jael53
17.11.16, 14:55
Pamiętam, jak ze 3 lata temu zacny @pfg mantrował: "nie ma habilitacji za punkty, nie ma habilitacji za punkty...: No i przezacny PFG nie miał racji, jak jasna cholera albo i jeszcze bardziej. Bo otóż ustalenie „znaczącego wkładu w naukę” stało się nader szybko niczym innym, jak przeliczaniem punktów.
I zaczęto praktykować coś jeszcze ciekawszego – czego nie tylko PFG nie przewidział, ale nawet w mojej daleko bardziej podejrzliwej głowie to nie zaświtało. Zaczęto – uwaga, uwaga – przeliczać dorobek (z obszaru nauk społecznych oraz humanistycznych) na… arkusze wydawnicze. I dzielić przez lata zatrudnienia.
Tymi rachunkami można zresztą całkiem prosto manipulować – przyjmijmy, że 2 osoby mają ten sam staż pracy, w tej samej dyscyplinie i analogiczny dorobek: 4 monografie (dla ułatwienia o identycznej objętości 15 ark. każda) i 10 artykułów (0,5 ark./ sztuka – tak, jak wymaga większość periodyków). Jednemu liczymy wszystko; drugiemu tylko artykuły. I dzielimy przez 10. Wszystko jasne?
Zasadniczo przywykłam do tego, że recenzje mogą być wielce księżycowe, bo tworzone przez specjalistów, którzy nie mają żadnego większego pojęcia o tym, co merytorycznie mieliby oceniać. Z nadzwyczajną elastycznością kryteriów formalnych też nieco się zaznajomiłam - byłam zaangażowana w postępowaniu, w którym z 7. zgłoszonych artykułów trzy były pięciogwiazdkowymi autoplagiatami - a mimo to znalazł się recenzent, który ten dorobek ocenił pozytywnie. Przyznaję jednak, że ta metoda, z którą się niedawno spotkałam - przeliczanie dorobku na "objętość/rok" - jednak zdążyła mnie zadziwić.