and-j1
17.07.10, 16:05
Poszukiwanie wrogów przez Kaczyńskiego to nie nowość bo ten adolfik bez tego
żyć nie może. A może lepiej jak by w tej ruskiej trumnie byli obydwaj, to
wtedy wszystko byłoby oczywiście oczywiste...
Trochę się już nawet stęskniłem za Jarosławem Kaczyńskim. Tym prawdziwym, a
nie tą pacynką, z wyraźnym brakiem przekonania recytującą w kampanii wyborczej
przygotowane przez spindoktorów teksty o pragnieniu zasypywania podziałów.
Przyzwyczaiłem się do Kaczyńskiego wiecznie pragnącego śledztw, rozliczeń,
represji i zemsty za coraz bardziej urojone krzywdy chcącego zaglądać nawet
tam gdzie światło nie dochodzi.
No i wrócił, z pięknym akompaniamentem Joachima Brudzińskiego (choć zmianę
retoryki sygnalizowały już wcześniej równie aberracyjne wypowiedzi naszego
ulubionego doktora niehabilitowanego w naszym ulubionym serwisie Psychiatryk24).
To aż zdumiewające, jak wielu ludzi w kampanii wyborczej dało się nabrać na tę
rzekomą przemianę prezesa. Nie chcę nikogo wytykać palcami, ale takie osoby
przewijały się nawet przez mojego bloga.
Na szczęście apele wysuwane m.in. przez środowisko Krytyki Politycznej o
skreślenie obu kandydatów w drugiej turze, zostały masowo zignorowane przez
lewicujący elektorat. Dzięki nam, cały ten agresywny słowotok pochodzi od
polityka, który przegrał czwarte wybory z rzędu - a nie od prezydenta-elekta.
W słynnym wywiadzie Kaczyński mimowolnie odsłonił typowy dla siebie mechanizm
rozumowania. Rzuca poważne oskarżenie pod adresem premiera o to, że ten celowo
spowalniał przejazd jego samochodu do Smoleńska. Ale jakie ma na to dowody?
- Rozmawialiśmy z kierowcą. Mówił nam „nie lzja” - wyjaśnia Kaczyński - Ale
jak limuzyna z premierem Tuskiem bez zatrzymania nas minęła, rozkaz przestał
obowiązywać. Dopiero w Smoleńsku znowu nas spowalniano.
Jednym słowem, dowodem jest to, że gdy już ich minął Tusk, to „oni” ich
przestali spowalniać. Choć jednak spowalniali ich dalej („W pewnym miejscu
zaczęliśmy dosłownie kręcić się w kółko, zanim dotarliśmy do lotniska”). A
„nie lzja” po rosyjsku oznacza, oczywiście, „działam na rozkaz tajnej
organizacji stworzonej przez Putina i Tuska”.
Jak mawiają Rosjanie, no żeż Jezu Jezu. Człowiek, który nie ma prawa jazdy,
będzie teraz oceniać, że samochód jechał powoli nie dlatego, że takie w tym
miejscu było ograniczenie, tylko dlatego, że spisek. Człowiek, który jest
patriotą tak wielkim, że celowo nie uczył się języków obcych, wydobędzie w
rozmowie z kierowcą ujawnienie prawy o spisku.
I oczywiście jako osoba, która nigdy sama nie prowadziła samochodu w obcym
mieście, prezes świetnie potrafi ocenić, czy kierowca jeździł w kółko, bo tak
zażądali spiskowcy, czy po prostu zabłądził albo taka była organizacja ruchu.
Dla rozsądnego człowieka to wszystko brzmi absurdalnie. Tylko że to przecież
nie jest kierowane do rozsądnych ludzi - znów podkręcając poziom paranoi,
prezes dyscyplinuje własne środowisko. Lustracja i dekomunizacja nie są już w
modzie, ale zastąpi je równie paranoiczne tropienie tych, którzy kiedykolwiek
spojrzeli na Jego Brata.
Pierwszy trop nasuwa się zresztą automatycznie - kto prezesowi podsunął
ruskiego kierowcę spowalniającego jazdę na rozkaz spiskowców? Nie można było
wziąć bryki z Hertza i za kółkiem posadzić jakiegoś certyfikowanego
genetycznego patrioty z PiS?
Jest w Polsce pewien niewielki odsetek ludzi, którzy cenią sobie atmosferę
paranoicznej podejrzliwości i bardzo ostrych oskarżeń formułowanych na
podstawie bardzo kruchych przesłanek. Jarosław Kaczyński najwyraźniej
zrezygnował już z marzeń o wygraniu jakichkolwiek wyborów w dającej się
przewidzieć przyszłości - wystarczy mu bycie królem tej mniejszościowej grupy.
I fajnie. Platforma może zaoszczędzić na kampanii, całą robotę znów za nią
wykonają wolontariusze z PiS.