milva_barring
11.03.12, 12:02
Piekę wczoraj rybę w piekarniku w folii. Niestety z jednego kawałka zaczęło wyciekać. Zapomniałam podłożyć blachę pod spód, więc cieknie bezpośrednio na dno piekarnika. Myślę sobie, trudno, wyczyszczę. Na to wchodzi mój małżonek. "O, cieknie" błyskotliwie zauważył. Po czym podłożył jeszcze blachę, bo jak stwierdził blachę łatwiej myć niż piekarnik (ciekawe skąd wie, przecież nigdy tego nie robił).
Efekt:
piekarnik do czyszczenia
blacha do czyszczenia
mega foch u męża, bo mu "podziękowałam" za jego pomoc
Poza tym jest mistrzem w brudzeniu naczyń.
Przykład:
Ja: Robię pizzę z gotowego ciasta, które kupuję na tacce styropianowej. Ciasto wykładam na blachę. Łyżką rozsmarowuję koncentrat po cieście. Ser trę na tarce na tackę po cieście, wędlinę lub boczek kroję nożem na desce do krojenia, przyprawę sypię palcami. W efekcie mam do mycia łyżkę, nóż, deskę i tarkę.
Mój mąż: ciasto wykłada na talerz, potem na blachę; ser trze na kolejny talerz, koncentrat wyjmuje łyżeczką, rozsmarowuje dużą łyżką, wędlinę kroi na desce, zawsze bierze kilka noży, bo są za tępe, za ostre, za bardzo z ząbkami itp. Wędlinę odkłada na kolejny talerz... Przyprawę nabiera łyżeczką... Nie robi mi to wielkiej różnicy, bo i tak mamy zmywarkę, ale nieodmiennie mnie to bawi.
Wątek do pośmiania na niedzielę. Nie nawracajcie mnie, że se lenia wyhodowałam na obfitym łonie, czy że jest mega gamoniem... Bo i tak widzę ogromny postęp w stosunku do tego co było kilka lat temu. A w innych sprawach jest generalnie bardziej zorganizowany.