W zakończeniu biografii, opisany jest występ Billie i All Stars.
Grudzień 57 roku, Nowy Jork, śnieżyca. W Studio 58 - Billie i 11 muzyków. Jej przyjaciele, byli kochankowie i przede wszystkim muzycy.
Chory Lester Young. Dwie kamery filmują ten występ. Kiedy Billie śpiewa, że jej mężczyzna już jej nie kocha, że ją podle traktuje - pierwszą solówkę gra Ben Webster (który nierzadko ją bił), później Gerry Mulligan, Lester Young, Coleman Hawkins, Roy Eldridge. I sama Billie śpiewa o miłości i mężczyznach. Śpiewa, że miłość jest jak kran, zakręca się i odkręca, czasem kiedy myślisz, że jest odkręcony, ktoś go zakręcił i miłości już nie ma.
Wzrusza mnie ta scena, wzrusza mnie historia Lady Day - osamotniona, wykorzystana. Za półtora roku umiera samotna w szpitalu. Kilka miesięcy wcześniej umiera jej wielki przyjaciel - Lester. To on nazywa ją Lady Day.
I słucham od nastu dni Lady Day i muzyków, którzy ją poznali. Ot taka nostalgia mnie dopadła...