Dodaj do ulubionych

Rozdział XXXI

20.03.05, 18:56
Rozdział XXXI
--------------------------------------------------------------------------
Banda Demokracja
Nagle ktoś na ulicy krzyknął - Banda Demokracja! Banda Demokracja! Ratuj się,
kto może!

- Uciekaj, uciekaj! - jakieś dziecko upomniało siedzącego na krawężniku
Jonatana. Ania zerwała się na równe nogi, na jej twarzy malowało się
przerażenie.

- Musimy stąd zaraz zniknąć! - zawołała wystraszona.

Ludzie stojący przy bloku rozbiegli się na wszystkie strony. Mieszkańcy
budynku "B" zbiegali po schodach z dziećmi na rękach, zrzucając różne rzeczy
czekającym na dole znajomym, którzy pozbierali wszystko z ulicy i czmychnęli.

W jednej chwili jakby wszystkich wymiotło. Tylko najbardziej opieszali,
zazwyczaj obarczeni nadmiarem bagaży i małych dzieci powoli oddalali się od
źródła zamieszania. Budynek na końcu przecznicy stanął nagle w płomieniach.
Siedzący w bezruchu Jonatan złapał Anię za rękę.

- Co się dzieje? - zapytał. - Dlaczego wszyscy są tak bardzo przerażeni?

- To Banda Demokracja! Natychmiast stąd uciekaj! - Ania ciągnęła Jonatana za
rękę, zmuszając go do podniesienia się z krawężnika.

- Ale dlaczego?

- Teraz nie czas na pytania, chodźmy! - krzyczała, ale Jonatan nie zwolnił
uścisku ręki, zatrzymując ją przy sobie.

- Puść mnie, bo dopadną nas oboje! - wrzasnęła śmiertelnie przerażona.

- Kto?

- Banda Demokracja! Otaczają wszystkich, na których natrafią i głosują, co z
nimi zrobić! Mogą zabrać ci pieniądze, uwięzić, a nawet zmusić do wstąpienia
do bandy. Nie sposób się im przeciwstawić!

- Czy prawo nie chroni ludzi przed takimi bandami? - Jonatanowi zakręciło się
w głowie. Gdzież, u diabła, podziała się wszechobecna policja?

- Teraz bierzmy nogi za pas, a pogadamy później! - zawołała Ania, wciąż
próbując wyrwać się z uścisku młodzieńca.

- Mamy jeszcze czas. Mów szybko o co chodzi.

- Niech ci będzie - obejrzała się za siebie i przełknęła ślinę. - Tuż po
powstaniu bandy policja postawiła ich przed sądem. Bandyci utrzymywali, że
stosują zasadę rządów większości, stanowiącą podstawę działania władz
naczelnych i sądów na Korrumpo. Twierdzili, że o wszystkim decyduje
głosowanie - o etyce, prawie, w ogóle o wszystkim.

- Czy sąd wymierzył im jakąś karę?

Ulica zdążyła już całkiem opustoszeć.

- a czy w takim wypadku musiałabym teraz przed nimi uciekać? Zostali
uniewinnieni stosunkiem głosów trzy do dwóch. Nazywają to "Boskim Prawem
Większości". Odtąd napadają na wszystkich, którzy ustępują im liczebnością.

- Jak tu w ogóle można żyć? Czy nie ma sposobu, żeby się obronić? - Jonatan
miał już serdecznie dość bezsensownych zasad życia na wyspie.

- Jedynym wyjściem jest wstąpienie do innej, większej bandy - odpowiedziała
dziewczyna.

Słysząc te słowa, Jonatan wziął Anię za rękę i zaczęli biec ulicą, mijając
kolejne domy i sklepy.

- Nie uciekałabym, gdyby mi było wolno kupić broń - wysapała Ania nie
zwalniając tempa. Znała miasto jak własną kieszeń, następne aleje, bramy,
zaułki i place - wszystko to zmieniało się jak w kalejdoskopie.

- a tak nawiasem mówiąc - wykrztusił zdyszany młodzieniec - mam na imię
Jonatan. Bardzo mi miło.

Biegli, dopóki starczyło im sił. Już dawno skończyły się ulice, teraz
wspinali się na strome wzgórze, szukając schronienia wysoko ponad miastem.
Zachodziło słońce i Jonatan dostrzegł, że na dole coraz większa fala ognia
ogarnia miasto. Od czasu do czasu dobiegały ich nikłe odgłosy wystrzałów i
wrzasków.

- Już dalej nie mogę - westchnęła Ania. Brązowe włosy opadały jej w nieładzie
na ramiona. Nie mogąc złapać tchu, oparła się o drzewo a Jonatan usiadł pod
skałą. Podczas ucieczki Ani podarła się sukienka i potargały długie, lekko
kręcone włosy.

- Nie wiem, co się stało z moją rodziną - szepnęła.

Słysząc to Jonatan również zaczął martwić się o parę staruszków, którzy tak
troskliwie zaopiekowali się nim zeszłej nocy, i o ich wnuczkę, Luizę. W tym
dziwacznym świecie pojedynczy człowiek zdawał się być zupełnie bezbronny.

- Takie ciągłe walki między sobą to tragedia. Straszne, że nie macie rządu,
który potrafiłby zaprowadzić porządek.

- Wszystko ci się pomieszało - ciągle jeszcze zdyszana dziewczyna usiadła
obok niego i wskazała ręką na zamieszki w mieście. - Jak tylko sięgam
pamięcią, ludzie zawsze wydzierali sobie wszystko za pomocą siły. Łatwo się
chyba domyślić, kto ich tego nauczył.

- To znaczy, że ktoś ich nauczył, że zabieranie czegoś ludziom siłą jest
słuszne? - Jonatan zmarszczył brwi.

- i to nie byle kto. Ludzie wzorowali się na przykładach, które dawano im
dzień w dzień przez całe życie.

- a co z Radą Lordów? Rządy są chyba właśnie po to, żeby chronić obywateli
przed przemocą?

- To Rada używa przemocy! - stwierdziła Ania z całą stanowczością. - I to
właśnie takiej, przed którą winna nas ochraniać. Mam prawo się bronić, mogę
więc też poprosić innych, w tym także Radę, żeby dopomogła mi w realizacji
tego prawa. Ale nie należy napadać na innych, więc nie powinno się również
zwracać do innych z prośbą o pomoc w atakowaniu współobywateli...

- Jak chcesz coś od kogoś, to co robisz? - dodała lekko poirytowana, widząc w
oczach Jonatana pustkę i brak jakiegokolwiek, choćby najmniejszego pomysłu na
rozwiązanie tego problemu.

- Jeżeli nie mogę używać przy tym broni? - upewnił się Jonatan, wciąż czując
nieprzyjemne swędzenie na karku po pistolecie bandytki.

- Tak, bez używania broni.

- Cóż... Mógłbym spróbować go przekonać.

- Dobra. Albo...

- Albo, albo... zapłacić mu?

- Ale to też forma perswazji. Coś jeszcze?

- Hmm... To może iść do Rady i zażądać uchwalenia odpowiedniego prawa?

- Strzał w dziesiątkę! Zwracając się do rządu, nie musisz nikogo przekonywać,
ani nikomu płacić. Przestaje ci zależeć na dobrej woli kogokolwiek. Jeżeli
uda ci się przekabacić Radę, czy to przy pomocy głosów, czy przekupstwa, to
możesz nie oglądać się na innych. Rzecz jasna może się zdarzyć, że ktoś
zaproponuje Radzie jeszcze więcej i wtedy zmusi cię do czegoś, na czym jemu z
kolei zależy. A Lordowie i tak są górą.

- Ale ja myślałem, że to właśnie rządy są siłą jednoczącą społeczeństwo.

- Nic z tych rzeczy - odparła Ania. - Możliwość używania przymusu niszczy
wolę współdziałania. Każda większość może narzucić swoje ustalenia
mniejszości, a ta musi zacisnąć zęby i znosić to w milczeniu. Jest to zgodne
z prawem, ale mniejszości nikt nawet nie usiłował przekonywać, więc ma ona to
innym za złe. Cały system protekcjonizmu i bieda, oto gorzkie owoce takich
układów.

Jonatanowi przypomniało się dzieciństwo i bajki o szeryfie z Nottingham,
który wykorzystywał swoje stanowisko, żeby okradać zarówno biednych jak i
bogatych poddanych i obdarowywać swoich popleczników. Pamiętał też, że aż
klaskał z radości, gdy się dowiedział, że ofiary szeryfa w końcu się przeciw
niemu zbuntowały.

- Spójrz na te rozruchy - Ania pokazała mu stojące w płomieniach miasto. -
Fundamenty społeczeństwa pękają w wyniku nieustającej walki o władzę. Na
wyspie istnieją grupy, które teraz tracą wciąż zbyt dużo głosów, lecz pewnego
dnia nie wytrzymają i wybuchną. Niestety nie mają one zamiaru położyć kresu
używaniu siły, chcą ją tylko same wykorzystać.

- Zaraz pójdę poszukać taty - łzy pociekły jej po policzkach. - Wyznaczyliśmy
sobie specjalne miejsce zbiórek na takie sytuacje. Na pewno się o mnie
martwi, ale poczekam jeszcze trochę, aż przygasną pożary - urwała, by dodać
po chwili:

- Mówią, że pożary są korzystne dla drwali, bo zwiększają popyt na drewno. Aż
żal pomyśleć, co ludzie mogliby mieć, gdyby nie musieli cały czas wszystkiego
odbudowywać.

Biedny Jonatan Poczciwy. Siedział teraz w bezruchu i usiłował przypomnieć
sobie wszystkie przygody, jakie spotkały go od czasu wielkiego sztormu.
Parada koszmarnych postaci i wypadków. Doświadczenia ostatnich dni sprawiły,
że
Obserwuj wątek
    • wild Re: Rozdział XXXI 20.03.05, 18:58
      Doświadczenia ostatnich dni sprawiły, że zaczął wątpić we wszystkie, bliskie mu
      do tej pory wartości.

      Zawsze był ufny. Przedstawicieli władzy uważał za uczciwych strażników prawa.
      Zakładał, że ludzkim postępowaniem kierują wzniosłe intencje, które przynoszą
      dobre skutki. Ale teraz utracił wszelką pewność. Tak się zamyślił, że przestał
      zwracać uwagę na towarzyszkę, która zapadła w głęboki sen. Spojrzał na nią i
      pomyślał: "Da sobie radę. A ja muszę wracać do domu. Jutro rano wejdę na sam
      szczyt góry, może stamtąd dostrzegę jakieś okręty." Po czym ułożył się wygodnie
      i także zasnął.

      -----------------------------------------------------------------------
      [ Pytania do rozdziału XXXI ] [ Rozdział XXXII ] [ Spis treści ] [ Demokracja -
      większość ma rację ]

      www.zb.eco.pl/inne/jonatan/31.htm

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka