arana 21.08.09, 23:42 Schaetz, czy byłaś tak zachwycona jak ja? Odpowiedz Link Zgłoś czytaj wygodnie posty
schaetzchen Re: Prégardien, Staier, Winterreise 22.08.09, 08:11 Zachwycona to mało powiedziane. Chciałam coś wczoraj napisać, ale nie umiem. Spróbuję jednak, zaznaczywszy, że tego co się działo - nie da się opisać (ale liczę na Aranę). Szłam na koncert z lekką obawą, bo mój ukochany cykl, no, ale wiadomo - Fischer-Dieskau, a tu tenor i historyczny fortepian... bez obaw. Po pierwsze - Prégardien to niby tenor, ale tak ciepły, ciemny i bogaty w barwie, że jego tenorowość słychać było tylko gdy lekko i z łatwością brał wysokie dźwięki. Poza tym - baryton. W dodatku perfekcyjnie opanowany (i tego wrażenia nie zmieni to, że w Im Dorfe śpiewak musiał sobie zrobić małą przerwę - jak wyjaśnił dochodzi do siebie po przeziębieniu. No, jeśli tak śpiewa jako rekonwalescent, to boję się go usłyszeć zdrowego...) Historyczny fortepian - genialne posunięcie, choć muszę zaznaczyć, że tam gdzie siedziałam (X rząd po prawej) bywał przykryty przez śpiewaka i pewnie gdybym siedziała bliżej to mogłabym się rozkoszować większą ilością pięknych detali. Ale bogactwo, różnorodność barwowa tego instrumentu (pod palcami Staiera) jest niebywała, co w połączeniu z wielką plastycznością głosu dało niebiański wręcz efekt. Panowie rozumieją się idealnie, dostosowują się (nie znaczy że grają tak samo, a to samo) w każdym wymiarze, czasowo, barwowo (bardzo śmiało sobie poczynają) - czasem na zasadzie kontrastu, rozumieją nie tylko każdy niuans w tekście literackim, ale i tekście czysto muzycznym - harmonii, figuracjach, lekkich stylizacjach. Zupełnie niewiarygodne pieśni: Letzte Hoffnung, Der Leiermann (barbarzyństwem zdało mi się po nim klaskanie, ale publiczność zachwycona zaczęła wydawać z siebie nawet okrzyki), ale co ja wymieniam, wszystko było wielkie. Mam w głowie kilka koncertów które mnie wielce poruszyły, ale wczoraj - nie wiem, to pewnie też sprawa repertuaru bardzo mi bliskiego, ale w takim stanie byłam chyba tylko po Natalii Gutman i jej Szostakowiczu (bo Martha A. swoim Szostakowiczem wprawiła mnie raczej w euforię. Dziś też na to liczę ). PS Arano, bardzo było miło Cię spotkać, potem jakoś mi zniknęłaś z oczu, ale mam nadzieję że się jeszcze na Chiju zobaczymy. Odpowiedz Link Zgłoś
arana Re: Prégardien, Staier, Winterreise 22.08.09, 09:59 Tak, masz rację, tego się nie da opisać! To była podróż przez życie – życie Schuberta, moje, wszystkich ludzi… Dwadzieścia cztery pieśni, które wystarczą za całą literaturę świata. Mnie wystarczyły. Treść i forma były naprawdę jednością. A głos i fortepian, wespół istotne, to jednocześnie dialog i komentarz do niego – pierwszy raz słyszałam coś podobnego. Ja też długo nie mogłam klaskać. I długo nie mogłam usnąć. Zniknęłam, bo miałam tylko wejściówkę, więc poszłam pilnować swojego ulubionego miejsca. A po koncercie nie do ludzi mi było! Ja też cieszę się ze spotkania. Pewnie jeszcze gdzieś się zobaczymy, choć dziś wydaje mi się, że nie warto nigdzie chodzić, bo po wczorajszych przeżyciach nic piękniejszego już mnie nie spotka. Odpowiedz Link Zgłoś
schaetzchen Argerich, Argerich, Argerich 22.08.09, 23:33 Po wczorajszym koncercie miałam ochotę siedzieć sobie samotnie w ciemności, nic nie mówić, niczego nie słuchać, a najlepiej się rozpłynąć. Po dzisiejszym mam ochotę krzyczeć, skakać i pić szampana. Pani MA jest lepsza niż rollercoaster, extasy i pewnie parę innych używek na dokładkę. Ale po kolei: 1. wieczór zaczął się Koncertem skrzypcowym Karłowicza, jak wiadomo utwór to piękny i trudny. Grali Sinfonia Varsovia pod Kaspszykiem, jako solistka wystąpiła Agata Szymczewska. Słyszałam ją na żywo po raz pierwszy, przyznam, że podczas konkusru Wieniawskiego kibicowałam raczej Annie Marii Staśkiewicz, panna Szymczewska miała dla mnie coś zimnego i wystudiowanego w sobie. No, ale potem grała z Zimermanem, nagrywa płyty (Karłowicza nagrała dla Beartonu), więc miałam nadzieje... ale się niestety zawiodłam. Całość sprawiała wrażenie - znowu - wystudiowane po najdrobniejszy szczegół (łącznie z tym, jak zrywa się smyczek po ostatniej nucie frazy), bez odrobiny przeżycia i uczucia. Były momenty, podobało mi się, kiedy skrzypaczka grała bardzo piano i bardzo gładkim, niewibrowanym dźwiękiem (powrót II tematu w repryzie w cz. I, fragmenty cz. II) - ale te momenty były rzadkie. Nie zrobiła z tego koncertu aż takiej bezy jak Kaler w minionym sezonie, ale tez nie dało sie tego słuchać z przyjemnością Porażka nastąpiła w finale, nie wiem, może trema, może brak kondycji. Ze zdziwieniem przeczytałam w programie, że skrzypaczka gra na Stradivariusie. Niestety, nie mogłam się tego dosłuchać. Co początkowo złożyłam na karb nie najlepszego miejsca które miałam, ale... 2. Nastąpiła zmiana skrzypków, wyszedł pan Capuçon z Guarnierim i zaczęła się uczta dla uszu - dźwięk dużo cieplejszy, bogatszy, pełniejszy, bardziej nośny a mimo to nie przerysowany. OK, pan grał (zdaje się) łatwiejszy koncert (forumowych smyczkowców proszę o ew. korektę, ale z tego co pamiętam, to Mendelssohna gra się w szkole średniej a Karłowicza nie. Albo rzadziej ) i jest 10 lat starszy, ale... no właśnie. Jak się występuje na takim koncercie, to nie ma taryfy ulgowej. Koncert zagrany bardzo dramatycznie, bez cukierkowatości którą się weń czasem wkłada, bardzo mi się podobał. Szczególnie - odarta z sentymentów - II część. Intensywna, z pulsującą orkiestrą, bardzo piękna. 3. no a potem była przerwa, a po przerwie tańce. Najpierw Introdukcja i Polonez na fortepian i wiolonczelę. Martha Argerich została powitana żywiołową owacją już na wejście A sprawiała wrażenie, że już-już musi zacząć grać. Ledwo dała się nastroić wiolonczeliście No i poszli! W tym była taka radość, energia, perlistość! Siedziałam na balkonie po prawej stronie, mogłam więc obserwować cały arsenał min pianistki. A było na co popatrzeć! I uśmiechy i dzióbki i wyniosłe spojrzenia (ach, jedno takie w koncercie potrójnym! Królowa!). Pan wiolonczelista podobał mi się mało, a właściwie wcale - grał okropnie sforsowanym dźwiękiem, toczył spojrzeniem groźnym - a to przecież tylko błyskotka i przystawka była. Bo potem danie główne: 4. koncert potrójny Beethovena. Z finałowym polonezem zagranym jak siarczysty mazur To jest tak: Martha jak wchodzi na scenę, to może usiąść sobie skromniutko w kątku za kontrabasami - a i tak skupi na sobie całą uwagę. Pamiętam jak 3 lata temu grała koncert potrójny z braćmi Guldami - grała najmniej istotną partię trzeciego fortepianu, a słuchało się tylko jej króciutkich dopowiedzeń. I nie jest to tylko siła legendy. Ona po prostu jest stworzona do grania na fortepianie, robi to tak naturalnie, ale bez nonszalancji, z radością, entuzjazmem, po swojemu, ale bez silenia się na oryginalność... Cudowna. No i wybaczcie że nie będzie tu poważnej muzykologicznej analizy tego co się stało, bo nie umiem. Można, owszem próbować to nazwać, może nawet całkiem celnie - tylko po co? Żeby zdobyć przepis? To jest nie do podrobienia Wyjdzie karykatura. 5. A jutro Ravel!!! Odpowiedz Link Zgłoś
schaetzchen Re: Argerich, Argerich, Argerich 23.08.09, 00:10 To jeszcze dla porządku: 22. sierpnia 2009, sobota 19.30 Koncert symfoniczny Sala Koncertowa Filharmonii Narodowej Martha Argerich (fortepian) Agata Szymczewska (skrzypce)* Renaud Capuçon (skrzypce)** Gautier Capuçon (wiolonczela) Sinfonia Varsovia Jacek Kaspszyk (dyrygent) PROGRAM Mieczysław Karłowicz: Koncert skrzypcowy A-dur op. 8* Felix Mendelssohn: Koncert skrzypcowy e-moll op. 64** Fryderyk Chopin: Introdukcja i Polonez C-dur na fortepian i wiolonczelę op. 3 Ludwig van Beethoven: Koncert potrójny C-dur op. 56 Odpowiedz Link Zgłoś
60jerzy Re: Argerich, Argerich, Argerich 23.08.09, 02:05 Witam Sch. Też byłem i się zachwyciłem. Dorzucę jeszcze parę słówek - w przerwie przewidzianej kodeksem pracy. Gdy idę na koncert najszczęśliwszy jestem, gdy prócz artysty, spotkam człowieka - jakkolwiek by to banalnie nie zabrzmiało. Zanim trójka solistów pojawiłą się na estradzie - dała się słyszeć, gdy kończyła ze sobą rozmowę w korytarzyku prowadzącym na estradę. Gdy Martha usiadła przed fortepianem. głęboko westchnęła, takie coś w rodzaju “ach, chyba trzeba już zacząć”. Ale bardziej jako sygnał dany sobie, by skupić się, niż jako komunikat “i znowu do pracy”. Zresztą już pierwsze jej pojawienie się na estradzie w drugiej części wieczornego koncertu wywołało burzę braw, którymi cała sala chciała wyrazić jedno: Martho, witaj w domu. I tak chyba M. to odebrała. Zdolność dzielenia swej uwagi u niej jest niebywała - znajduje nawet podczas gry (swojej!) czas na to, by ogarnąć spojrzeniem publiczność. I ten radosny uśmiech po koncercie. Jest wręcz zdumiewające, jak bardzo młodzieńcza w dalszym ciągu jest Martha. Matka, babcia, obszerna (ale nie aż tak bardzo ), niekruczowłosa, za to naturalnie szpakowata i w całej swej nadzwyczajności naturalna. Swoimi interpretacjami wykuła sobie własny pomnik - nie będąc postacią w żaden sposób pomnikową. Bo czy do pomnika mówimy “nasza Marta”? Ale pozwolę nie do końca się zgodzić co do koncertu sprzed dwóch (chyba jednak) lat - Mozarta na 3 fortepiany. Ten koncert jest jednak tak napisany, że partia trzeciego f. jest dość dokładnie schowana na trzecim planie i wówczas nie odnosiłem opisanego przez Sch. wrażenia. Z owego wieczora (to był "mini-spęd" laureatów konkursów chopinowskich) tak naprawdę ostał się w pamięci koncert Szostakowicza na fortepian i trąbkę - i fenomenalna gra M.A. Raczej nie drę się na koncertach (nawet gdy jestem w siódmym niebie), ale wówczas darłem się wraz z całą salą. Dzisiaj nie krzyczałem, ale radością wypełniony i przepełniony jestem do tej chwili nocnej, którą spędzam w warszawskim pensjonacie (czy w ten sposób zostałem pensjonariuszem?). Jutro wypełniania i przepełniania ciąg dalszy. Pozdrawiam - j. Odpowiedz Link Zgłoś
schaetzchen Re: Argerich, Argerich, Argerich 23.08.09, 09:24 Jerzy, druga w nocy! Na ile zmian pracujesz? To jednak było 3 lata temu: pl.chopin.nifc.pl/festival/edition2006/programme Moje wrażenie być może spowodowane było tym, że nie podobało mi się to, co działo się na pierwszym i drugim fortepianie A pewnie i tym, że wtedy po raz pierwszy słyszałam Marthę na żywo (na koncerty wcześniej do S1 się nie dostałam, kiedy grała w operze nie było mnie w Warszawie, a wcześniej - za młoda byłam ) - moja ekscytacja sięgała zenitu. Co do rozmów zakulisowych - tak, to było strasznie rozbrajające, podobnie jak temat z Ojca chrzestnego zagrany podczas rozgrywania się przez któregoś ze skrzypków PS bardzo przepraszam Wielbicieli i Organizatorów Konkursu Wieniawskiego za literówkę kilka postów wyżej. To nie była freudowska pomyłka!!! Odpowiedz Link Zgłoś
60jerzy Re: Argerich, Argerich, Argerich 23.08.09, 09:40 Ja pracuję - bywa - na trzy zmiany na dobę. Jednakowoż odpoczywam na pół zmiany. Stąd te zachwiania czasoprzestrzenne. Więc jednak 3 lata. Cóż, a wydawało się, że to było chwilę temu. Coż, Martha - czy to dawkowana, czy skumulowana - emocje budzi - co zdumiewające - zawsze pozytywne. Dlatego dzisiejszy dzień - z pewnością będzie (pomimo pogodozałamki) prześliczny. Odpowiedz Link Zgłoś
schaetzchen Re: Argerich, Argerich, Argerich 23.08.09, 23:43 Dzień był w istocie prześliczny, również pogodowo szeroko pojęty wieczór rozpoczął się od spaceru po Parku Saskim, no a potem Jasna 5. Dziś nie będzie chronologicznie. Martha - mam wrażenie - bardziej była dziś liryczna? Ravel genialny, liryczny nastrój nie przykrył rzecz jasna temperamentu jaki jest właściwy Jej wykonaniu tego Koncertu. Skrzyło się więc i perliło jak należy; ale nawet w tych najbardziej żywiołowych miejscach umiała się na moment wycofać, zamyślić, zrobić jakąś zupełnie-nie-do-przewidzenia woltę. Hipnotyczna II część, z pięknym fortepianowym wstępem i nie mniej zachwycającymi później ornamentami. W miejscu, gdzie melodię przejmuje rożek - Argerich pokazała jaką jest genialną kameralistką. Ale nie tylko tam. Ona słucha wszystkich, sprawia jej widoczną - radość? satysfakcję? zachwyt? kiedy inny muzyk zagra coś wyjątkowo pięknie. Tak było np. w Koncercie potrójnym, podczas wiolonczelowego sola. A w finale Ravela, kiedy paskudnie trudne wybieranki ma fagot - Ona tylko spojrzała na fagocistę, uniosła brwi, jakby mówiła "i co, wyrabiasz się?". Ale z życzliwością i radością. W tym samym finale - kiedy nie do końca precyzyjnie działo się w drzewie - Ona weszła ze swoją partią i nagle... wszystko się uporządkowało i "zrozumiało". Czary. Uśmiechy i dziś były słane na prawo i lewo (mam wrażenie, że dziś grała na większym luzie, jak napisałam - mniej wściekle rzucając się na fortepian, z ogromną radością, a momentami wielką poezją). Koncert potrójny - mam wrażenie jeszcze wspanialszy niż wczoraj. Bardziej chyba stonowany - salonowy? - co nie znaczy absolutnie, że grany na hamulcu. No i absolutnie cudowny Schumann (trzeci z Fantasiestücków op.88) dodany na bis - obok tego co wczoraj finału z Poloneza z Koncertu Potrójnego. Wiolonczelista pokazał w końcu, że potrafi na wiolonczeli śpiewać i że emocja nie musi wyrażać się histeryczną wibracją. Acha, przez cały koncert też więcej się uśmiechał Odpowiedz Link Zgłoś
schaetzchen Re: Argerich, Argerich, Argerich 24.08.09, 00:01 Wysłałam tamten kawałek, bo system lubi mnie wylogowywac jak się zbytnio rozgadam. Dlatego gadam w częściach. 24. sierpnia 2009, niedziela 19.30 Koncert symfoniczny Sala Koncertowa Filharmonii Narodowej Renaud Capuçon (skrzypce) Gautier Capuçon (wiolonczela) Nelson Goerner (fortepian) Martha Argerich (fortepian) Sinfonia Varsovia Jacek Kaspszyk (dyrygent) PROGRAM Siergiej Lapunow: Żelazowa Wola - poemat symfoniczny op. 36 pamięci Fryderyka Chopina Giuseppe Martucci: Koncert fortepianowy nr 2 b-moll op. 66 Maurice Ravel: Koncert fortepianowy G-dur Ludwig van Beethoven: Koncert potrójny C-dur op. 56 Utwór Lapunowa - hmmm, za całe streszczenie dzieła niech posłuży wyczytane w książce programowej: kompozytor inspirował się Potężną Gromadką. W istocie, dziełko bazujące na melodiach ludowych (w tym Mazurku a-moll Chopina i jego Berceuse ). Koncert Martucciego to dla mnie również novum, ale tu wrażenia mam zgoła odmienne, to znaczy utwór bardzo mi się spodobał. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że taki koncert mógł napisać Włoch - tak widać mam do tej głowy wdrukowany stereotyp bel canta, no, może jeszcze Pucciniego. Martucci jest zupełnie inny, w programie napisano, ze w typie Schumanna, Brahmsa i Wagnera. Hmmm, tak bym go nie sytuowała, dla mnie jest jakiś zupełnie odrębny. Ale może rzeczywiście, w harmonii ma coś z tych kompozytorów, w fakturze fortepianowej jest gęsto, masywnie - choć jeden fragmencik przypomniał mi jako żywo Chopina. A Finał zaczyna się bardzo scherzando. Goerner zagrał wspaniale, z pasją, potęgą i wirtuozerią. Żałowałam, że nie bisował - publiczność gorąco go oklaskiwała, ale on - być może ze skromności - nie zdecydował się zagrać nic więcej. W końcu po nim miała grać Martha... Odpowiedz Link Zgłoś
liwet Re: Pregardien/Staier 13.11.09, 01:12 Jeśli chodzi o wersje Preagardien/Staier to polecam też Schwanengesang czyli Łabędzi Śpiew w ich wykonaniu. Odpowiedz Link Zgłoś