15.12.03, 09:39
Zaczęło się od Freak of Nature. Szczęka trochę mi opadła bo wchodząc to
myślałem że to jakiś nieznany mi Cooper Temple Clause albo lepszy Muse gra. A
to trio z Polski grało i wokalisto-gitarzysta znakomitą angielszczyzną się
posługiwał.
Hey zagrał prawie całą ostatnią płytę i to od razu na początku. Wiadomo nie
od dzisiaj,że Kasia N. zawsze śpiewa dobrze. Ale dla mnie novum było to, że
kol. Żabiełowicz nie gra już tak jakby Mike Mc Cready układał mu palce na
gryfie. W końcu coś od siebie. Kol. Ligiewicz oszczędzał bęben, co z
pewnością wyszło Heyowi na dobre. Zagrali nawet moją ulubioną "Kataszę" (co
to za dużo w biodrach ma) z "Karmy", ale niestety trochę ją sknocili.
Poza tym, z całym szacunkiem, WZ to nie jest dobre miejsce na duże rockowe
koncerty (1200 biletów sprzedanych).
Aha - i Lecha od razu spotkałem.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka