Jestem szalenie ciekawa jak oceniacie te wypowiedz ... Jutro napisze,
co JA na ten temat myśle ...
Pani Eliza, nasza czytelniczka, potrąciła łosia na drodze przebiegającej przez Puszczę Kampinoską. Szybko wezwała na miejsce policjanta i leśniczego, a później wspólnie próbowali ściągnąć pomoc do rannego zwierzęcia. Ale żaden z ponad 40 weterynarzy, których obdzwonili, nie chciał im pomóc.
- Przez ponad siedem godzin odbijaliśmy się od ściany. W końcu myśliwy zastrzelił zwierzę - mówi kobieta.
Jestem weterynarzem...
Autor: wet.010 09.12.11, 21:46
Ja też najprawdopodobniej odmówiłabym przyjazdu. Nie dlatego, że mam w nosie cierpienia zwierzęcia - też jestem wkurzona tą sytuacją, tylko ja dodatkowo jeszcze z paru innych powodów.
Ja nie przyjechałabym bo zasiliłabym grupę gapiów i tyle. Ja-podobnie jak znakomita większość moich kolegów-nie mam pojęcia o łosiach. O dzikich zwierzętach nas na studiach nie uczą, nie ma takiej specjalizacji.
Nie wiem jakie leki w jakich dawkach mogę zastosować, jak się do takiego zwierzęcia bezpiecznie zbliżyć, bez zagrożenia dla siebie (łoś był przytomny i starał się uciekać), nie mówiąc o tym, czym zabezpieczyć u takiego kolosa połamane kończyny. Więc po co mam robić większy tłum. Być może, ci którzy odmówili kierowali się podobnymi powodami. Jednak specjalista, zajmujący się końmi powinien sobie poradzić, zwłaszcza przy pomocy tak dobrego chirurga jakim jest prof. Kłos. Wpienia mnie to, że zwierzę cierpiało bo pewnie wydzwanianio do lecznic dla psów i kotów-czyli totalnie bez sensu, wkurza mnie że mimo kontaktu z prof. Kłosem na miejsce nie pojechał żaden specjalista od tzw. dużych zwierząt z Nowoursynowskiej. Pewnie też był jeszcze jeden aspekt, o którym nikt się nie zająknął. Takich złamań u dużych zwierząt się nie leczy, z wyjątkiem koni i to na ogół cennych koni. To przez ogromne koszty leczenia i rehabilitacji. Więc tak naprawę, to może się okazać, że chętnych do pokrycia tych kosztów nie było.
Spójrzcie na to także z tej strony. W moim zawodzie-tak jak w każdym czarnych owiec nie brakuje, ale na ogół to porządni ludzie, którzy starają się jak najlepiej wykonywać swoją pracę i wcale nie mają w nosie straszliwego cierpienia zwierzęcia. Tu zabrakło zdrowego rozsądku, ale i jakichkolwiek procedur na wypadek tego rodzaju sytuacji. Tak, żeby było jasne i klarowne-kto ma być wezwany, jak i gdzie zwierzę transportować i kto za to płaci. Ale u nas jak zwykle: coś się wykombinuje. No to się nie wykombinowało.