cziriklo
24.12.06, 13:03
Panie Michale, to bardzo szlachetny tekst i byc moze ma Pan racje. Ale cos we
mnie buntuje sie przeciwko niemu. Jesli nie bedziemy przypominac jak to
naprawde bylo, wszystko sie pograzy z lukrze i klamstwie. Czesc mojej rodziny
zostala wymordowana w czasie wojny przez sasiadow. Dozorczyni domu, ktorej
maz sprowadzil gestapo do kryjowki, wiele lat po wojnie nosila bizuterie
mojej babci. Jawnie i wyzywajaco. Teraz pierscionki i bransoletki widuje na
jej wnuczce. W jej domu wciaz stoja meble z mieszkania dziadkow. Swieczniki i
srebra dawno sprzedane w Desie. Dokladnie tak jak w slynnym wierszu Zuzanny
Ginczanki. W rzczy same - non omnis moriar. Zostaly meble, kolczyki i
bransoletki.
Wsrod przyjaciol rodziny po wojnie byli i tacy, ktorzy dzialajac w AK,
musieli ukrywac swoje zydostwo, aby nie ryzykowac "bratniej" kuli w leb, co
przydarzylo sie innym. Wiele lat nie wolno bylo o tym mowic ani glosno, ani
cicho. Wszystkie moje dotychczasowe proby opowiedzenia tego przyaciolom
konczyzly sie awantura - choc usilowalem mowic o tym z ta delikatnoscia, jaka
Pan postuluje.
Wiec co nam zostalo? Milczenie? Ono wywoluje totalne wyobcowanie. To
wyobcowanie coarz bardziej mi towarzyszy. Wiec naprawde jak, co, komu?
I zaraz pod tym wpisem znajda sie inne, ktore udziela mi dokladnej odpowiedzi
i okaze sie, ze "mysmy" "ich" mordowali i okradali z bizuterii. Just watch
this spaece.