Dodaj do ulubionych

Brygada z "Nocnej zmiany" znowu atakuje:

15.03.06, 20:42
Przejżyjcie na oczy!!!:
www.pis.org.pl/multimedia.php#wideoframe
Obserwuj wątek
    • 100op Przypomnijcie sobie prof. Pańko i insp. Falzmana. 15.03.06, 21:31
      Resztę dopiszcie sami, pozwalam.
    • jakobitka Przypomnijcie sobie trochę faktów: 15.03.06, 22:01
      Akuszer wielkich afer

      Autorem programu gospodarczego Platformy Obywatelskiej i nieoficjalnym
      kandydatem tej partii na ministra finansów jest Stefan Kawalec, matematyk-
      ekonomista, były członek KOR, współautor i reżyser scenariusza przekazania
      polskich banków i instytucji finansowych w ręce kapitału zagranicznego,
      człowiek, którego nazwisko przewijało się przy okazji wszystkich największych
      afer w sektorze finansowym.
      Nie ma praktycznie żadnej większej afery w systemie finansowo-bankowym w ciągu
      ostatnich 16 lat, w której nie przewijałoby się nazwisko Stefana Kawalca,
      prawej ręki Leszka Balcerowicza, w czasach gdy jako wicepremier i minister
      finansów wprowadzał w życie słynny plan transformacji polskiej gospodarki.
      Okrągły Stół w pigułce - tak można określić charakter związku, jaki połączył
      Kawalca, działacza KOR, z Balcerowiczem - długoletnim pracownikiem Instytutu
      Podstawowych Problemów Marksizmu i Leninizmu. Przy Okrągłym Stole, jak wiadomo,
      lewica PZPR-owska dogadała się z własnymi dysydentami z lat poprzednich, a ich
      wspólnym mianownikiem na gruncie gospodarki stał się doktrynalny neoliberalizm.

      Prawa ręka Balcerowicza
      Kawalec już w 1989 r. został dyrektorem i doradcą w Ministerstwie Finansów, a
      od 1991 r. wiceministrem. Z Balcerowiczem związał się jeszcze podczas studiów,
      a potem, w latach 80., podczas pracy w Instytucie Funkcjonowania Gospodarki
      Narodowej SGPiS (dziś SGH). Jako działacz "Solidarności" w stanie wojennym był
      internowany i właśnie w więzieniu zajął się studiowaniem ekonomii. Wcześniej, w
      latach 70., ukończył Wydział Matematyki na Uniwersytecie Warszawskim.
      - To był taki czwórkowy student, nie wybitnie uzdolniony, ale dobry, a przy tym
      spokojny, solidny, rzeczowy - mówi o nim jeden z ówczesnych pracowników
      naukowych. Kawalec od początku zaangażował się w KOR, przynosił na
      uczelnię "bibułę". Mówiło się, że był inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa.
      Niektórzy ostrzegali go, że KOR w rzeczywistości znajduje się pod parasolem SB,
      że nie jest to taka do końca uczciwa opozycja.
      - Nie komentował tych ostrzeżeń. On w ogóle więcej słuchał, niż mówił -
      twierdzi nasz rozmówca.
      Kariera Kawalca w resorcie finansów rozwinęła się błyskawicznie. To jemu
      wszechpotężny wtedy wicepremier Balcerowicz powierzył koordynację negocjacji
      Polski z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. On także otrzymał zlecenie
      kierowania przygotowaniem i wdrożeniem programu restrukturyzacji i prywatyzacji
      banków państwowych. Z ramienia Balcerowicza odpowiadał też za przeprowadzenie
      liberalizacji rynku ubezpieczeniowego.
      Czy tylko nagonka?
      Zaczęło się od słynnej afery Art B, czyli wyprowadzenia z polskiego systemu
      bankowego przez panów Bagsika i Gąsiorowskiego - pod okiem wszechwładnego
      Balcerowicza - blisko pół miliarda dolarów za pomocą tzw. oscylatora.
      Winowajcy, uprzedzeni zawczasu, zbiegli za granicę. Jak ujawniła wówczas prasa,
      wiceminister Kawalec doskonale znał obu aferzystów. Gdy wokół sprawy Art B
      zrobił się szum, media otwarcie wysunęły wobec niego zarzut wzięcia 150 tys.
      USD łapówki od Bagsika i Gąsiorowskiego. Nie dane mu jednak było oczyścić się z
      tych zarzutów - być może niesłusznych - przed sądem. Korupcyjne spekulacje
      umarły śmiercią naturalną, nie doczekawszy się większego zainteresowania ze
      strony prokuratury.

      Skok "elit" na kasę
      O ile przy aferze Art B nazwisko Kawalca pozostało w cieniu, o tyle już przy
      kolejnej aferze finansowej - związanej z prywatyzacją Banku Śląskiego - trafiło
      wprost na czołówki gazet. Rzecz miała miejsce w początkach rządów premiera
      Waldemara Pawlaka (1994/1995). Opinią publiczną wstrząsnęła informacja, że
      akcje BŚ, wycenione przez resort finansów na 500 tys. starych złotych za jedną
      akcję, w pierwszym notowaniu na giełdzie osiągnęły 13,5-krotne przebicie.
      Posiadacze akcji po "preferencyjnej" cenie z dnia na dzień zostali miliarderami
      i multimiliarderami. Skarb Państwa stracił krocie. A kto zarobił? Oczywiście
      inwestor strategiczny - holenderski ING-Bank, wybrany przez resort finansów pod
      kierunkiem Marka Borowskiego, i zarząd oraz pracownicy Banku Śląskiego, którzy,
      za zgodą resortu finansów, mieli możliwość zakupienia trzy razy większej puli
      akcji po cenie wyjściowej, niż dopuszczało prawo (otrzymali na to preferencyjny
      kredyt w... Banku Śląskim!). Prawdziwy jednak skandal wybuchł, kiedy okazało
      się, że duże ilości akcji poza kolejnością zakupiły powszechnie znane
      osobistości ze świata polityki i mediów. To był po prostu skok "elit" na kasę!

      Nie ma mocnych
      I właśnie osobą, która przygotowywała i nadzorowała tę prywatyzację, był...
      Stefan Kawalec, wiceminister, tym razem u boku nowego szefa - Marka
      Borowskiego. Jego nazwisko obiegło czołówki wszystkich gazet, dzienników
      radiowych i telewizyjnych, a premier Pawlak natychmiast zdymisjonował
      wiceministra. I wtedy stała się rzecz zdumiewająca: pryncypał Kawalca - Marek
      Borowski, ten sam, który dziś chce reprezentować w wyborach prezydenckich
      tzw. "lewicę o czystych rękach" - zamiast w obronie interesów Skarbu Państwa -
      stanął w obronie swego wiceministra. Użył nawet argumentu ostatecznego -
      zagroził podaniem się do dymisji!
      I dał głowę, bo Pawlak się nie ugiął, Kawalca wyrzucił, a dymisję ministra
      finansów skwapliwie przyjął. Nie nastąpił potem żaden "koniec świata", rząd
      Pawlaka (PSL - SLD) utrzymał się, a tylko w resorcie finansów miejsce
      Borowskiego zajął Grzegorz Kołodko. W tym czasie NIK, na wniosek sejmowej
      komisji przekształceń własnościowych kierowanej przez Bogdana Pęka,
      przeprowadziła kontrolę prywatyzacji BŚ, w wyniku której stwierdzono szereg
      rażących uchybień i przestępstw. Jeszcze w toku czynności NIK skierowała
      wnioski do prokuratury przeciwko Kawalcowi i kilku innym osobom. Pojawiły się
      pogłoski o tzw. liście Pęka, na której mieli się znajdować politycy i
      dziennikarze, którzy nieuczciwie dorobili się na aferze prywatyzacyjnej (w
      posiadaniu tej listy był w rzeczywistości Lesław Paga, przewodniczący
      Państwowej Komisji Papierów Wartościowych). To wtedy właśnie Pęk przyznał przed
      kamerami, że obawia się o swoje życie i w związku z tym nosi broń...

      Zmowa milczenia
      O tym, jak wysoko umocowani byli autorzy złodziejskiej prywatyzacji Banku
      Śląskiego, może zaświadczyć pewien incydent: otóż kontrolerzy NIK - rzecz
      niesłychana - zostali wyrzuceni z Banku Śląskiego przez obsługę. Po prostu
      odmówiono im wglądu w dokumenty dotyczące prywatyzacji, a to pod pretekstem...
      ochrony tajemnicy bankowej (!). Ani Dom Maklerski Banku Śląskiego, ani...
      minister finansów nie udostępnili kontrolerom listy akcjonariuszy, marszałek
      Sejmu zaś utajnił raport NIK w tej sprawie. Szefem NIK był wtedy Lech
      Kaczyński.
      Mimo kłód rzucanych pod nogi w połowie 1995 r. warszawska prokuratura
      skierowała do sądu akt oskarżenia w sprawie Kawalca i drugiego wiceministra -
      Henryka Chmielaka. Niestety, do dzisiaj nie wiadomo, co się z tą sprawą stało.
      Może zawędrowała na dno szuflady, a potem umorzono ją na takiej zasadzie jak
      postępowanie przeciwko prezydenckiemu ministrowi Markowi Ungierowi? Jedynym
      skazanym w aferze Banku Śląskiego okazał się... szef banku Stefan Rajczyk...
      Pozostali nie tylko nie odpowiedzieli za przekręt, ale zostali nawet
      wynagrodzeni dobrymi posadami. Chmielak poszedł pracować do Polisy-Życie.
      Kawalec trafił do Commercial Union i Banku Handlowego. A następca Borowskiego w
      resorcie finansów - Grzegorz Kołodko, cisnął raport NIK do kosza i dokończył
      prywatyzację Banku Śląskiego, przekazując kontrolę nad nim inwestorowi
      zagranicznemu.

      Przehandlowali bank
      W Banku Handlowym Kawalec został szefem doradców przy prezesie BH Cezarym
      Stypułkowskim, zaufanym Aleksandra Kwaśniewskiego. Bank Handlowy to nie był
      taki sobie zwyczajny bank. Trzeba wiedzieć, że w czasach PRL to właśnie Bank
      Handlowy prowadził wszystkie transakcje dewizowe komunistycznego państwa ze
      światem za
      • tyka5 Re: Przypomnijcie sobie trochę faktów: 16.03.06, 10:22
        Jakobitko, pociągnij ten artykuł do końca, bo jest bardzo, ale to bardzo
        interesujący. O jego wadze świadczy natychmiastowe przysypanie go wątkami na
        tym forum przez "plotkarzy". Warto odświeżyć pamięć o złodziejach i przekrętach.
        Mam nadzieję, że w artykule znajdzie się też wątek Big Banku Gdańskiego, dziś
        Millenium.
    • jakobitka Na życzenie Tyki5 16.03.06, 11:58
      Afera PZU” jest kolejną, która pokazuje jak głęboko sięgają macki biznesmenów z
      komunistycznym glejtem w kieszeni

      PZU i chciwe komuchy

      Prywatyzacja po roku 1989 była przede wszystkim źródłem finansowo-politycznego
      kapitału lewicy. Przy prywatyzacji PZU w roku 1999 ekipa Mariana Krzaklewskiego
      usiłowała nieudolnie przerwać trwający od 10 lat mechanizm nie przekraczając
      przy tym zasad prawa. Jednak posłużono się do tego zadania ludźmi o podwójnej
      lojalności, a ostatecznymi zwycięzcami zostali towarzysze od “prezia”.

      Komisja badająca kulisy prywatyzacji PZU, prześwietlając działania liderów AWS,
      nie powinna tracić z pola widzenia zasadniczego mechanizmu rządzącego
      polskim “biznesem politycznym” po roku 1989. Mechanizmem, który doprowadził nas
      do obecnego stanu rozprzężenia: państwo przegniłe korupcją, szarpane przez
      grupy przestępczo-polityczne i poddane niekontrolowanym naciskom lobbystów
      zagranicznych oraz krajowych.

      W tych warunkach dochodzenie do prawdy wymaga szczególnej uwagi i rozwagi, by,
      jak to próbuje się obecnie robić z PZU, nie dać zagonić się w ślepą uliczkę, w
      której z pomocnika kieszonkowca zrobimy wielkiego bandytę, a gangstera puścimy
      wolno.

      W tym kierunku zdają się zmierzać wstępne interpretacje sporu o prywatyzację
      PZU. Na plan pierwszy wydobywa się sprawę Telewizji Familijnej i skandalicznych
      żądań finansowych Władysława Jamrożego, który negocjując oficjalnie pensję dla
      siebie, zażądał rocznych wynagrodzeń w wysokości miliona dolarów (rocznie kwoty
      zbliżonej do miesięcznych zarobków prezesów największych spółek obsadzanych
      prze układ nomenklaturowy - jak banki czy Orlen).

      Nie piszę tego w obronie tandemu Jamroży - Wieczerzak lub dlatego, by
      usprawiedliwić naciski, jakich dopuszczali się politycy AWS żądając od spółek
      Skarbu Państwa finansowania Telewizji Familijnej. Wskazuję jedynie na skalę
      tych “przestępstw” w porównaniu z bezczelnymi żądaniami łapówek, furami “full
      wypas” czy obsadzaniem zarządów spółek kolegami - co stanowi normę polityczno-
      biznesowego postępowania lewicy.

      Dramat w kilku aktach

      Co zatem stało się na przełomie roku 1990 i 2000 podczas prywatyzacji PZU S.A.?
      Dziś główna wiedza na ten temat pochodzi z ujawnionych częściowo
      przez “Rzeczpospolitą” zeznań byłego prezesa konsorcjum Eureko Portugalczyka
      Joao Luisa Ramalho de Carvalho Talone.

      Przypomnijmy zatem, że od marca 1998 roku Skarb Państwa przygotowywał się do
      prywatyzacji największego polskiego towarzystwa ubezpieczeniowego PZU,
      dzierżącego 60% rynku ubezpieczeń w Polsce (co stanowi ponad 24% całego rynku
      ubezpieczeń w Europie środkowej).

      Ostatecznie po kilku rundach negocjacji, w listopadzie 1999 roku, umowę o
      nabyciu od Skarbu Państwa 30% akcji PZU - podpisuje konsorcjum portugalskie
      Eureko oraz kontrolowany przez postkomunistyczną nomenklaturę BIG Bank Gdański
      (obecnie Bank Millenium).

      Inwestor budzi nieufność z dwu powodów:

      jego siła kapitałowa jest ponoć mniejsza od wartości podmiotu, do którego
      przejęcia się przygotowuje, a ponadto...

      głównym udziałowcem PZU staje się za przyzwoleniem AWS-owskiego rządu typowy
      bank komunistycznej nomenklatury.

      W tym czasie na we władzach PZU pierwsze skrzypce gra kolejny “złoty tandem”
      polskiego biznesu: Władysław Jamroży i Grzegorz Wieczerzak. Podobnie jak
      tandemy Bagsik-Gąsiorowski czy Kuna-Żagiel, szczycili się oni dobrymi
      kontaktami we wszystkich siłach politycznych, podczas gdy ściśle współpracowali
      z biznesmenami nomenklaturowymi. Wiadomo na przykład, że za prezesury Jamrożego
      PZU wsparło dwie spółki zależne od BIG Banku ratując tym samym bank, który
      znalazł się w trudnej sytuacji finansowej (odpowiednie porozumienie w tej
      sprawie zawarli Jamroży i prezes BIG-u Bogusław Kott).

      Uwłaszczenie nomenklatury

      BIG Bank jest modelowym przykładem nomenklaturowego banku powstałego na
      przełomie lat 80-tych i 90-tych w ramach masowo prowadzonego po roku 1989
      procesu samouwłaszczenia się nomenklatury. Kapitał założycielski twórcy BIG-u
      czerpali między innymi z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego i z PZU.

      Oczywiście publicznych pieniędzy z “wkładu założycielskiego” na długo nie
      wystarczało. Dlatego między bankami a przedsiębiorstwami państwowymi (następnie
      spółkami skarbu państwa) powstała zawiła struktura wzajemnych zależności,
      udziałów, spółek pośrednich, wpłat i wypłat, nad którymi nikt nie był w stanie,
      a raczej nie chciał zapanować.

      System ten (lekko zmodyfikowany - wzrasta rola fundacji) działa sprawnie do
      dziś i służy do przepompowywania publicznych pieniędzy na konta firm, w których
      utrzymanie znajdują koledzy i rodziny lewicowych baronów.

      Czasem na systemie tym pożywi się też jakiś usłużny polityk centroprawicy
      (dobrym przykładem jest tu osławiony układ warszawski), jednak zasadniczo
      system ten powstał i funkcjonuje, chciałoby się rzecz, “na zamówienie” lewicy.

      Postkomunistyczna dojarka

      I tak o wspomnianym BIG-u wiadomo, że - tu cytujemy za “Życiem Warszawy” -
      finansowe wsparcie z państwowego PZU płynęło na konta dwu spółek. Były to
      Industry Equipment Contracts - Inec Services sp. z o.o. oraz Transportation &
      Business Machines Leasing - TBS Leasing sp. z o.o. Obie powstały w 1996 r., a
      ich kapitał założycielski wynosił po 500 tys. zł. Przedmiotem ich działalności
      było m.in. pośrednictwo w operacjach finansowych - zajmowały się obrotem
      papierami wartościowymi. Jak wynika z dokumentów, kupowały głównie akcje BIG BG
      S.A.

      We wrześniu 1997 r. w odstępie kilku dni udziały w obydwu spółkach nabył BIG
      SA. Firmy stały się też zależne od siebie - w TBM udziały miał Inec Services, a
      w niej TBM. Z akt, które są w Krajowym Rejestrze Sądowym, wynika, że
      pełnomocnikiem wspólników Inec Services był Andrzej Kratiuk, dziś
      prezes “Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej Porozumienie bez Barier”. Kratiuk był
      równocześnie współwłaścicielem kancelarii prawnej KNS, która od 1998 r. do
      końca stycznia 2000 r. obsługiwała m.in. PZU Życie.

      Komuniści starali się jednocześnie z gorszym lub lepszym skutkiem podnieść
      efektywność ekonomiczną firm pasożytujących na społeczeństwie. Dokonywali w tym
      celu ich prywatyzacji - w przypadku BIG-u realizowano pomysł akcjonariatu
      rozproszonego, który umożliwiał zarządowi i radzie nadzorczej złożonej
      z “właściwych ludzi” utrzymanie kontroli nad zarządzanym podmiotem. Wszystko to
      ubierano w piórka “polskiego patriotyzmu”.

      Obok rzeczywistych prywatyzacji część akcji przekazywano
      publicznym “darczyńcom” by uwiarygodnić jakoś wsparcie finansowe, jakiego
      spółki uliczne udzielały prywatnym firmom nomenklaturowym. W ten sposób między
      innymi PZU i PZU Życie weszły w posiadanie pakietów akcji BIG-u.

      Dobry statysta

      Jakie zamiary powodowały kierownictwem AWS, gdy godziło się ono, by
      najpoważniejszym i docelowo większościowym udziałowcem tak potężnej firmy jak
      PZU stało się konsorcjum dosyć słabej firmy Eureko i nomenklaturowego banku?

      Z punktu widzenia biznesowego za konsorcjum przemawiały dwa argumenty:

      był to podmiot na tyle słaby, że nie powinien łatwo zdominować Skarbu Państwa
      we władzach PZU,

      ponadto Eureko gwarantowało zachowanie znaku firmowego i odrębności PZU (czego
      nie gwarantowali duzi inwestorzy - np. francuska Axa wprost zapowiadała
      likwidację podmiotowości PZU i zmianę Zakładu na lokalną filię własnego
      przedsiębiorstwa).

      Ponadto w żadnej wersji kolejnych umów prywatyzacyjnych (za wyjątkiem ostatniej
      przygotowanej przez Aldonę Kamela-Sowińską) ekipa Buzka-Krzaklewskiego nie
      wyraziła zgody na większościowy udział Eureko. Mieliśmy do czynienia raczej z
      łudzeniem i obłaskawianiem inwestora (obietnice oraz równy podział miejsc w
      Radzie Nadzorczej i zarządzie) niż rzeczywistym zamiarem oddania
      • elmek ile razy mam prosić??? 16.03.06, 12:08
        Proszę nie wklejać takich tasiemców, tylko linki! Ostatni raz upominam :-/
        • tyka5 Re: ile razy mam prosić??? 16.03.06, 12:43
          Tak jest. Kto śmie podważać jedyną słuszną linię? Mie życzymy sobie tu prawdy,
          co nie Elmek?
          Tak samo z obrażaniem. Obrażać można jedynie prawicowych oszołomów.
          • elmek Re: ile razy mam prosić??? 16.03.06, 13:41
            Jedyną słuszną linię to Ty tu serwujesz od kilku tygodni w dziesięciu wątkach o
            jednym i tym samym. Można dostać mdłości od Twoich politycznych agitek. PiS to,
            PiS tamto, PO to, PO tamto i w tym zalewie politykierstwa ginie jakakolwiek
            informacja o Złotowie i sprawach jego mieszkańców. Nie mówię, że nie należy
            umieszczać tu wiadomości ponadregionalnych, ale znaj proporcję!
            • tyka5 Re: ile razy mam prosić??? 16.03.06, 13:55
              Ja tu pracuję nad tobą i takimi jak ty. Ale widzę, że to orka na ugorze.
              • elmek Re: ile razy mam prosić??? 16.03.06, 14:20
                Ja się tylko zastanawiam z czego wynika Twoja troska o mnie? Poza tym, nie
                nazywaj indoktrynacji "pracą nad ludźmi", bo to przewrotne. Mimo wszystko wiedz,
                że widzę różnicę między tym co robisz a np. działalnością Jakobitki
                umieszczającej na wielu forach te same teksty rodem z jakiejś partyjnej broszury :-/
                • sjd Re: ile razy mam prosić??? 17.03.06, 08:33
                  Ja osobiście głosowałem na PiS oraz na na Lecha Kaczyńskiego w wyborach
                  prezydenckich. I drugi raz zrobiłbym to samo. I nawet z większą pewnością, niż
                  za pierwszym razem.
                  Jednak i mnie odrzucają wklejane tutaj artykuły, które nijak sie mają do
                  Złotowa. Od tego prawdopodobnie są jakieś fora tematyczne? Dobrze byłoby, aby
                  dyskusje na forum złotwskim, nawet jeśli dotyczą polityki ogólnoposkiej, miały
                  coś wspólnego z naszym miastem. Szkoda, że nic nie znalazłem o działalności PiS
                  w naszym regionie... :/
                  Nie wiem jak inni, ale ja gdy zaglądam na to forum, to po to aby dowiedzieć sie
                  co dzieje się u nas - w Złotowie. Tymczasem otwieram topic o tajmniczym tytule,
                  ktory bardziej kojarzy mi się z tematyką zakrzewskiego bluessa i znajduję
                  artykuł o przkrętach w Banku Gdańskim... :/
                  • sjd Re: ile razy mam prosić??? 17.03.06, 08:35
                    Tyka5 - z całym szacunkiem, ale czy wdawanie się w takie dyskusje nie powoduje
                    efektu odwrotnego od zamierzonego?
                    Pozdrawiam
                    • elmek Re: ile razy mam prosić??? 17.03.06, 09:44
                      Dokładnie tak, "na złość mamie odmrożę sobie uszy"...
                  • antykomunista11 Re: ile razy mam prosić??? 17.03.06, 11:36
                    nie znajdujesz informacji o działalności złotowskiego PiSu bo on w praktyce nie
                    istnieje..........
                    • sjd Re: ile razy mam prosić??? 17.03.06, 12:01
                      A szkoda. Byłoby lepiej, gdyby zamiast artykułów skopiowanych z serwisów
                      ogólnokrajowych pojawiły się KONKRETNE propozycje co można zrobić u nas, na tzw
                      naszym podwórku. Jeśli u nas dalej będą rzadzić stare tzw układy, to choćby
                      skopiować na tym forum najmądrzejsze teksty, to nic się nie zmieni. Co najwyżej
                      niektórzy będą mogli się anonimowo powyzywać i poobrażać.
                      Szkoda. Jako przedstawiciel elektoratu PiS oczekiwałbym czegoś więcej...
                      • flatower Re: ile razy mam prosić??? 17.03.06, 12:18
                        Co do programu to tez Tyka. Jednak uważam że przyjdzie na to czas.On już
                        praktycznie istnieje ale po co się śpieszyć.
                    • flatower Re: ile razy mam prosić??? 17.03.06, 12:15
                      Na ten temat najbardziej kompetentną osobą jest Tyka.
                      • galicjanka1 Re: bez Tyki ani rusz! 21.03.06, 22:52
                        Od programu Tyka, "na ten temat najbardziej kompetentną osobą jest Tyka". Tu
                        Tyka tam Tyka i co z tego wynika?
                        • antykomunista11 Re: bez Tyki ani rusz! 22.03.06, 09:38
                          na razie tylko tyle że Tyka tyka wszystko i wszystkich co się rusza (czytaj ma
                          inne poglądy)...... ale spoko to tylko czcza gadanina

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka