pomiędzy starym Sisters a
Massive Attack? Może taki bardziej gotycki Interpol?
Koncert ten obnażył też prawdę, że tylko płyta "Floodland" jest zdolna
przetrwać próbę czasu. Takie kawałki jak "Dominion" zawsze będą brzmieć
dobrze, choćby nie wiadomo z kim Eldritch je grał. No i też rada dla
Eldritcha - jego najlepszy kumpel czyli Dr. Avalanche ma większe możliwości
niż cztery rytmy używane naprzemiennie.
Liczyłem,że może dzięki temu koncertowo cofnę się w czasie o kilkanaście lat.
Niestety - nic takiego nie nastąpiło. Sisters of Mercy nie są już w stanie
wytworzyć takiej magii jak kiedyś.