Alice Cooper wybitnym artystą nie jest, ale lubić go można z tak zwanego
sentymentu za mniejsze lub większe przeboje, za śmieszny, ale nieszkodliwy
image i za fajny klimat niektórych piosenek. Nagrywa lepsze (rzadziej) i
gorsze (częściej) płyty, z których mimo wszystko da się coś wyłowić. Muszę
przyznać, że gdy ukazała się dość mocna „Brutal Planet”, zaostrzyło to mój
apetyt na nowe produkcje Alicji. Następna, „Dragontown”, nie zrobiła na mnie
już takiego wrażenia. A teraz ukazała się nowa, „The Eyes Of Alice Cooper”
i... sytuacja przypomina mi nieco cooperowski tryptyk z lat 80/90:
świetne „Trash”, niezłe „Hey Stoopid” i takie sobie „The Last Temptation”.
„The Eyes Of Alice Cooper” w dużej części robi wrażenie wariacji na temat
słabszych kompozycji z dwóch poprzednich albumów. Niektóre kawałki mają nawet
całkiem przyzwoite refreny („Between High School and Old School”, „Spirit
Rebellious”

, ale nie na tym problem polega. O ile początek płyty jeszcze
jest znośny, ale nie powala niczym specjalnym, to dalej jest coraz gorzej.
Cooper starał się chyba nieco pozmieniać dotychczasowe brzmienie. W efekcie
zwrotki są dość surowe, mało melodyjne, a refreny i tak zalatują estetyką w
stylu Whitesnake, ale nie są ani tak chwytliwe, ani poparte sensowną resztą.
Brzmienie jest łagodniejsze – miejscami można mieć wrażenie, że to Tom Petty
(„Novocaine”

. Piąty utwór („Bye Bye Baby”

przynosi niepokojące rozwiązania –
dęciaki, żeńskie chórki, nieco musicalowej estetyki, coś w stylu albumów
Alice’a z końca lat siedemdziesiątych („On The Inside”, „Alice Cooper Goes To
Hell”

– sytuacja powtarza się w nawet całkiem fajnym „Detroit City”, które
zostało złagodzone przez dodanie partii instrumentów dętych. Inne kawałki,
nawet jeśli są typowo rockowe („Love Should Never Feel Like This” czy
nieco ‘iggypopowe’ „Backyard Brawl” i „I’m So Angry”

, to po prostu niczym
szczególnym nie zwracają uwagi. Nawet cooperowskie ballady nie są soft-
metalowe, jak do tej pory, tylko zalatują kiczowatym soulem popularnym jakieś
dwie, trzy dekady temu („Be With You Awhile”

czy jakimś dziwacznym kabaretem
lub musicalem („This House Is Haunted”

.
Mam wrażenie, że Alice chciał albo zmienić i wzbogacić brzmienie, które
osiągnął na dwóch ostatnich albumach. Ale nie udało mu się. Po pierwsze,
usunął nieco rock na korzyść rozwiązań, które eksploatował prawie trzydzieści
lat temu, i uzyskał efekt miotania się między rock and rollem a musicalem. Po
drugie, nie za bardzo wyszły mu kompozycje. Cooper ma to do siebie, że jego
płyty mają być melodyjne i przebojowe, niezależnie od natężenia mocy
gitarowej. A „The Eyes Of Alice Cooper” słucha się bez emocji, raczej ze
znużeniem. Niby przyjemnie, ale nie sądzę, żebym często do tej płyty wracał.