barakkobamaa
27.04.10, 14:32
„Sen Wyspiańskiego o Polsce wolnej, żal do współczesnej, ból, sarkazm, ten
porachunek poetycki z własnym pokoleniem Wajda przetłumaczył na język filmu, a
raczej na wrzask i bełkot. Inteligencję tych czasów przedstawił nam jako bandę
niezdolnych do czynu kabotynów, którym w pijackim zamęcie coś tam we łbach się
majaczyło. Kazał nam zapomnieć, że z tego środowiska, z tej ziemi, już za lat
30 wyszli pierwsi od lat polscy żołnierze”. W czasach, z których pochodzi ten
cytat, nie należało przypominać, że żołnierze ci to legiony Piłsudskiego. Nie
napisał tych słów jakiś wyznawca kaczyzmu czy ideolog PiS. To fragment
felietonu z początku lat 70. Antoniego Słonimskiego.
Nikt tak konsekwentnie nie zwalczał w tamtych czasach popieranego przez partię
i rząd zjawiska wajdalizmu jak twórca tego zapomnianego określenia - Antoni
Słonimski. Co było istotą wajdalizmu, wyjaśnia następny cytat z felietonu
Słonimskiego. „Niechęć swoją do romantycznych kart naszej historii wyraził już
Wajda w »Popiołach« Żeromskiego. Już nam pokazał, że napoleonidzi, którzy
nieśli do Polski sztandary wolności i hasła rewolucji francuskiej, to były
żałosne łachudry, kondotierzy spraw przegranych, niepochowane trupy ziemi
jałowej”. Mijały lata i wydawać by się mogło, że wajdalizm rósł w siłę. Wizja
Polski jako brzydkiej panny na arenie międzynarodowej, niezbyt lubianego
członka rodziny europejskiej, zdominowała, wydawało się, serca i umysły
Polaków. Katastrofa, w której zginął prezydent Lech Kaczyński i znacząca część
elit przeciwstawiająca się takiej wizji Polski zdegradowanej, ich tragiczna
śmierć, mogła ostatecznie pogrzebać ducha Wernyhory. Ku zaskoczeniu salonu i
jego autorytetów tysiące, a może setki tysięcy Polaków w ostatnim tygodniu noc
i dzień składało hołd prezydentowi i jego żonie Marii, pierwszej parze
najjaśniejszej Rzeczypospolitej.
Mimo że wcześniej sam Donald Tusk zdegradował prezydenturę do żyrandola i
czerwonego dywanu, powtarzając, że prezydent nie jest mu do niczego potrzebny,
mimo nieustannego poniżania prezydenta przez Komorowskiego, Niesiołowskiego i
Palikota, mimo tego wszystkiego Lech Kaczyński doczekał się wdzięczności i
szacunku Polaków. Był z nich dumny i jako pierwszy obywatel kochał, szanował i
wierzył w wielkość swoich rodaków. I dlatego, choć poniżany i niedoceniany za
życia, po tragicznej śmierci stał się wielkim symbolem dumnej Polski. A
symbole w Polsce są bardzo niebezpieczne, bo mogą zniszczyć wieloletni dorobek
postępowych polskich Europejczyków, ukrywających brzydką pannę w kątach
salonów Brukseli, Paryża czy Berlina.
Nie dość, że wbrew zaleceniom Polacy zaczęli się narodowo bałamucić, to
jeszcze ten pochówek pary prezydenckiej na Wawelu. To był kolejny policzek dla
postępowego salonu i zagrożenie, że prawicowo-romantyczna hydra, demony, jak
je nazwał Kazimierz Kutz, urosną w siłę. Bezideowe palikmioty nie mogły na coś
takiego pozwolić. Redaktor Adam chwycił zdenerwowany za telefon i zadzwonił do
Andrzeja do Krakowa. „A… a… Aaandrzej naa... na… napisz list. Zde… zde…
zdewaweluj Kaczora. Ty ma… ma… masz sukces z ty… tym »Katyniem«, to… tobie
wolno. A my w… w… w »Gazecie« cię po… po… poprzemy”. Trudno odmówić
racjonalności działaniu redaktora, który pokochał jak nikt inny organizacyjną
funkcję prasy. Niestety, poparcie było niewielkie, bo Polacy nie dorośli do
poziomu wajdalizmu historii.
Niezależnie od opinii i ocen prezydenta Kaczyńskiego, Polacy pożegnali swojego
prezydenta, podkreślam: swojego prezydenta, po królewsku. Jestem z tego dumny,
bo moi rodacy jeszcze raz potwierdzili to, o czym w „Weselu” tak dobitnie
pisał Stanisław Wyspiański: „Ptok ptokowi nie jednaki./ Człek człekowi nie
dorówna,/ dusa dusy zajrzy w oczy,/ nie polezie orzeł w gówna”. A dzisiaj już
wiemy: nie polezie orzeł w GWna, drodzy redaktorzy.