trzy.14
03.10.21, 13:33
Spotkałem diamenta polskiej nauki i innowacyjności. I już wszystko rozumiem.
Diament to ten, który ma władzę, dojścia, wpływy, pieniądze, koneksje, stanowiska i funkcje, a wszystko to podlane tytułem naukowym profesora RP.
Diament nie ma na nic czasu, tak jest zabiegany. Ale potrzebuje ekspertyzy dla sporej polskiej firmy państwowej. O ile dobrze zrozumiałem, diament już zna zasadniczy wynik tej ekspertyzy, ale z jakichś powodów sam napisać jej nie może. Ekspertyza byłyby de facto dla niego, on przekazałby ją dalej i to on by za nią płacił ze środków, które ma od firmy. Tak to zrozumiałem.
Jak przystało na osobę, która ma władzę, dojścia, funkcje i tytuł, diament nie zna eksperta (wersja soft: ci, których zna, się od niego odwrócili), więc szuka nieco po omacku i stąd ta moja rozmowa. W luźnej pogaduszce, jak by tu do problemu podejść, po tym, gdy stwierdziłem , że problem jest znany od dawana (ale to wiedza ogólna, niemal podręcznikowa, ja się niczym podobnym nigdy nie zajmowałem), zaproponował jako punkt wyjścia "równanie z lat sześćdziesiątych".
Tak skończyły się moje marzenia o nawiązaniu współpracy badawczej z jakąkolwiek dużą (= mającą poduszkę finansową) firmą, choćby i państwową. Jeśli w dodatku tam zarządy obsiadły diamenty polskiego zatrządzania, to mamy narodowy dramat podniesiony do kwadratu. Jeśli jednak ktoś tam rozsądny się uchował, ale jego jedynym intefejsem z polską nauką są diamenty polskiej nauki, to co on sobie o nas może myśleć?