Czekałem na tę płytkę od momentu kiedy tylko wyszło na jaw, że chłopaki coś
kręcą. „Mer De Noms” powaliło mnie dokumentnie i moje oczekiwania były
naprawdę wysokie. Jak już się można domyśleć troszkę zawiedli. Niestety.
Najbardziej brakuje mi ostrzejszego gitarowego grania. Nie ma takich kawałków
jak, chociażby, „Judith”. Więcej jest rzeczy w stylu „3 Libras” czy „Sleeping
Beauty”. Są kawłki jak „The Package” zaczynające się bardzo delikatnie,
nabierające w środku ostrości i znów schodzące w pierwszą delikatność. Są
rzeczy, jak „Pet”, klimatem i konstrukcją przypominające „The Hollow”.
Generalnie płyta może się podobać, choć jak pisałem wcześniej brak tam
jakiegoś mocniejszego przytupu. Klimat i nastroje zachowane zostały takie jak
na pierwszym albumie. Mrocznie, miejscami dołująco i niepokojąco. Za
większość tego co na albumie odpowiadają oczywiście panowie: Howerdel i
Keenan. Jest też jedna piosnka napisana przy współudziale Paz – „Gravity”. Z
tego co udało mi się wyłapać to teksty są o podobnej tematyce co poprzednio,
czyli raczej nie jest to płyta o tym jakie to życie jest piękne.
Dla tych co lubią muzykę lekko płynącą i rockową i dla fanów (czy można mówić
o fanowaniu zaledwie po jednej płycie ???).
Tytuł może być mylący bo utworów jest 12

)) Ja się dałem nabrać.