przemek05
26.11.06, 00:46
Linia podzialu przebiega nie miedzy ateistami a wierzacymi, lecz miedzy
fundamentalistami (wychodzacymi z pozycji religijnych czy antyreligijnych) i
cala reszta. Ta "cala reszta" akceptuje rozwiazanie zwane przez autora
instytucjonalnym, polegajace na gwarancji wolnosci wyznania lub braku
wyznania. Fundamentalisci beda sie starali narzucic swoj punkt widzenia,
jesli nie uda im sie perswazja, to sila. Tak wiec wszyscy: pokojowo
nastawieni chrzescijanie, muzulmanie czy ateisci, jedziemy tu na jednym wozku.
Do dyskusji jest koncepcja "niesymetrycznego" szacunku, ktora zglasza autor
artykulu: obszar sacrum danej religii wymaga szacunku ze strony wszystkich
pozostalych, a ateistom ma wystarczyc, ze sie ich zostawi w spokoju. Moim
zdaniem ochrona powinna polegac na nieuzywaniu przymusu i sily, nie powinna
natomiast prowadzic do cenzury (dotyczy to zarowno karykatur prorokow jak i
wystaw obrazow). I, moim zdaniem, ma tu troche racji Dawkins, uznajac za
niedopuszczalne uzywanie argumentow religijnych w obszarze publicznym (np.
domaganie sie odstapienia od transfuzji krwi, zeby juz uzyc drastycznego
przykladu).