miss_housewife
14.01.09, 09:21
Witam serdecznie.
Pare miesiecy temu pisałam o swojej historii. W sumie klasyka
gatunku. Wydawalo mi się, ze jesteśmy szczesliwym związkiem, z
dwojka dzieci (chcianych i zaplanowanych). Oboje mamy udane zycie
zawodowe. Jednym slowem sielanka. Okazalo się, ze mój niemaz uwaza
inaczej. Efekt: zdrada. Pisałam również, ze po wielu rozmowach
zdecydowałam się dac nam jeszcze jedna szanse. Zaczelismy również
chodzic na terapie malzenska. Obecnie, po tych kilku miesiącach
widze, ze mój niemaz sie stara, probuje wszystko naprawic. Natomiast
jeśli chodzi o mnie..... No wlasnie, i tu jest pies pogrzebany. W
dalszym ciagu go kocham. Ale nie potrafie mu wybaczyc, a tym
bardziej zapomniec. Do tego zmienil się bardzo mój sposób
postrzegania niemeza. Nagle, po tym wszystkim, spadly mi z oczu
rozowe okulary, zaczelam dostrzegac jego wady, których dotychczas
nie zauważałam lub nie chciałam zauważać. Wiem, ze w związku z
zaistniala sytuacja mój obecny obraz niemeza jest mocno
przejaskrawiony na jego niekorzyść, ale nic nie umiem z tym zrobic.
Caly czas miotam się sama ze soba. W jednej chwili jestem pewna, ze
go kocham, w drugiej - ze to tylko przyzwyczajenie, przywiązanie (w
koncu jesteśmy razem 15 lat).
Niemaz poprosil, abym zostala jego zona, ale nie potrafie się na ten
krok zdecydowac. Z jednej strony nie wyobrażam sobie zycia bez
niego, ale z drugiej - nie wiem, czy będę potrafila z nim dalej zyc.
A musze to wiedziec, żeby się zdecydowac na malzenstwo. Jednym
slowem - bledne kolo.
Czy jest jakies "lekarstwo" na taki stan rzeczy? Czy kiedys uda mi
się pozbyc tych wątpliwości, tego rozdarcia? Tu nie chodzi o
podjecie decyzji, podjęłam ja i chyba była ona sluszna (to znaczy
uwazam, iż decyzja o rozstaniu bylaby gorsza decyzja). Problem tkwi
we mnie..... Nie umiem tego wytłumaczyć. Doradzcie cos, proszę.