Gość: AgentCooper
IP: *.waw.cdp.pl / *.waw.cdp.pl
11.11.03, 20:52
Pewnie znajdą się tacy którzy będą twierdzić, że to nudna płyta. Nie słaba,
lecz nudna. Dla mnie to przepiękna muzyka. Na pewno nie jest to żaden
przełom na miarę "Wildhoney", na pewno nie jest "Prey" niespodzianką.
Dostajemy dokładnie to czego można było spodziewać się po dokonaniach
Szwedów AD 2003. "Prey" to logiczne następstwo tego co Edlund rozpoczął
na "A Deeper Kind Of Slumber", a kontynuował na "Skeleton Skeltron" i "Judas
Christ". Zresztą okładka ostatniego wydawnictwa nawiązuje wprost
do "Judas....".
Muzyka to od pierwszych taktów melancholijna podróż muzyczna przez świat
kreowany przez Johanna. Wolne tempo, na przemian szept/krzyk Edlunda
wspomaganego w czesci utworów przez Sonje Brandt. A wszystko na tle potężnie
brzmiących gitar Thomasa Petersona. Co pewien czas słychać melodię grana na
gitarze akustycznej, co nadaje utworom delikatnosci.
Cała płyta jest bardzo zbliżona stylistycznie, jednak jak dla mnie in plus
wyróżniają się zdecydowanie otwierający album utwór Cain, przepiękny Divided
z fortepianowym motywem który powtarza się przez całą długość kawałka
nadając mu niesamowity psychodeliczny charakter a także Clovenhoof.
Sa tez pewniaki nadające się na single do trochę bardziej ambitnych stacji
radiowych (Light In Extension, Love In Chains), a całość zamyka utrzymany w
pinkfloydowskiej atmosferze The Pentagram z tekstem samego Aleistera
Crowleya...
Jesli miałbym wskazać jakiś słabszy moment to zakonczenie numeru Triple
Cross, gdzie klawisze jak dla mnie brzmią trochę zbyt plastikowo i banalnie.
Co do szaty graficznej - ja akurat nabyłem digipack, który poza samą płytą
zawiera 15 minutową sekwencję kręcenia clipu do "Cain", sam teledysk a takze
dwa wygaszacze ekranu.
Podumowując - idealna muzyka na tą porę roku. Za oknem deszcz, pożółkłe
liscie a w głośnikach leniwe dzwięki z "Prey"...
Ocena końcowa: 8/10