xsqr
06.10.14, 13:58
Jestem złym ojcem, jeszcze gorszym niż mój własny. Wstydzę się tego, cierpię wewnętrznie nie mogąc znaleźć siły aby odmienić ten "zły urok".
Bardzo czekaliśmy na dziecko. Oboje bardzo dziecka chcieliśmy i bardzo córeczkę kochamy. Ale na bardzo odmienny i inaczej rozumiany sposób. Nie chcę oceniać swojej żony jako matki tutaj, nie w tym mam cel.
W moim rodzinnym domu matka troszczyła się o wszystko. Robiła zakupy, płaciła rachunki, zarabiała na dom, na nasze wspólne utrzymanie. Ojca musiała wręcz zmuszać do pójścia do pracy, ale jego i tak nic nie interesowało. Nigdy nie miałem z nim więzi - bo jego emocjonalnie w moim życiu po prostu nie było. Zawsze siedział tylko w swoich "zainteresowaniach" a dla rodziny nigdy nie miał czasu. Nie wiem nawet czy ów czas chciał mieć. Wolał - i czas i zarobione pieniądze wydawać na siebie, wpędzając matkę w długi. Nigdy nie interesował się moją nauką, rozwojem emocjonalnym. Nigdy ze mną o niczym nie rozmawiał. Wydawał mi się obcym człowiekiem. Pojawiał się tylko wtedy kiedy trzeba było mnie zwyzywać od debili, kretynów, pasożytów albo przylać mi pasem po twarzy albo w dupę, rzucić matką o ścianę albo któreś z nas kopnąć. Kiedy były problemy - potrafił kazać nam "spier*****" i zamknąć się w pokoju. Tak spędziłem dzieciństwo....
Kiedy urodziła się córeczka - którą przecież kocham, obiecywałem sobie, że taki nie będę! Nie chciałem! Spędzałem z rodziną wiele czasu, próbowałem uczestniczyć we wszystkich wyborach. Bardzo aktywnie spędzałem z małą czas, w głównej mierze to ja dbałem o lekarzy, chętnie chodziłem z nią na spacery, spędzanie z nią czasu, zajmowanie się malutką było dla mnie bardzo ważne. Ale gdzieś tam - głęboko w środku siedział "mój ojciec" - "Piotruś Pan". Zawsze ciężko pracowałem a po pracy biegłem prosto do domu i szkoda mi było czasu na kolegów albo wyjścia z pracy - pędziłem do rodziny. Ja sam dbam o wszystkie zobowiązania finansowe rodziny, pilnuję kredytów, dbam o rachunki, staram się być aktywny w domu, dzielić z żoną obowiązki opieki nad domem.
Coraz mniej czasu spędzam z córką, coraz więcej "sam ze sobą". Coraz bardziej tracę z nią więź i bardzo mnie to boli, choć wiem, że sam jestem temu winny i nikt inny. Nie uciekam od problemów i jeśli trzeba zostanę w domu, pójdę z córeczką do lekarza, z dosłowną przyjemnością angażuję się w zawożenie jej do przedszkola, lubię ją usypiać wieczorem - ale coraz częściej na nią krzyczę, złoszczę się kiedy mała nie może spać w nocy i robię awantury krzycząc na żonę i dziecko o byle pierdoły - nawet o taką głupotę jak bałagan w kuchni albo jakąś rzecz leżącą gdzieś gdzie nie powinna.
Czuję, że wychodzi ze mnie mój własny ojciec. Robię dokładnie to samo co on i nie wiem jak sobie z tym poradzić. Zawodzę nie tylko swoją żonę, ale przede wszystkim córkę - której głęboko w duchu obiecałem, że dam lepsze dzieciństwo niż moje własne.
Trudno mi nawet o tym pisać i mówić, ponieważ na własnym dziecku zaczynam powtarzać te okrucieństwa jakie dał mi mój własny ojciec. Nie wszystkie, ale... Cóż z tego, że dbam o nią, że jak trzeba to pojadę do lekarza, pójdę do przedszkola, polecę do sklepu po lizaka - skoro na drugi dzień na nią wrzasnę o byle gó...?!?!?
Tak, jestem złym ojcem i nie chcę tutaj rozgrzeszenia. Posłuchajcie mojej przestrogi, tak łatwo powielić wzorce swoich rodziców....