teddy4
11.07.03, 00:12
Najpierw na poważnie. Torwar był pełny, ale miałem nieodparte wrażenie, że
uczestniczę w klubowym koncercie na góra 200 osób. W muzykach REM nie ma
bowiem ani śladu zadęcia i pozy tak typowego dla większości gwiazd rocka
(czego nie da się powiedzieć o supportujących ich Pudelsach). Widać było, że
zespół jest naprawdę zadowolony z ciepłego przyjęcia - dlatego też koncert
trwał długo (prawie 150 minut). Torwar okazał się salą o znakomitej akustyce -
wszystkie instrumenty były wyraźnie słyszalne i nie zagłuszały będącego w
znakomitej formie Stipe'a. Poraziło mnie to, że REM przykładało się nawet do
kawałków, którymi od dawna mają prawo rzygać. Np. "Everybody Hurts" zagrali
tak jakby wczoraj je wymyślili. "Losing My Religion" też. Byłem pod wrażeniem
pełnej polotu gry Joeya Waronkera na perkusji - to chyba duża przyjemność dla
REM grać z tak selektywnie i równo grającym bębniarzem. Osobiście żałuję, że
nie zagrali niczego z "Adventures in Hi-Fi" i z "Monster". Brakowało mi też
mojego ulubionego "Nightswimming", ale to nie jest utwór na duże koncerty.
To był naprawdę znakomity koncert i kto nie był niech żałuje.
PS. Chętnie poznam wizażystę Petera Bucka - ach ta jego koszula.....