Dodaj do ulubionych

Dogmaty - nie absurdy

04.02.07, 02:55
Jonasz napisał:
>nieskończenie obrażona sprawiedliwość Boga została przejednana przez
>nieskończonej wartości zadośćuczynienie.
>"I ze zgrozą odwracamy się od sprawiedliwości, której ponury gniew czyni
>niewiarygodnym posłannictwo miłości".
>Ratzinger zdaje się więc odpowiadać Witwickiemu: ma pan rację, ta
>interpretacja jest okropna - ale to nie chrześcijaństwo!

Niestety, to JEST chrześcijaństwo!

O tym, co jest chrześcijaństwem nie decydują deklaracje teologów.
(Mułłowie mogą nam jednego dnia powiedzieć, ze islam jest religią pokoju, a
drugiego, że - religią wojny. A trzeciego, że to się nie wyklucza, "jeśli
tylko to właściwie rozumieć":)

To bardzo ważne, by to zauważyć: chrześcijaństwem jest to, w co realnie
wierzą realni chrześcijanie!

Tworzywem religii są przede wszystkim emocje, a nie doktryny. To wpajane
przez religijne wychowanie (i rytuały, wizerunki religijne, muzykę) emocje
kształtują ludzkie postawy życiowe.

To one kształtują lub niszczą ludzką zdolność do kochania.

Doktryny są tylko wehikułem do przenoszenia i implantowania emocji.

Można za empirystami (i teologami apofatycznymi:) zaryzykować twierdzenie, że
do twierdzeń religijnych nie wkładamy żadnej zrozumiałej treści.

Mają one natomiast nagromadzoną od pokoleń ogromną siłę oddziaływania
emocjonalnego.

Jeśli tak spojrzymy na to, czym jest chrześcijaństwo (czy islam), nie da się
uniknąć rzetelnego rozliczenia z własną tradycją na drodze 'deklaracji
kamuflujących' w rodzaju "Islam jest religią pokoju." albo "Bóg jest
miłością."

W istocie one same mogą się okazać częścią szwindlu emocjonalnego.
Obserwuj wątek
    • miro17 Potocznie: po chrześcijańsku znaczy milosiernie 04.02.07, 17:20
      Ten artykuł znacznie zyskuje na wartości, kiedy zna się poglądy Autora głoszone
      od wielu lat i sposób ich wyrażania nacechowany troską, aby nikogo z braci
      wierzących inaczej lub zgoła niewierzących nie urazić w ich uczuciach.
      Jeśli "po chrześcijańsku" znaczy tyle, co w potocznym języku, czyli z
      życzliwością dla bliźniego, to Jan Turnau jest jednym z najbardziej
      chrześcijańskich publicystów.

      Ateista też może być życzliwy wobec swoich wierzących braci. W dotychczasowej
      dyskusji niedostatecznie odróżniono dwie zupełnie różne postawy wobec religii:
      zwykły ateizm oraz wrogość wobec religii (wszystkich lub niektórych). To taka
      różnica, jak między kimś,kto po prostu nie jest Żydem, a antysemitą. Obecność
      Gwiazdy Dawida nie uraża moich uczuć, ale rani uczucia antysemitów czy
      antyjudaistów. Podobnie krzyż zawieszony na ścianie mi nie przeszkadza, ale jest
      zapewne nie do zniesienia dla ludzi, których stosunek do chrześcijan jest taki,
      jak antysemitów do Żydów. Czy jednak musimy tak bardzo przejmować się uczuciami
      niechęci lub wrogości do innych? Jako niewierzący nie rozumiem poczucia krzywdy
      moich niewierzących kolegów, że nikt nie chroni ich ateistycznych uczuć. Nie
      można urazić moich religijnych uczuć, bo ich nie mam, mam o jeden czuły
      punkt mniej - czy to zmartwienie? Oczywiście protestowałbym, gdyby ktoś z
      jakichkolwiek powodów, również światopoglądowych, nawymyślał mi od głupków, ale
      to zupełnie inna historia.

      Jan Turnau nie byłby sobą, gdyby nie nawiązał do tych nurtów w teologii, które
      na pierwszym planie stawiają miłość. Intelektualnie nic tu się nie da wyjaśnić,
      bo ani pojęcie Boga, ani miłości nie jest dobrze definiowalne, tym niemniej
      czujemy instynktownie, że bez tej trudnej do zdefiniowania miłości ani my, ani
      świat cały nie byłby nic wart. Istnienie miłosci jest kwestią wiary, nie wiedzy.
      Wierzymy zawsze komuś - w tym wypadku innym ludziom, którzy tę miłość okazują,
      czasem w heroiczny sposób. Tak wierzył Karol Ludwik Koniński, dla którego
      świadectwo wielkich świętych było ważnym argumentem "za". Ja tak nie potrafię,
      ale rozumniem, że można. Dla mnie niepoparta wiedzą nadzieja, że być może
      istnieje coś takiego, jak miłość i dobro, to wszystko. Co ma do tego ojęcie Boga
      - tego nie wiem i wydaje mi się, że słowo to aż się prosi o wycięcie brzytwą
      Ockhama. A jeszcze Trójca Święta, czyli mnożenie Niewiadomego przez trzy?
      (przepraszam za bezceremonialność w pisaniu o Osobach Boskich, urazić nikogo nie
      chciałem).

      Oczywiście mogę się mylić. Tysiące ludzi o niebo mądrzejszych ode mnie myśli
      inaczej i byłbym jeszcze głupszy, gdybym był pewny swego na sto procent. Wydaje
      mi się, że pojecie Boga może być jednak pożyteczne i to nawet dla ateisty, ale
      jako model. Spróbuję sie jeszcze na ten temat odezwać.
      • nick3 Potocznie... 04.02.07, 20:57
        (a warto wyjść poza pewniki potoczności)

        Miro17, powiem wprost: nie przychodzi mi łatwo uwierzyć, że naprawdę jesteś
        ateistą.

        Ostatnio na forach obserwuję dużo postów podających się za "ateistyczne",
        których autorzy zapewniają, że rozwiązania prawne właściwe państwu wyznaniowemu
        w niczym by im nie przeszkadzały.

        W szczególności dziwne jest podzielanie przez ciebie fundamentalistycznej
        kliszy niedopuszczającej etycznie zjawiska sprzeciwu wobec światopoglądu
        religijnego i polemiki z nim.

        > niedostatecznie odróżniono dwie zupełnie różne postawy wobec religii:
        > zwykły ateizm oraz wrogość wobec religii (wszystkich lub niektórych). To taka
        > różnica, jak między kimś,kto po prostu nie jest Żydem, a antysemitą.

        Gdybyś chciał wiedzieć, to właśnie takie porównania właściwe myśleniu
        bigoteryjnemu obrażają moją postawę światopoglądową - krytyka religii (którą
        opcja bigoteryjna nieodmiennie nazywa "wrogością")

        Nie życzę sobie być zrównywany z antysemitą tylko dlatego, że uważam, że
        religię wolno i trzeba krytykować, gdyż wprowadza wiele elementów życiowego
        fałszu między ludzi, manipulacji i okrucieństwa (choć ma i pozytywne strony).

        Uważam, że religia odmawiająca wszelkiego szacunku swoim przeciwnikom (i
        przypisująca im najgorsze intencje) realizuje cechy myślenia totalitarnego.

        Prawne uznanie, że ateista ma "jeden czuły punkt mniej", a więc, że wierzący
        ma "jeden czuły punkt więcej" niż ateista, jest moim zdaniem krzywdzące dla
        tego ostatniego.

        Nie wiemy, jak czułe są "czułe punkty" wierzącego (czy rzeczywiście tak bardzo,
        jak nas zapewnia, domagając się sankcji karnej za ich naruszanie?). Ani czy na
        pewno niewierzący ma mniej "czułych punktów" niż wierzący (i czy w ogóle da się
        je liczyć).

        Uznanie pewnej grupy obywateli za wrażliwszych i godnych szczególniejszych praw
        (tylko na podstawie ich deklaracji, że tak jest) uważam za niesprawiedliwe.

        Przecież ateista może mieć sprawy, które są mu droższe niż większości
        wierzących - ich Bóg! (Tak może być!:)

        (Czy galba ma prawo pisać w swoim blogu o "chu...manistach", a za "katofaszyzm"
        mają być represje!?)

        Jeszcze raz dlaczego uważam, że nie jesteś naprawdę ateistą, lecz, że
        uczestniczysz w kampanii mającej na celu uniemożliwić ateistom wyrażenie jednym
        głosem swojego sprzeciwu wobec państwa wyznaniowego.


        Piszesz:
        > ani pojęcie Boga, ani miłości nie jest dobrze definiowalne, tym niemniej
        > czujemy instynktownie, że bez tej trudnej do zdefiniowania miłości ani my, ani
        > świat cały nie byłby nic wart.

        No to bądź konsekwentny i idź się powieś! W końcu jesteś tym ateistą:)

        Wierzysz w to, co piszesz, czy uprawiasz umowną, ckliwą gadkę propagandową
        pokolenia jp2?
        • miro17 Wyznanie tajnego agenta KK 05.02.07, 03:01
          No i masz babo placek. Wyszło, że muszę udwodnić, że nie jestem wierzący. Tu mi
          nawet IPN nie pomoże. Gdybym miał udowodnić, że nie jestem religijnym żydem, to
          może jakoś bym się wylegitymował, ale tak? Więc spowiadam się: rzeczywiście
          byłem ochrzczony (bez mojej zgody), ale do pierwszej Komunii św. przystąpiłem
          już dobrowolnie (moja wina). Zastanawiam się, czy napisanie "Komunia św." z
          dużej litery nie demaskuje mnie, ale niech tam. Rozum nie sługa, dlatego nie
          chodzę do kościoła od 14 roku życia (to już prawie 50 lat), ale szacunek dla
          tego obrzędu się należy. Ślubu kościelnego nie wziąłem, żeby nie robić jaj z
          religii, skoro nie wierzę. Może powinienem, żeby zasłużyć sobie na miano
          prawdziwego ateisty? To się nawyrabiało. Jeszcze niedawno to środowiska
          radiomaryjne rozpowiadały (a gazety to wykpiwały), że ten czy inny ksiądz lub
          biskup to niewierzący mason, który chce rozwalić Kościół od środka. Ha!

          Musiałem zmarnować tyle tekstu, żeby odreagować tę komiczną sytuację. A
          powinienem zacząć od przeprosin. Za to mianowicie, że nie pozostawiłem
          przestrzeni pomiędzy zwykłym, neutralnym lub przyjaznym ateizmem, a a wrogością
          wobec religii. Oczywiście, można krytykować rozmaite religie i nie żywić
          nienawiści do religii, tak jak można czasem kulturalnie krytykować jakieś
          środowiska żydowskie (w końcu to też ludzie, tak jak my) i nie być antysemitą
          czy antyjudaistą. Porównanie z antysemityzmem przyszło mi na myśl, bo
          b y w a j ą takie rodzaje wrogości do religii (w Polsce do KK), które są
          identyczne z antysemityzmem, tylko z przekierowanym adresem. Ale one tylko
          bywają, a oprócz tego jest wiele innych postaw, w tym miejsce nawet na ostrą,
          ale nieobraźliwą polemikę.

          Poza tym krótko:

          akapit 4: sam polemizuję, etycznie doposzczam,

          akapit 6,7: rozśmieszyło mnie słowo "bigoteryjny", ale merytorycznie masz rację,
          przepraszam jeszcze raz,

          akapit 8: też tak uważam. I w drugą stronę też.

          akapit 9: nic nie pisałem o prawnym uznaniu, skąd ten pomysł? Pisałem o sobie,
          to jest stwierdzenie faktyczne, jak ktoś jest kawalerem, to nie można obrazić
          jego żony.

          akapit 10: Od końca: tak czy owak o jeden mniej. Ja tego czułego punktu nie mam
          i się nie martwię. A co myślą wierzący? Nie wiem, różni różnie. Znam takich, dla
          których to naprawdę świętość i nigdy w życiu bym jej nie naruszył obelgą czy
          drwiną (drwina to też rodzaj przemocy). Czułbym sie chamem po prostu. Polemika i
          krytyka - tak, to zupełnie inna rzecz.

          akapit 11: Jest wiele ogólnych "świętości" wspólnych dla wierzących i
          niewierzących, których obyczaj i/lub prawo zabrania obrażać. Na przyklad
          (powtarzam jakiś swój stary post) dobre imię rodziców i innych członków rodziny,
          pamięć zmarłych wyrażana przez szacunek dla zwłok i grobów, godność wynikająca z
          przynależności do narodu i rasy, wreszcie wyznanie. Na pewno to nie wszystko.
          Tylko jak ktoś nie ma żadnego grobu rodzinnego, to nie można mu go zbeszcześcić
          - czy to niesprawiedliwe?

          akapit 12: Oczywiście może mieć... jak wyżej. Ale to są świętości uniwersalne
          dla wszystkich. A specyficzne tylko dla ateistów? Nie wiem, ja takich nie mam.
          Na wszelki wypadek prawo u nas zabrania szerzenia nienawiści lub pogardy z
          powodów m. in. wyznawanej religii - rozumiem, że dotyczy to też niewyznawania
          żadnej.

          akapit 13: jak wyżej. Nie czytam tego blogu, więc nie wiem, o co tej galbie
          chodzi, bo humanizm nie jest własnością wierzących ani niewierzących. Oczywiście
          potępiam oba sformułowania.

          akapit 14: No właśnie. Ukryty mason a' rebours.

          akapit 15: Ach, te nerwy. I co mam zrobić? Wykonać?
          Poważnie: o Bogu i miłości pisałem w jednym zdaniu, bo oba pojęcia są
          niedefiniowalne, ale tylko o miłosci napisałem, że świat bez niej nic nie byłby
          wart. A w następnym zdaniu, że słowo "Bóg" należałoby wyciąć brzytwą Ockhama. O
          tym, że cytujesz wybiórczo, sądzę dlatego, że podobnie wybiórczo cytowałeś
          Turnaua, ale może nie zauważyłeś. Nie denerwuj się tak.

          akapit16: Wierzę (ale nie w Boga). Jest jeszcze jeden taki, który "uprawia
          umowną, ckliwą gadkę propagandową pokolenia jp2", prawdopodobnie agent KK, który
          udaje agnostyka. Kiedyś napisał w "GW": "Kto mówi, że Boga nie ma i dobrze jest,
          sobie kłamie". A co nawypisywał w pewnej książeczce wydanej po polsku w 1988
          roku! Pewnie znasz tego poderzanego typa, a jeśli nie, to sprawdź, kto to taki.


          • nick3 Re: Wyznanie tajnego agenta KK 05.02.07, 04:56
            Będę łaskawszy od IPN-u. Wierzę Ci bez lustracji:)

            Ale to by znaczyło - moim zdaniem - że niektórzy niewierzący uskuteczniają coś
            w rodzaju autocenzury czy uwewnętrznionej "religijnej poprawności"
            (wykraczającej daleko poza zwykłe normy dobrego wychowania).

            Dotycząca tematyki religijnej publicystyka Wyborczej mogłaby tu służyć za
            idealny przykład, gdyby oczywiście przyjąć, że jej autorzy nie są gorliwymi
            katolikami (gazetowa seria "Cuda Jana Pawła II" to naprawdę tylko jeden z wielu
            przykładów!).

            miro17 napisał:
            >Jest jeszcze jeden taki, który "uprawia
            > umowną, ckliwą gadkę propagandową pokolenia jp2", prawdopodobnie agent KK,
            któr
            > y
            > udaje agnostyka.

            Ależ dokładnie tak jest!:) (Nazwałbym go agentem "religijnej poprawności",
            która to instytucja jest w Polsce czymś znacznie szerszym niż KK) Wiem od
            uczestników jego zajęć seminaryjnych, że prywatnie przyznaje się do przekonań
            religijnych.

            I szczerze mówiąc trochę mnie to niesmaczy (to, że "udaje agnostyka", a uprawia
            de facto propedeutykę religii).

            miro17 napisał:
            > podobnie wybiórczo cytowałeś
            > Turnaua, ale może nie zauważyłeś.

            Nie manipulowałem cytatem. Nie zmieniłem jego sensu pod swoje tezy.

            Najwyżej niefortunnie go skróciłem. Ponieważ pierwsze zdanie zacytowałem od
            jego drugiej połowy - sens myśli Turnaua może nie być jasny dla czytelnika
            mojego postu.

            Ale nie dla mnie. O co chodzi w tekście Ratzingera (i w tekście Turnaua),
            zrozumiałem dobrze. I moje zarzuty wobec takiej taktyki (ze strony teologów)
            nierozliczania się z treścią własnej religii - uważam za zasadne.

            A co do Twojego ewentualnego wisielstwa, to przyznasz mi chyba co najmniej
            tyle, że nie można równocześnie utrzymywać tych dwóch sądów:

            1.> "słowo "Bóg" należałoby wyciąć brzytwą Ockhama."

            i

            2.>"Kto mówi, że Boga nie ma i dobrze jest, sobie kłamie".

            Ponadto, to drugie zdanie naprawdę nie jest taką oczywistą mądrością. Nie wiem,
            co to znaczy "dobrze jest".

            Ale jeśli zwrot ten znaczy tyle, że "można świadomie zaafirmować swoje życie",
            to Kołakowski zarzuca tu kłamstwo (lub permanentną bezmyślność) wszystkim
            ateistom, którzy nie popełnili samobójstwa.

            Myślę, że taka wypowiedź może być kandydatką do bycia obrazą uczuć
            ateistycznych:)

            PS. Sam nie uważam siebie za ateistę.
            • miro17 Odetchnąłem 06.02.07, 02:37
              Coraz sympatyczniej nam się przekomarza, nie spodziewałem się tego.
              Spotkał mnie zaszczyt, o jakim nie marzyłem: zostałem posadzony na jednej
              (oślej) ławce z Mistrzem, a raczej to On został posadzony obok mnie. Właściwie
              to mi się należy: dorównuję Mu prawie we szystkim oprócz intelektu i erudycji, a
              nawet jestem trochę młodszy i chodzę bez laski.

              Ciekawe, że L.K. przyznaje się prywatnie do "światopoglądu religijnego". Warto
              by sie dowiedzieć (może go po prostu zapytać), co przez to dokładniej rozumie,
              bo są to sprawy bardzo zniuansowane, a światopogląd religijny jest jak morze,
              prawie wszystko można do niego wrzucić.

              Zapewne (i to nie są żadne odkrycia) trzeba wyróżnic wiarę lub nadzieję na to,
              że (1) istnieje obiektywna prawda i - co się z tym wiąże - że nasze słowa w
              ogóle coś znaczą, a nie tyle, co skrzypienie butów przy chodzeniu. Dalej (2) -
              wiarę lub nadzieję na to, że istnieje dobro, istnieją wartości oraz że słowa
              "powinienem" lub "trzeba" nie są zakamuflowaną formą kaprysu czy zachcianki. O
              tym wszystkim mozna zasadnie wątpić, chociaż wątpliwości co do (1) nie da się
              wypowiedzieć słowami. Trzeba by konsekwentnie zamilknąć, przestać myśleć, a może
              się i zabić, ale to też nieprawda, bo przecież i normy nie istnieją i wtedy
              słowo "trzeba" traci wszelki sens. Dryfujemy więc jak korek na fali i jako osoby
              właściwie nie istniejemy.

              Wszystko to jest kwestią wiary (a dla mnie raczej nadziei) podstawowej, którą
              można nazwać wiarą (nadzieją) w/na epistemologiczny i moralny sens. Tę nadzieję
              podzielam, bo nie mam innego wyboru. Kołakowski idzie jednak dalej i pisze:

              " Będę starał się argumentować za następującą, quasi-kartezjańską tezą: sławne
              powiedzenie Dostojewskiego "Jeżeli nie ma Boga, to wszystko wolno" zachowuje
              ważność nie tylko jako reguła moralna (tę kwestię rozważę nieco dalej), ale
              także jako zasada epistemologiczna. Znaczy to, że tylko przy założeniu
              absolutnego Umysłu prawomocne jest używanie pojęcia "prawda" i przekonanie, że
              "prawda" może być zasadnie orzekana o naszej wiedzy."

              Być może na tym polega "religijny światopogląd L.K." - na wierze w Absolutny
              Umysł i Absolutne Źródło Dobra, bez czego, jak pisze, ani prawda, ani dobro nie
              mogłyby istnieć. Książka "Jeśli Boga nie ma", z której pochodzi ten cytat,
              zostałą wydana po angielsku ćwierć wieku temu, a w Polsce przed 19 laty, więc
              Mistrz już bardzo dawno przyznał się publicznie do tego rodzaju światopoglądu.
              Mówiąc ściślej: L.K. nie utrzymywał, że Bóg, którego utożsamiał z ww. pojęciami
              na pewno istnieje i nawet zwalczał wszelkie dowody na Jego istnienie, ale
              twierdził, że alternatywą jest kompletny epistemologiczny i aksjologiczny
              nihilizm, tertium non datur. Być może w tym sensie należy tłumaczyć to zdanie z
              popularnego artykułu, że kto mówi, że Boga nie ma i wszystko jest w porządku,
              oszukuje sam siebie.

              Starałem się przytoczyć i tłumaczyć poglądy Mistrza, ale to nie znaczy, że się z
              nimi utożsamiam i nigdzie wcześniej tego nie napisałem (dlatego koniunkcja dwóch
              zdań, które zamieściłeś pod koniec postu nie ma szczególnego sensu, bo pierwsze
              pochodzi od L.K., a drugie ode mnie). Istnienie prawdy, dobra i norm (dla
              jasności pomijam już tę trudną do zdefiniowania miłość) jest dla mnie kwestią
              nadziei i to bardzo płonnej, ale jej słabość nie ma znaczenia dla praktycznego
              postępowania, bo alternatywą jest dokładnie zero, a każda, nawet najmniejsza
              liczba podzielona przez zero daje iloraz zmierzający do nieskńczoności. Na tym
              kończy się moja nadzieja, którą podzielają także prawie wszyscy ateiści, tylko
              nie wszyscy zdają sobie sprawę, że jest to nadzieja czy też wiara.

              Natomiast przejście od niejasnej nadziei, że "nie wiem jak, ale jakoś musi tak
              być, że prawda i dobro istnieją obiektywnie" do pojęcia Boga nie jest dla mnie
              oczywiste ani zrozumiałe i (według mojego subiektywnego, omylnego zdania)
              niczego nowego nie wnosi ani nie wyjaśnia, stąd słowa o brzytwie Ockhama.

              Z drobiazgów - muszę się na koniec trochę pokłócic. Zarzut, że ktoś nie ma racji
              albo ze się sam oszukuje, skierowany czy to do wierzącego, czy to do ateisty,
              nie stanowi obrazy uczuć religijnych. To zwykła polemika swiatopoglądowa.
              Wniosek, że widocznie zarzucają Ci "permanentną bezmyślność", wyciągnąłeś sam.
              Wcale nie tak łatwo wykombinować przykład obrazy "uczuć ateistycznych". Może
              wrezcie sie uda, ale będzie to chyba trochę wysilone.

              Twoją deklarację w ostatnim akpicie przyjmuję z powagą, tylko Ty rozumiesz, co
              ona oznacza. Ciekawe, w jakim miejscu umieszczasz siebie na mapie wiary i
              niewiary, ale to rzecz jasna tylko Twoja sprawa. Wiem, ze to nieproste pytanie,
              mapa jest wielowymiarowa.

              P.S. Nie moge się powstrzymać, żeby nie zacytować (niedokładnie, bo z pamięci)
              jeszcze jednego wybitnego ateisty. "Wszystko we mnie żąda Boga nie mogac Go
              zapomnieć". Wbrew pozorom nie jest to argument przeciw ateizmowi.

              Pozdrawiam. M.G.
              • nick3 Pozdrowienia dla agenta "religijnej poprawności":) 06.02.07, 13:14
                Drogi miro,

                Bardzo zależy mi na tym, byś nie poczuł się obrażony. Kiedy pisałem swoją
                pierwszą odpowiedź miałem przed oczyma "nieokreślonego internautę" i myślę, że
                nie przekroczyłem wobec niego stosownych dla kultury netu norm cywilizowanej
                rozmowy.

                Co do Kołakowskiego. Oczywiście, że go cenię. "Wychowałem się" na jego
                książkach:)

                Ale pomimo niewątpliwego talentu, który przejawiał w młodości, nie został on
                wybitnym filozofem.

                W swoich "czasach marksistowskich" był świetnie zapowiadającym się intelektem i
                mniej świetnie - człowiekiem.

                Później to się - moim zdaniem - odwróciło.

                Zwłaszcza "wątki bigoteryjne" w jego późniejszej myśli wynikają z rozumowań o
                kiepskiej jakości intelektualnej (mówię to z pełnym poczuciem uczciwości wobec
                siebie) (A naprawdę dobrze czyta mi się jego młodsze teksty, w których zdaje
                się myśleć dogłębniej niż w późniejszych)

                Podane przez ciebie szkice argumentacji Kołakowskiego są właśnie przykładami
                lękowych schematów myślowych konserwatysty:

                > Zapewne (i to nie są żadne odkrycia) trzeba wyróżnic wiarę lub nadzieję na to,
                > że (1) istnieje obiektywna prawda i - co się z tym wiąże - że nasze słowa w
                > ogóle coś znaczą, a nie tyle, co skrzypienie butów przy chodzeniu. Dalej (2) -
                > wiarę lub nadzieję na to, że istnieje dobro, istnieją wartości oraz że słowa
                > "powinienem" lub "trzeba" nie są zakamuflowaną formą kaprysu czy zachcianki. O
                > tym wszystkim mozna zasadnie wątpić, chociaż wątpliwości co do (1) nie da się
                > wypowiedzieć słowami. Trzeba by konsekwentnie zamilknąć, przestać myśleć, a
                moż
                > e
                > się i zabić, ale to też nieprawda, bo przecież i normy nie istnieją i wtedy
                > słowo "trzeba" traci wszelki sens. Dryfujemy więc jak korek na fali i jako
                osob
                > y
                > właściwie nie istniejemy.


                Ależ dopiero wtedy życie zaczyna być coś warte!:)

                Dlaczego sądzisz, że "prawda" to coś dobrego, co powinno istnieć? A może to
                niewola, wyzwolenie od której znaczy nowy wiek w dziejach człowieka
                (człowieka?:) Czy naprawdę nie można wymyślić czegoś barwniejszego od "prawdy"?
                może przejawem braku twórczej wyobraźni filozoficznej jest wybrzydzanie na
                świat bez "prawdy", że to tylko "skrzypienie butów". Czy nasze słowa
                coś "znaczą"? A co to znaczy "znaczyć"?:)

                "Epekeina tes aletheias" - "ponad Prawdą"

                To potrafił pomyśleć już starożytny metafizyk, Plotyn.


                > istnieją wartości oraz że słowa
                > "powinienem" lub "trzeba" nie są zakamuflowaną formą kaprysu czy zachcianki

                Czy ty miro jesteś rzymskim senatorem?:) (Te straszne "zachcianki"!:)

                >O tym wszystkim mozna zasadnie wątpić

                Ważne, że to przyznajesz. Argumentacje zajęłyby mi sporo czasu.

                Dlaczego jednak jesteś tym tak przerażony? To zaiste może być radosna nowina!
                Przyjrzyj się temu, co piszesz dalej:

                >Trzeba by konsekwentnie zamilknąć, przestać myśleć, a moż
                > e
                > się i zabić

                Tu jednak następuje zwrot, którego przemyślenie mogłoby całkowicie odmienić
                nastrój:

                > ale to też nieprawda, bo przecież i normy nie istnieją i wtedy
                > słowo "trzeba" traci wszelki sens.

                No, właśnie!!!:)

                > Dryfujemy więc jak korek na fali

                Albo "tańczymy jak Bogowie".
                To kwestia stylu.

                i jako osob
                > y
                > właściwie nie istniejemy.

                Istnienie jako "osoby" wymyślili chrześcijanie. Wszystko wskazuje na to, że to
                dość smętny i bolesny rodzaj egzystencji. A w każdym razie zupełnie
                niekonieczny.

                Cóż innego oprócz wpojonego lęku przeszkadza odrzucić go i "go where no one has
                gone before"?:)
                • miro17 Racjonalista do poety 07.02.07, 01:57
                  Drogi Nicku, nie, nie czuję się ani trochę, tym bardziej, że nasze
                  przekomarzanie się tak ciekawie się rozwija. Na początku było trochę ideologii,
                  potem rozmawialiśmy jak dwaj racjonaliści, może nawet z pewnym podejrzeniem, że
                  to ja za bardzo odchodzę od racjonalnej ortodoksji, a teraz znów mnie
                  zaskoczyłeś, bo zostawiłeś mnie z moim nudnym racjonalizmem, a sam poszybowałeś
                  w sferę języka poezji lub pewnego rodzaju mistycyzmu. W poprzednim poście
                  pisałeś, że takie i takie zdania nie mogą być równocześnie prawdziwe, a teraz
                  piszesz, że prawda to niewola...

                  Otóż wcale nie twierdzę, że racjonalny język logiki (nie tylko dwuwartościowej,
                  w której prowadzimy tę dysputę, ale także rozmytej, także uwzględniającej
                  hierarchię metajęzyków i co tam kto jeszcze chce) najlepiej służy do podzielenia
                  się wrażeniami na temat otaczającego nas świata. Za pomocą poezji, w której nic
                  nie jest jednoznaczne, tańca, mowy ciała można - być może - prawdziwiej
                  przekazać informacje o świecie, który przecież nie jest zerojedynkowy, a składa
                  się z samych połcieni. Również języki rozmaitych szkół filozoficznych Dalekiego
                  Wschodu, w których można powiedzieć, że coś równocześnie "jest i nie jest" mogą
                  lepiej przedstawić złożoność świata. Uznając Twoje prawo do takiej - nazwę to
                  umownie - poezji, musiałbym jednak, jako racjonalista, zastrzec, żeby nie
                  mieszać języków w jednym przekazie, bo to grozi zalewem ekwiwokacji, a ten błąd
                  jest zmorą wszystkich filozofujących.

                  Wracając do książeczki Profesora, spróbuję skrytykować trochę jego obronę
                  mistycyzmu. Prawda, że przekonania mistyków o autentyczności ich przeżyć nie
                  można obalić, ale dotyczy to również przeżyć osób pozostających pod wpływem
                  środków odurzających, pacjentów zakładów psychiatrycznych i te pe. Ich przeżycia
                  są na pewno barwniejsze od "prawdy", ale omawiać możemy je tylko w "języku prawdy".

                  Czytając Twój post chciałbym powiedzieć, że masz rację w tym i tym punkcie, ale
                  przecież to by znaczyło, że p r a w d ą jest to, co napisałeś, a "prawda to
                  niewola...itd." Więc żeby Cię skomplementować, muszę napisać, że zawarłeś w tym
                  poście coś znacznie barwniejszego od prawdy :). Swoją drogą też tak uważam, że
                  nieprawda jest od prawdy znacznie barwniejsza, a prawda nudna, i jest to święta
                  prawda, że się tak bigoteryjnie wyrażę. Nie obraź się o te ciągłe żarty; gdybym
                  nie cenił rozmowy z Tobą i nic się z niej nie uczył, to bym dał sobie spokój.
                  Kiedyś i tak trzeba ją będzie zakończyć, ale będzie mi trochę smutno.

                  Bardzo trudno być konsekwentnym sceptykiem czy też skrajnym utylitarystą, który
                  uważa, że normy i wartości jako takie nie istnieją, są tylko nawyki, odruchy i
                  te pe. Wystarczy przejrzeć jego piśmiennictwo i wydobyć te wszystkie "trzeba"
                  "należałoby", "lepsze to niż...", rozmaite określenia wartościujące, żeby
                  stwierdzić, że neagcja norm i wartosci jest tylko deklarowana, zapewne w dobrej
                  wierze, ale nasz autor wierzy w nie nadal. Piszesz "Ależ dopiero wtedy życie
                  zaczyna być coś warte!", więc wierzysz w wartości.

                  Jeszcze o lękach, to rzecz poważna. Moi przyjaciele - elektrycy - mawiali:
                  "elektryk prądu się nie boi, ale go szanuje". Strach utrudnia elektrykowi
                  precyzję ruchów. Ja też staram się raczej szanować, a jeśli się czegoś boję, to
                  pilnuję, żeby obawa nie utrudniała mi precyzji myślenia i chyba mi się to udaje,
                  chociaż pewnie nie w sposób doskonały. Dyskomfort związany z bezsensem wydaje mi
                  się uzasadniony. Udowadnianie "słuszności" takiego dyskomfortu, podobnie jak
                  jakiejś normy, wydaje się nieporozumieniem, bo zdania normatywne i oceny nie
                  wynikają ze zdań opisowych, ale jeśli znajdujemy się w gronie, w którym panuje
                  konsens co do jakichś zasad, to można z nich wnioskować o innych, które będą
                  słuszne tylko dla tego grona osób. Na przykład: jeśli jest coś do zrobienia, to
                  człowiek mądry, zanim się do tego zabierze, zada sobie pytanie "po co mam to
                  robić?" (albo tego zaniechać). Czy w tej sprawie jest między nami konsens?
                  Łańcuch pytań i odpowiedzi "po co" jest jednak nieskończony, to wiemy od
                  przedszkola, pozostaje więc wiara (nadzieja), że jednak po coś, a jeżeli nie, to
                  wyszliśmy na głupków.

                  Skąd lęk przed nieistnieniem wartości i norm, nieistnieniem dobra?
                  Myślę, że każdy z nas może wyobrazić sobie chociaż jedną rzecz, którą odczuwa
                  jako coś potwornego. Holocaust i sposób jego przeprowadzenia, wpychanie ludzi do
                  płonącej stodoły, Kambodża, obdzieranie żywych niemowląt ze skóry. Dlaczego tak
                  z grubej rury? Bo to wszystko naprawdę się wydarzyło i budzi mój lęk
                  ewentualność, że może nie ma w tym nic złego, bo dobro i zło nie istnieją, że
                  dylemat "obdzierać czy nie obdzierać żywych dzieci ze skóry" jest tylko kwestią
                  gustu, a de gustibus non est disputandum.

                  Jednak prawdziwy lęk budzi inna, teoretyczna możliwość. Że wartości, że normy,
                  że dobro i zło istnieją, tylko ja z powodu mojego ograniczenia nie pojmuję, że
                  są zupełnie inne, niż wskazuje to moje sumienie - na przykład te wszystkie albo
                  niektóre wymienione powyżej okropnosci z jakiegoś powodu są właśnie obiektywnie
                  dobre. To nie jest niemożliwe i nie mam przeciw temu żadnych argumentów.
                  W sferze przktycznej nic to nie zmienia, bo postępujemy i tak zgodnie z własnym
                  sumieniem, na co też jest zgoda (nam niepotrzebna) przynajmniej niektórych
                  autorytetów koscielnych, chociaż w praktyce bardzo różnie bywało. Juz Innocenty
                  III powiadał, że należy raczej narazić się na ekskomunikę, niż postąpić wbrew
                  własnemu sumieniu, podobnie pisał Tomasz z Akwinu, moraliści niewierzący w Boga
                  twierdzą oczywiście podobnie. Sumienie nie jest własnością ludzi wierzących w
                  Boga. Być może pogląd, że ateiści z natury pozbawieni są sumienia, byłby tym
                  poszukiwanym przez nas przykładem "obrazy wartości ateistycznych".

                  I znów - drobiazgi (?)

                  Tańczymy jak bogowie... Mnie sie wydaje, że w takim wypadku tańczymy jak piłka
                  kopana przez 22 graczy. Jeden gracz - żołądek - kopie nas, żebyśmy wrzucili mu
                  coś na ruszt, drugi - nie nazwę - kopie, żebyśmy dostarczyli mu innych wrażeń
                  (mnie już nie kopie, prosimy o nieskładanie kondolencji), itd, itp. Główny
                  napastnik, który kopie żądając bardziej złożonych przyjemności, to ogromnie
                  splątany kłębek neuronów, ale jak by nie był skomplikowany, to tylko kłębek.
                  A my - bogowie? (Powtarzam z pijackim uporem: wstawienie Pana Boga ani duszy
                  nieśmiertelnej nic tu nie popchnie do przodu. Kropka.)
                  Na inne drobiazgi już chyba za późno, szkoda.

                  Mnie takie rozmowy inspirują, ale wymagają też spokojnego przetrawienia. Może
                  najwyżej jeszcze jedna runda i potem przerwa na myślenie - co Ty na to?

                  Pozdrawiam. M.G.
                  • nick3 "...poetische wohnet Mensch... 08.02.07, 03:33
                    ...auf dieser Erde":)

                    Poezja jest czymś bezsilnym i godnym politowania tylko wtedy, kiedy nieodparcie
                    wydaje się nam, że istnieje dyskredytująca ją Prawda.

                    Jeśli jednak tą ostatnią należycie zajmie się filozofia, Poezja "okazuje się" -
                    Wszystkim.

                    Filozofia opiera się dwoma skrzydłami - z jednej strony o Logikę, a z drugiej o
                    Poezję.

                    Musi być dostatecznie ścisła, by skutecznie obrócić Logikę (i zdrowy rozsądek)
                    przeciwko niej samej i dostatecznie subtelna, by, kiedy tego dokona, dyskretnie
                    roztopić się w świetle Poezji.

                    To jest sens filozofii: służyć wolności ostatecznej.

                    "Filozofia to dynamit do rozsadzania empirii." - powiada Henryk Elzenberg.

                    Prąd.

                    Prąd szanować należy.

                    Ale jednak znakomita większość ludzi nie mieszka z tego powodu po ciemku!:)

                    > Na przykład: jeśli jest coś do zrobienia, to
                    > człowiek mądry, zanim się do tego zabierze, zada sobie pytanie "po co mam to
                    > robić?" (albo tego zaniechać).

                    Czy zawsze?:)

                    (To nawet chyba nie jest takie wbrew zdrowemu rozsądkowi (czasami lepiej za
                    dużo nie dywagować:) (Żart:), ale...)

                    > Jednak prawdziwy lęk budzi inna, teoretyczna możliwość. Że wartości, że normy,
                    > że dobro i zło istnieją, tylko ja z powodu mojego ograniczenia nie pojmuję, że
                    > są zupełnie inne, niż wskazuje to moje sumienie - na przykład te wszystkie
                    albo
                    > niektóre wymienione powyżej okropnosci z jakiegoś powodu są właśnie
                    obiektywnie
                    > dobre. To nie jest niemożliwe i nie mam przeciw temu żadnych argumentów.

                    A może tak z konieczności się dzieje, ale tylko, kiedy zanadto ufać w
                    samowystarczalność postawy teoretycznej i przedkładać ją nad ów z taką
                    deprecjacją wspomniany przez Ciebie "gust"?

                    W końcu, skuteczną odpowiedzią na owo:

                    >wszystkie albo
                    > niektóre wymienione powyżej okropnosci z jakiegoś powodu są właśnie
                    >obiektywnie
                    > dobre. To nie jest niemożliwe i nie mam przeciw temu żadnych argumentów.


                    okazała się herbertowska "kwestia smaku".
                    Piszesz:
                    > Tańczymy jak bogowie... Mnie sie wydaje, że w takim wypadku tańczymy jak piłka
                    > kopana przez 22 graczy. Jeden gracz - żołądek - kopie nas, żebyśmy wrzucili mu
                    > coś na ruszt, drugi - nie nazwę - kopie, żebyśmy dostarczyli mu innych wrażeń

                    (Nie wiem jak to jest u innych, ale mnie "kopanie" kojarzy się z czymś
                    przykrym:)

                    Co do Bogów. Wiesz, nie wszyscy - są Bogami olimpijskimi. Ale wszystkim należy
                    się cześć.

                    Pozdrawiam Cię, miro. Tylu fascynujących wątków nawet nie zaczynałem, wiedząc,
                    jak daleko mogłyby nas zaprowadzić.

                    Niestety, przez dyskusje na forach w ostatnich dniach zaniedbałem dziecko. Chcę
                    to naprawić. Pewnie więc już nic nowego tu się ode mnie nie pojawi.

                    Ale naszej rozmowy nie żałuję. Cieszę się, że Cię spotkałem.

                    Dobranoc, miro.
                    • miro17 Niech się dobrze chowa! 09.02.07, 01:47
                      Drogi Nicku,
                      chciałem krótko, ale już teraz widzę,że nic z tego nie będzie, krótko to się
                      nauczę w następnym wcieleniu.
                      Aż się dziwię, jak dużo aforyzmów (bo tak je chyba trzeba nazwać) w Twoim
                      ostatnim poście nie budzi mojego sprzeciwu, a wprost przeciwnie. Nie będę ich
                      wyliczał. Może nawet trochę (trochę!) rozumiem teraz Twoją deklarację, że nie
                      czujesz się ateistą. Z miejsca, w którym tańczysz, jest Ci wszędzie blisko.
                      Wcześniej wydawało mi się, że może był to tylko eksperyment, co odpowie rozmówca
                      na takie zaskakujące oświadczenie.

                      O wartości poezji w szerokm znaczeniu tego słowa nie trzeba mnie przekonywać,
                      napisałem to poprzednio. Gdybym umiał, chętnie wyraziłbym tańcem swój stosunek
                      do świata. Zaletą poezji jest to, że podobnie jak doświadczenia mistyczne i
                      ogólniej mówiąc religijne, nie jest falsyfikowalna. Każdy może sobie monologować
                      do woli, a jeśli mamy choć trochę podobny gust, możemy się spierać, które
                      sformułowania lepiej łaskoczą neurony naszego mózgu. Gdybyśmy jednak chcieli
                      uważać poezję za coś więcej, niż "łechtacza neuronów", to musielibyśmy chyba
                      wrócić do pojęcia Prawdy transcendentnej (nie żadnego Boga. Ale może nie będę
                      już tego w kółko powtarzał) jako pewnego rodzaju regulatora, wzorca, ideału - bo
                      ja wiem, jak to nazwać? Nie przedstawiam na to żadnego dowodu, tak mi się po
                      prostu wydaje.

                      Zastanawiają mnie dwie sprawy: pierwsza, to w jakim sensie poetami mogą być nasi
                      "młodsi bracia", jak ich nazywał św. Franciszek. Drugi problem, o którym już
                      wspominałem, to ludzie nazywani "nienormalnymi" i ci, którzy pozostają pod
                      wpływem narkotyków i podobnych wspomagaczy. Ponieważ już się trochę znamy, nie
                      muszę długo przekonywać, że nie jest moją intencją poniżanie żadnej grupy poetów
                      i mistyków: ani po naszej, ani po przeciwnej stronie muru szpitala w Tworkach.
                      Jako wykształciuchy wiemy, że tamci nie są gorsi, a nieraz po prostu bardziej
                      wrażliwi od nas.

                      Ciekawszy teoretycznie i mniej wyeksploatowany jest temat zwierząt. Poruszamy
                      się tu w ciemnościach, bo żaden z nas nie był wilkiem przeżywającym gonitwę za
                      zdobyczą, reagującym na powiew świeżego wiatru i poezję zapachów, o jakiej nam
                      się nie śniło. Można domniemywać, że zwierzętom nie jest dane pojęcie prawdy i
                      język dyskursywny powiązany z tym pojęciem (bo język zawierający np. sygnały
                      zrozumiałe dla stada oczywiście posiadają). Gdyby (mówię to hipotetycznie)
                      prawda nie miała żadnego "zastosowania" do szeroko rozumianej poezji, to grono
                      poetów ogromnie by się powiększyło o wszystkie stworzenia, które przeżywają w
                      kontakcie z przyrodą stany takich napięć, ekscytacji, ekstazy, o jakich nie mamy
                      nawet pojęcia. Może suseł przeżywa trochę mniej, ale kto wie, co mu się śni?
                      Jeśli natomiast prawda nie jest wrogiem poezji, ale pewnego rodzaju warunkiem
                      jej istnienia, to wykreślamy zwierzęta z grona poetów nie odmawiając im prawa do
                      przeżywania pięknych emocji. O niczym nie wyrokuję, przedstawiam tylko
                      możliwości do wyboru. Zresztą tertium w tym wypadku datur i możemy się dogadać,
                      ponieważ słowo "prawda" ma wiele różnych znaczeń i w jednym, wąskim znaczeniu
                      (nazwijmy ją obrazowo "prawdą aptekarską") jest ona wrogiem poezji, a w jakimś
                      najszerszym - jako prawda o rzeczywistości - może być jej koniecznym warunkiem.

                      Co do pytania "po co", co byś powiedział na dialog:
                      - Co robisz?
                      - To i to.
                      - Po co?
                      - A bo ja wiem?
                      Takiego rozmówcę uznalibyśmy chyba za niedorozwiniętego umysłowo. W realu nie ma
                      takich dialogów, bo zadowalamy się odpowiedziami cząstkowymi, ale w domyśle tkwi
                      wiara, że ostatecznie czemuś ważnemu to służy. Bez tej wiary nasza odpowiedź
                      sprowadza się do przytoczonego wyżej dialogu. Ludzie religijni odpowiadają
                      "Bo Szef mi kazał. On wie." Mnie wystarcza nadzieja, że coś ważnego z tego wyniknie.

                      O wolności i sumieniu muszę trochę więcej, chociaż nie będzie tu nic, czego nie
                      napisano już kilka wieków temu.
                      Dyskomfort bycia kopanym polega na tym, że coś usiłuje mną rządzić, a ja
                      wolałbym sam. Ponieważ nie lubisz słowa "zachcianki", będę mówił o sytuacji
                      określonej słowami "chce mi się". Jest dla mnie jasne, że każde "chce mi się"
                      ogranicza naszą wolność, przekonywującym przykładem jest biegunka. Nie będę
                      wyliczał innych determinant ograniczających wolność, to sprawa szkolna. Jest ich
                      tak wiele, że możemy miec tylko nadzieję (ile już razy piszę to słowo?) na to,
                      że fruwając po boisku pod wpływem impulsów przekazywanych przez nogi rozmaitych
                      graczy, możemy czasem decyzją własnej woli zmienić trochę kierunek ruchu.

                      Przeciwieństwem słów "chce mi się" jest słowo "chcę". A co do "chcę", cytowany
                      przez Ciebie Elzenberg napisał w latach dwudziestych: "Dobro to wartość chciana,
                      a piękno - wartość kontemplowana". Chodziło mu głównie o objasnienie różnicy
                      pomiędzy tymi pojęciami, ale można je też rozpatrywać oddzielnie. To, czego
                      chcę, to jest wg. Elzenberga dobro. Każdy może je inaczej pojmować, tak, jak mu
                      wskazuje indywidualne, omylne sumienie. Ale, mówiąc według ducha, (niekoniecznie
                      litery) Kanta, subiektywne przekonanie o tym, że to, czego "chcę", jest
                      obiektywnie dobre, odróżnia "chcę" od "chce mi się". Oczywiście moje omylne
                      sumienie ma też mnóstwo determinant psychologicznych, psychospołecznych czy
                      genetycznych, też owo wychowanie, na które zwracałeś uwagę w poście
                      rozpoczynającym dyskusję o artykule Jonasza, ale znów mogę mieć nadzieję (tylko
                      nadzieję), że w końcu jest to moje sumienie i ja mam na nie też jakiś wpływ.
                      Oczywiście jeśli istnieje jakieś "ja". Zreferowałem powsechnie znaną,
                      konserwatywną koncepcję wolności w kontekście sumienia, bo dla mnie jest ona
                      najbardzie przekonująca. Howgh.

                      Czy jest to kwestia smaku? Tu rozróżnijmy dwa słowa: "powinienem" i "trzeba". To
                      pierwsze może się trochę kojarzyć ze smakiem, trochę z własną godnością,
                      dążeniem do osobistej doskonałości, czasem w podświadomości tkwi "z tym mi do
                      twarzy". Słowo "trzeba" jest pozbawione tych egocentrycznych cech i ma
                      zastosowanie wówczas, kiedy dzieje się prawdziwe nieszczęście. Trzeba, żeby
                      Murzyni w Rwandzie nie wyrżnęli się kompletnie. To nie żadna kwestia smaku,
                      tylko życia tych ludzi. "Trzeba" nie wymaga, żebym ja to zrobił i był bohaterem,
                      tylko żeby to było zrobione. Ani w tym wierszu, ani gdzie indziej Herbert nie
                      twierdził, ze wszystko jest kwestią smaku, on umnejszył elegancko swoje zasługi
                      przeciwstawiając smak bohaterstwu, a w sytuacji "trzeba" nieważny jest smak ani
                      bohaterstwo, tylko po prostu trzeba.

                      Brzmi to okropnie po kaznodziejsku i stawia mnie, jak każdego piszącego o
                      moralności, w niezręcznej sytuacji pomiędzy hipokryzją a ekshibicjonizmem. Żeby
                      nie udawać kogoś innego, muszę zadeklarować, że tych szczytnych zaleceń w życiu
                      nie realizowałem, nie rzuciłem żadnej wiekszej sumy na ratowanie życia Murzynów
                      w Rwandzie, za nikogo nie nadstawiłem głowy. Poza tym jak większość, coś tam,
                      trochę, dużo za mało. Powiadam więc jak proboszcz do parafian: "Róbcie tak jak
                      mówię, a nie tak, jak robię". Zarzut dwulicowości odrzucam, bo lekarz, który nie
                      umie rzucić palenia, nie będzie z tego powodu wymyślał sztucznych teorii o
                      zaletach nikotyny - wtedy byłby dopiero dwulicowy!

                      Bogowie z dużej litery, tak.

                      Nie będę się już odzywał, Ty też nie, jak sie umówiliśmy. Przetrawię to, co
                      napisałeś i spróbuję podać w wątpliwość to, co napisałem sam.

                      Zabrzmi to bardzo banalnie i ckliwie niewątpliwie, ale wzruszyłem się, kiedy
                      wspomniałeś o dziecku. Ono nas uratuje (każdy ma jeśli nie dziecko, to kogoś),
                      bo ono jest najważniejsze. Niech się dobrze chowa i niech będzie mądrzejsze od
                      nas obu. Nie sądzisz,że teraz właśnie takie jest?

                      Trzymaj się. Ja też się będę trzymał.

                      M.G.
                • donq Re: Pozdrowienia dla agenta "religijnej poprawnoś 07.02.07, 15:24
                  Ja bym jedynie nadmienil, ze p. Kolakowski jest 'fellow' w All Souls College w
                  Oksfordzie, o reputacji ktorego Wikipedia pisze:

                  "Fellowship of All Souls is thus regarded as one of the highest academic
                  honours in the United Kingdom."

                  Czyli - dla wrazliwych na akademickie wdzieki - smietanka smietanki
                  (uniwersytet oksfordzki nie wypadl sroce spod ogona).

                  nick3 jest rowniez zapewne akademikiem (w kazdym razie bardzo lubi bleblac, ze
                  w swiecie akademickim to wiadomo to czy tamto, oczywiscie majac na mysli to
                  co "wiedza" lewaccy akademicy).

                  To tylko tak gwoli nabrania odpowiedniej perspektywy do wycierania sobie geby
                  akademickoscia, co jest nicka3 ulubiona zabawa na forum.

                  DonQ
                  • miro17 Mieć swoje zdanie... 07.02.07, 21:45
                    Króciótko, ale nie mogę się powstrzymać.
                    Oczywiście krytykując i oceniając kogoś o wiele mądrzejszego od siebie trzeba
                    unikać zbytniej pewności siebie, żeby się nie ośmieszyć. Warto też brać pod
                    uwagę opinię tzw. środowiska naukowego, bo to w końcu też niegłupi ludzie. Ale
                    żeby nie wypowiadać własnego zdania, bo to noblista, to już by było ogronme
                    przegięcie.
                    Nowak - Jeziorański pisze w "Kurierze z Warszawy" o koledze, który zerżnął w
                    wypracowaniu opis wiosny z "Chłopów" Reymonta. Polonista napisał: "styl
                    napuszony, pretensjonalny. Trzy z minusem". Śmiałem się z tego nauczyciela,
                    dopóki nie przeczytałem opinii Czesława Miłosza o stylu "Chłopów", podobnie
                    niepochlebnej. Można być "za Reymontem" albo "za Miłoszem", de gustibus..., ale
                    morał z tego jest chyba jasny.
                    Styl Twojego postu nie bardzo mi się podoba, ale to też de gustibus...
                    Pomimo, że do kilkudziesięciu ważnych sformułowań omawianej książeczki mam
                    poważne zastrzeżenia (chociaż może nie zrozumiałem Mistrza dość dobrze, albo on
                    napisał coś w pośpiechu), to okresy twórczości Kołakowskiego oceniam inaczej,
                    niż Nick3, ale to też mój subiektywny sąd.
                    • donq Re: Mieć swoje zdanie... 08.02.07, 10:15
                      > Ale
                      > żeby nie wypowiadać własnego zdania, bo to noblista, to już by było ogronme
                      > przegięcie.

                      Jusci, absolutna prawda. Trzeba miec swoje zdanie i niezbedny jest pewien
                      dystans do opinii jajoglowych. Np. twierdzenia nicka3, ze cos tam "od dawna
                      wiadomo" w kregach akademickich nalezy traktowac z "pinch of salt".

                      Nie wypowiadajac sie o "Chlopach" (ktorych nie lubie), dodam jedynie, ze Milosz
                      nie jest Mistrzem z mojej bajki.

                      Kolakowski zreszta tez nie, ale tego cenie.

                      DonQ

    • stormrider33 Dogmaty - nie absurdy 04.02.07, 22:35
      Abstrachując od głównego tematu chciałbym zwrócić uwagę Panu Turnauowi, że
      katolik to nie facet ( Lub raczej nie tylko ) lecz są również katolikami
      kobiety. Wolałbym by, zamiast słowa facet "użył" Pan słowa "człowiek". Swoją
      drogą taki sposób wypowiadania się o czymś świadczy, może o mocnym
      zakorzenieniu w "tradycji katolickiej" ( Tej kołtuńskiej ), w której
      traktowanie kobiety jako istoty drugiej kategorii jest czymś oczywistym. Chyba,
      że akurat jest Marią Matką Bożą, bo inaczej nie warto nawet zauważać jej
      człowieczeństwa i ewentualnej "katolickości".
      • nonna2 Re: Dogmaty - nie absurdy 05.02.07, 11:29
        stormrider33 napisał:
        Abstrachując od głównego tematu chciałbym zwrócić uwagę Panu Turnauowi, że
        > katolik to nie facet ( Lub raczej nie tylko ) lecz są również katolikami
        > kobiety. Wolałbym by, zamiast słowa facet "użył" Pan słowa "człowiek". Swoją
        > drogą taki sposób wypowiadania się o czymś świadczy, może o mocnym
        > zakorzenieniu w "tradycji katolickiej" ( Tej kołtuńskiej ), w której
        > traktowanie kobiety jako istoty drugiej kategorii jest czymś oczywistym"

        No właśnie... to z nich wychodzi mimo woli i nie pomoże żadna obrona katolików i
        gimnastyka umysłowa pana Turnaua...Dyskryminacja kobiety, jej podrzędna
        cierpięntnicza rola, pruderyjne podejście do seksu jako czegoś "nieczystego" -
        to takie chrześcijańskie określenie. Kojarzące się strasznie.Grzech pierworodny
        na niewinnym dziecku; to mi sie wcale nie podoba i nie tylko to.
    • toja3003 A skąd się wziął Wszechświat? Ot tak sobie, sam z 05.02.07, 11:06
      A skąd się wziął Wszechświat? Ot tak sobie, sam z siebie, się sprężył i wziął?!
      Przecież z Nicości nie może nic więcej powstać i tego uczy cała Nauka, więc
      skąd?
      • nick3 A skąd pytanie "skąd"?:) 05.02.07, 19:52
        A ponadto, czy jesteś pewien, że rozumiesz, co masz na myśli, kiedy mówisz,
        że "się wziął"?

        Z "Nicości" (istnieje coś takiego?:))) może i nic nie może powstać. Ale kto
        twierdzi, że "powstało" z "Nicości".

        >tego uczy cała Nauka

        Prawa nauki mówią o zdarzeniach w świecie.

        Nie wyklucza to "namysłu nad rzeczywistością w ogóle" (metafizyka), ale
        powoływanie się w tej dziedzinie na sposób badania właściwy nauce
        przyrodniczej - jest nadużyciem.

        Metoda dociekań właściwa nauce dotyczy przyrody i obowiazuje tylko w jej
        zakresie.
        • toja3003 Słusznie zauważasz, że 06.02.07, 09:26
          Słusznie zauważasz, że nie wiem „skąd pytanie: ‚skąd’ ”. Wcale też nie jestem
          pewien, że „rozumiem” co to znaczy „skąd się coś wzięło”. Oczywiście te
          wątpliwości zapewne odnoszą się i do twojej osoby i każdego pytającego (?).
          Niemniej twierdzę, że mam prawo zadawać takie pytania i je zadaję.

          Nie zgadzam się także na próbę cenzurowania, z twojej strony, jakie pytania
          mogą być na gruncie naukowym stawiane a jakie nie, z uwagi na arbitralne
          wyznaczanie granic „przyrody”. Sam bowiem twierdzisz, że „Metoda dociekań
          właściwa nauce dotyczy przyrody i obowiazuje tylko w jej zakresie”. Czy
          Wszechświat to nie przyroda?

          Ja pytam tylko skąd się wziął i czy mógłby się „nie wziąść”.
          • nick3 Słusznie 06.02.07, 13:36
            toja3003 napisała:
            > . Wcale też nie jestem
            > pewien, że „rozumiem” co to znaczy „skąd się coś wzięło”

            toja3003 napisała:
            > Niemniej twierdzę, że mam prawo zadawać takie pytania i je zadaję.


            Czyli twierdzisz, ze masz prawo zadawać pytania, których sensu nie rozumiesz.

            Pewnie masz. (Jestem radykalnym liberałem.)

            Nie możesz jednak twierdzić, że przeprowadzasz rozumowanie, które obowiązuje w
            myśleniu także innych.

            toja3003 napisała:
            >„Met
            > oda dociekań
            > właściwa nauce dotyczy przyrody i obowiazuje tylko w jej zakresie Czy
            > Wszechświat to nie przyroda?

            Wszechświat wzięty jako całość nie należy do przyrody, a pytanie o
            jego "pochodzenie" nie należy do domeny nauk przyrodniczych.

            Przez przyrodę (jako domenę nauk przyrodniczych) nauki te mają na myśli
            wszystkie wydarzenia dające się względem siebie umieszczać w czasie i
            przestrzeni.

            Wszechświata i jego ewentualnego stwórcy to nie dotyczy. Dlatego pytanie o
            stworzenie wszechswiata nie należy do dziedziny nauk.

            A co za tym idzie - i co ważne dla naszej dyskusji - zasady podtrzymywane przez
            naukę w odniesieniu do przyrody nie mogą być przenoszone poza obszar, do
            którego stosuje je nauka.

            Twoje żądanie przeprowadzenia takiej operacji nie ma nic wspólnego z
            naukowością.
            • toja3003 między strwierdzeniem, że nie jest się pewnym 06.02.07, 18:55
              jak rozumieć określony problem (to moje stanowisko) a błędną konkluzją (to
              twoje zdanie), że zadaję pytania, których sensu nie rozumiem jest różnica i
              warto ją dostrzegać. Ale najistotniejsze, że powiedziałeś "Nie możesz jednak
              twierdzić, że przeprowadzasz rozumowanie, które obowiązuje w myśleniu także
              innych".

              Nigdzie tak nie twierdziłem a jeśli takie odniosłeś wrażenie to wyraźnie
              podkreślam, że zgadzam się z twoim postulatem: nie mogę twierdzić, że
              przeprowadzam rozumowanie, które obowiązuje w myśleniu także innych.

              Oczywiście twoja reguła dotyczy też ciebie: nie możesz twierdzić, że
              przeprowadzasz rozumowanie, które obowiązuje w myśleniu także innych.
              Kółko zamknięte. Ty masz sowje zdanie, ja swoje.

              Co do sugestii, że pytanie o przyczynę Wszechświata nie należy do dziedziny
              nauk to przy okazji proponuje ją przesłać do szeregu noblistów i wybitnych
              autorytetów naukowych, w tym współtwórców fizyki kwantowej, którzy takie
              pytanie stawiali i stawiają w swoich pracach naukowych, zarówno książkowych,
              jak i publikownach na łamach renomowanych czasopism.

              Wymienię tu choćby odkrywcę mezonu i noblistę za neutrina, Ledermana czy prace
              Hawkinga albo choćby specjalisty supersymetrii – Gordona Kane. Jak widać
              pozostaję w głównym nurcie nauki i nie zamierzam sięgać do poglądów
              reprezentowanych przez mniejsze grupy badaczy, bo tu byłoby mi jeszcze łatwiej
              obalać twoje poglądy; wymienię choćby Alfvena (też zresztą Nobel za plazmę) czy
              takich badaczy jak Hoyle, Ross czy np. noblista (za wynalazek masera) Townes,
              bo są to uczeni wyraźnie teistyczni. O Einsteinie nie wspominam, bo
              to "starocie" co? A moeż coś z osttanich prac dostępnych po polsku? Proponuję
              sięgnąć do dzieła Hellera "Kosmologia i Wszechświat" - zajmuje się tym pytaniem
              w oparciu o konsekwencje twierdzeń Gödla. No ale pewnie Gödel też "nie należy
              do dziedziyn nauk".

              Zacytuję więc na koniec samego c i e b i e jeszcze raz: "Twoje żądanie nie ma
              nic wspólnego z naukowością.".

              • nick3 "Czy to ta sama tęcza?" 06.02.07, 23:17
                toja3003 napisała:
                > Co do sugestii, że pytanie o przyczynę Wszechświata nie należy do dziedziny
                > nauk to przy okazji proponuje ją przesłać do szeregu noblistów i wybitnych
                > autorytetów naukowych, w tym współtwórców fizyki kwantowej, którzy takie
                > pytanie stawiali i stawiają w swoich pracach naukowych

                Nie wszystko, co piszą naukowcy, jest nauką. Także naukowiec ma prawo jako
                człowiek prywatny do rozważań filozoficznych, a nie muszą one z powodu faktu,
                ze autor jest też naukowcem, być uznawane za naukę.

                Piszesz jednak: "...w pracach naukowych..." Przypuśćmy, że tak jest. Można
                jednak zapytać się, czym jest ów "Wszechświat", o którego przyczynę pytają ci
                naukowcy.

                Okazuje się, że potrafią oni mówić o "Wszechświatach równoległych". W liczbie
                mnogiej. Kiedy więc pytają o powstanie "naszego Wszechświata", może to być
                pytanie jak najbardziej naukowe, gdyż takie "Wszechświaty", których jest wiele,
                są obiektami przyrodniczymi.

                Tutaj jednak pojawia się dodatkowa trudność dla twojego stanowiska: prawa
                opisujące materię na tym poziomie nie mają już charakteru przyczynowego. Nie
                można mówić o "przyczynie i skutku". O ile mi wiadomo, zanika również czas (t)!

                Więc - jak zwraca ci uwagę jeden z rozmówców bardziej ode mnie obeznanych z
                fizyką - twoje pewniki nie dotyczą nawet świata fizycznego na wszystkich jego
                poziomach.

                Może "powstawać" "coś" z "niczego". A pojęcia "przyczyny" i "skutku" tracą
                zastosowanie.

                Świat, którym zajmuje się mechanika kwantowa, przypomina "tęczę" z mojej
                analogii.

                Kategorie rozumienia rzeczywistości, do których uniwersalności się
                przyzwyczailiśmy, okazują się w zupełnie dziwny sposób nie mieć zastosowania do
                materii rozpatrywanej na poziomie kwantowym!

                Niepotrzebnie jesteś tak ostry. I zaraz łup pałką: że nie chcę "niewygodnych
                dla siebie wyników badań":)

                Twoje przykłady z naukowcami są naciągane, gdyby przyjrzeć się, czym tak
                naprawdę się zastanawiali, kiedy pytali o, jak powiadasz, "przyczynę
                Wszechświata".

                W szczególności Einstein się wkurzał, kiedy apologeci religijni powoływali się
                na niego jako na potwierdzającego istnienie Boga.

                Choć swoją refleksję metafizyczną uprawiał. Ale nie w ramach nauki. A w każdym
                razie nie przypisywał jej tej obowiazywalności, do której aspirują twierdzenia
                naukowe.
                • toja3003 Niepotrzebnie 07.02.07, 08:45
                  Niepotrzebnie przekręcasz moje słowa mówiąc „twoje pewniki nie dotyczą nawet
                  świata fizycznego na wszystkich jego poziomach.”. Nigdzie nie twierdziłem, że
                  operuję jakimiś „pewnikami”. Wręcz przeciwnie, wyraźnie mówiłem, że mam szereg
                  pytań i poszukuję na nie odpowiedzi. I taka postawa, otwartości i poszukiwania,
                  jest jak najbradziej w nauce usprawiedliwiona.

                  Mówisz dalej „Nie wszystko, co piszą naukowcy, jest nauką. Także naukowiec ma
                  prawo jako człowiek prywatny do rozważań filozoficznych, a nie muszą one z
                  powodu faktu, ze autor jest też naukowcem, być uznawane za naukę.”. A co w
                  takim razie „jest nauką”? Kto ma prawo to definiować i podawać innym do
                  wierzenia? I drugie pytanie w związku z powyższym cytatem. Czy „rozważania
                  filozoficzne” nie są częścią nauki? Filozofia jest częścią nauki od początku
                  jej istnienia.

                  Dziś także ta dyscyplina obecna jest na uczelniach i figuruje w oficjalnym
                  spisie nauk, w których uzyskuje się dyplomy. Ukazują się naukowe czasopisma i
                  odbywają naukowe konferencje. W twojej wypowiedzi wielokrotnie mówisz
                  o „twierdzeniach”, „prawach”, o tym, że „nie można mówić o przyczynie i
                  skutku”, że „zanika czas”. Jakie to „prawa” i jakie „twierdzenia” i według
                  jakich teorii przyjmujesz je za pewniki, które inni muszą zaakceptować?

                  Otóż fizyka stosuje do opisu świata aparat matemmatyczny, który stara się
                  werfikować empirycznie. Matematyka jest zaś dziedziną aksjomatyczno-dedukcyjną.
                  U jej fundamentów znajdują się aksjomaty, które przyjmuje się dogmatycznie na
                  wiarę, bo aksjomat jest, z definicji, „prawdą”. Tymczasem na każdy aksjomat
                  jest inny aksjomat. Proste równoległe nie przecinają się w geometrii
                  euklidesowej ale np. Łobaczewski przyjął inne założenia. W logice boolowskiej
                  są tylko 2 kategorie: „prawda” i „fałsz”, natomiast w logice wielowartościowej
                  ten aksjomat nie obowiązuje. Nie ma zatem w nauce niepodważalnych pewników.

                  Więcej, już w ramach samego systemu aksjomatycznego istnieją zdania, o których
                  prawdziwości czy fałszywości nie jesteśmy w stanie niczego powiedzieć w ramach
                  tego systemu (twierdzenia Gödla). Z kolei empiria także nie jest jakimś
                  absolutem, w który trzeba bezwarunkowo wierzyć. Nie ma „czystych danych
                  empirycznych”. Zawsze związane są one z naszą zmysłową i modelową
                  interpretacją. Zmysły mają swoje ograniczenia a model jest tylko uproszczeniem
                  rzeczywistości.

                  Z kolei w obliczu unikalności pewnych obiektów nie mamy szans na powatrzalność
                  doświadczeń, względnie na ich przeprowadzenie. Jest jeden gatunek ludzki z
                  jedną historią i cywilizacją, jedna Ziemia i jeden Wszechświat, który znamy, z
                  jedną ewolucją materii i przyrody ożywionej. To powoduje, że szukanie
                  odpowiedzi na pytanie „dlaczego w ogóle istnieje coś” wymaga podejścia
                  interdyscyplinarnego. Nie obejdzie się tu bez gadamerowskiej hermeneutyki i
                  relatywizmu lingwistycznego w sensie wittgensteinowskim. Sama fizyka niewiele
                  ma do powiedzenia na temat fenomenu świadomości, bo nie zajmuje się
                  funkcjonowaniem obiektów żywych. Takie pojęcia jak np. wolność czy świadomość
                  są jej obce. Tu potrzebne są z jednej strony dokonania nauk humanistycznych a z
                  drugiej ich powiązanie np. z biologią, chemią, genetyką, informatyką
                  (infogenetyką), neurologią; z fizyką też ale jak widać nie tylko.
                  Tak, „organizmy biologiczne to nie tylko maszyneria biochemiczna” Powtórzę:
                  maszyneria nie tłumaczy fenomenu samoświadomości. Owszem, zgoda na to, że myśli
                  sa związane z działaniem mózgu który realizuje po prostu pewne algorytmy
                  przetwarzania informacji. Ale uważam, że to wcale nie jest tak „po prostu”. I
                  fizyka niewiele tu pomoże. Powiadasz: „prawo” a zatem
                  jakiś „algorytm”, „informacja”. Zapytam zatem też „po prostu”: czym jest
                  informacja?

                  Cóż może nam tu jedynie fizyka odpowiedzieć? Niewiele. Owszem istnieje zgrabna
                  definicja entropiczna, są prace Shanonna (to już teoria informacji) ale też
                  będące opisem ilościowym. A co z kontekstem informacji? A jest ona jak
                  najbardziej kontekstowa. I znowu wracam do samoświadomości. Czy informacja,
                  jako taka, ma własności materialne? Jeśli tak to jakie? I nie mówię o nośnikach
                  danych tj. reprezentacji informacji ani o fizycznym transporcie jonów wapnia w
                  mózgu bądź innych sygnałach elektro-chemo-magnetycznych. Idea (informacja) jako
                  taka jest czymś niematerialnym (choć ma materialną reprezentację ale to nie to
                  samo). Jak fizyka (czy w ogóle nauka) tłumaczy fakt, że coś niematerialnego,
                  np. sama moja myśl, wola, jest w stanie poruszyć jak najbardziej materialną
                  ręką ważącą parę kilo? Uważasz, że to „po prostu” taki sam proces jak zderzenie
                  dwóch kulek, które opisują klasyczne równania mechaniki? Wątpię.

                  Jeśli zatem po tych argumentach chcesz się dalej upierać
                  przy „obowiazywalności, do której aspirują twierdzenia naukowe.” to ja pragnę
                  podkreślić, że owa „obowiązywalność” jest podważalna. Masz prawo wyznaczać
                  granice zasadzie przyzynowości i przyjmować okeśloną definicję czasu (ciekawe
                  na jakiej się opierasz?) Ale ja mam prawo przyjąć inną a jest ich wiele. I
                  każda z nich jak najbardziej uznawana w nauce.
                  • nick3 Teologia naukowa? 08.02.07, 02:47
                    >Wręcz przeciwnie, wyraźnie mówiłem, że mam szereg
                    >pytań i poszukuję na nie odpowiedzi. I taka postawa, otwartości i
                    >poszukiwania,

                    To ci się tylko tak wydaje:)

                    Jesteś dogmatyk jak cholera.

                    Coś jakby mi Świadek Jehowy powiedział, że "jest otwarty" i "gotów do pytań" (a
                    mówią tak:)

                    >Nigdzie nie twierdziłem
                    > , że
                    > operuję jakimiś „pewnikami”.

                    Może nie twierdziłeś, ale operowałeś i próbowałeś narzucić je rozmówcom.

                    Takim pewnikiem była dla ciebie zasada przyczynowości (inaczej cała dyskusja by
                    się nie zaczęła). Teraz, widzę, w rozmowie z innym internautą próbujesz
                    wykorzystać do podobnych celów zasadę zachowania masy:)

                    Tutaj widać jakie naciagactwo uprawiasz:

                    >Filozofia jest częścią nauki od począ
                    > tku
                    > jej istnienia.

                    Czego istnienia? Nauki? Filozofii?

                    W obu wypadkach łatwo to obalić.

                    Filozofia jest wcześniejsza niż nauka. Nie mogła być więc jej częścią. Już
                    prędzej nauka (u swoich początków) była częścią filozofii, ale szybko się od
                    niej oddzieliła. Ani przed, ani po tym oddzieleniu filozofia nie mogła być jej
                    częścią.

                    > Dziś także ta dyscyplina obecna jest na uczelniach i figuruje w oficjalnym
                    > spisie nauk, w których uzyskuje się dyplomy.

                    Nie wszystko, z czego uzyskuje się dyplomy, jest nauką. Użyte przez ciebie
                    słowo "dyscyplina" (akademicka), jest tu stosowniejsze.

                    Filozofia nie uważa się za naukę (choć istnieją - nieliczne - nurty
                    filozoficzne, które uważają, że powinna przybrać charakter nauki).

                    Dalszy ciąg twojego postu można określić jako "filipikę antyscjentystyczną".

                    To nie jest polemika pod moim adresem! Ja się z nią zasadniczo zgadzam (Choć
                    gdybym był złośliwy - chyba jestem!:) - to bym zapytał, czy na pewno wszystko
                    rozumiesz, co... (przepisujesz?:)

                    A teraz z większą życzliwością: wydaje mi się że rozumiem twoje intencje i
                    nawet bardzo z częścią z nich sympatyzuję.

                    Ale tylko z częścią. Twoja strategia argumentacyjna robija się jakby na dwa
                    (mocno wykluczające się) nurty: a)relatywizmu antyscjentystycznego (tu, jako
                    new age'owiec jestem całym sercem za:) oraz b)"scjentyfikacji" filozofii

                    Weźmy takie zdanie:

                    >Nie ma zatem w nauce niepodważalnych pewników.

                    Ono należy do strategii a). Służy rozbijaniu ateizmu o argumentacji
                    scjentystycznej.

                    Jednak zupełnie musisz to zdanie zapomnieć, jeśli chcesz powołując się na
                    naukowość zmusić słuchaczy do uznania obowiązywalności jakichś rozumowań
                    metafizycznych (np. potrzeby uznania istnienia Przyczyny Wszechświata).

                    Jeśli zasada, że każde zdarzenie (przyrodnicze) ma swoją przyczynę nie
                    jest "niepodważalnym pewnikiem", no to tym bardziej nie możesz twierdzić, że
                    kto chce myśleć naukowo powinien doszukiwać się przyczyny takiego "zdarzenia",
                    jak "zaistnienie" Wszechświata (w istocie "zdarzenia" nie będącego zdarzeniem
                    przyrodniczym, czyli ZDARZENIEM SZEREGOWALNYM PRZEZ PRAWA Z INNYMI ZDARZENIAMI).

                    Wolę twoją argumentację relatywizującą gorset scjentyzmu (ale nie dam go
                    zastąpić - rzekomo w imieniu wymogów naukowości - gorsetem teologii
                    katolickiej:)
                    • toja3003 Występujesz z pozycji 08.02.07, 08:56
                      Występujesz z pozycji „każdy kto ma inne zdanie niż ja myli się”. Zarzucasz
                      mi „operowanie pewnikami” a nie wskazujesz jakie to pewniki. Mówisz o „zasadzie
                      przyczynowości” jako pewniku, który przyjmuję, względnie”zasadzie zachowania
                      masy i energii”; tymczasem wyraźnie wskazałem na to, że są one pewnikami w
                      ramach tylko pewnej teorii i w pewnym zakresie. Istnieją też inne teorie.

                      I jeśli ktoś potrafi wykazać ich słuszność to chętnie je przyjmę. Ale nie
                      interesują mnie spekulacje ale metoda naukowa a w związku z przedmiotowym
                      pytaniem „dlaczego w ogóle istnieje coś” wskazałem na konieczność podejścia
                      wielodziedzinowego i wymieniłem jakie dziedziny byłyby tu istotne:
                      potrzebne są z jednej strony dokonania nauk humanistycznych a z drugiej ich
                      powiązanie np. z biologią, chemią, genetyką, informatyką (infogenetyką),
                      neurologią; z fizyką oczywiście też. W szczególności w obszarze fizyki
                      obowiązuje stosowanie języka matematyki i potwierdzanie tez doświadczeniem.

                      Jeśli ktoś uważa, że fizyka nie jest nauką doświadczalną to ma swój pewnik ale
                      ja mam prawo się z tym nie zgadzać. Zatem zasada zachowania materii (piszę
                      materii żeby uniknąć spekulacji typu „coś” powstaje z „niczego” na zasadzie
                      samostwarzania symetrii niższych z wyższych itp.) nadal w fizyce obowiązuje.
                      Wiem, że istnieją modele teoretyczne, które próbują zastąpić zasadę
                      przyczynowości zasadą samoprzyczynowości ale w żadnym laboratorium jak dotąd
                      nie przeprowadzono doświadczenia obalającego zasadę zachowania materii.

                      Można dokonywać jej transformacji ale nie samoprzyczynowego tworzenia. W ten
                      ostatni sposób nie uzyskano dotąd choćby jednej, najmniejszej cząsteczki. Jeśli
                      ktoś twierdzi inaczej to niech poda źródło naukowe opisujące takie powtarzalne
                      doświadczenie. Pominę dalsze rozważania teoretyczne jakie warunki musiałyby być
                      spełnione aby takie doświadczenie przeprowadzić. Heisenberg to przy tym
                      drobnostka. M.in. musiałoby nie być żadnych pól ani czasoprzestrzeni, żadnych
                      obserwatorów, żadnego Wszechświata. I dalej: matematyczny język fizyki jest
                      aksjomatyczno-dedukcyjny.

                      Czy to pewnik? Jeśli uważasz, że nie, to wykaż to, inaczej twoje podejście nie
                      jest naukowe. A zatem u fundamentów tego języka znajdują się aksjomaty, które
                      przyjmuje się dogmatycznie na wiarę, bo aksjomat jest, z definicji, „prawdą”.
                      Tymczasem na każdy aksjomat jest inny aksjomat. W logice boolowskiej są tylko 2
                      kategorie: „prawda” i „fałsz”, natomiast w logice wielowartościowej ten
                      aksjomat nie obowiązuje. Nie ma zatem w nauce niepodważalnych pewników. Czy to
                      też „pewnik”? Osąd zostawiam każdemu wedle własnego rozeznania.

                      Więcej, już w ramach samego systemu aksjomatycznego istnieją zdania, o których
                      prawdziwości czy fałszywości nie jesteśmy w stanie niczego powiedzieć w ramach
                      tego systemu (twierdzenia Gödla). Z kolei empiria także nie jest jakimś
                      absolutem, w który trzeba bezwarunkowo wierzyć. Nie ma „czystych danych
                      empirycznych”. Zawsze związane są one z naszą zmysłową i modelową
                      interpretacją. Zmysły mają swoje ograniczenia a model jest tylko uproszczeniem
                      rzeczywistości. Zakładam, że konsekwencje Gödla są oczywiste dla każdego kto
                      jest po kursie matematyki wyższej.

                      Jeśli uważasz, że powoływanie się na twierdzenia matematyczne to „dogmatyka”
                      masz prawo tak sądzić, z powodów o jakich mówiłem wyżej. Pokaż inne
                      twierdzenie. Dyskusja na temat tego czy dyplom wyższej uczelni w obszarze
                      dyscypliny o nazwie „filozofia” ma charakter „naukowy” jest faktycznie
                      akademicka. Masz prawo mieć swoje definicje tego czym jest „nauka”. Ja uważam,
                      że to pewna metodologia i jeśli konsekwentnie stosowana to rzeczą wtórną jet
                      przedmiot. W jaki sposób, bez nauk humanistycznych, mamy badać fenomeny
                      związane z naturą człowieka jak świadomości czy wolnej woli? Tylko mierząc
                      oddziaływania bio-chemo-elektromagnetyczne w mózgu? Cóż pocznie matematyk bez
                      lingwistyki i to także tej odnoszącej się nie tylko do języków sztucznych ale i
                      naturalnego.

                      A na koniec drobne pytanie. Uważasz, że masz monopol na definiowanie tego co
                      jest zdarzeniem przyrodniczym a co nie? Przepraszam, wolno spytać z jaką
                      definicją czasu się identyfikujesz? Bo jest ich wiele. Ale masz prawo do takich
                      identyfikacji. I wtedy, w takim modelu, faktycznie dostrzegasz jego
                      ograniczenia w odniesieniu do pytania „dlaczego w ogóle istnieje coś”. Ale to
                      już wykazał Gödel, pokazując ograniczenia nauki ale można to też interpretować
                      jako pokazanie ich braku, bo wskazał jakie warunki powinny być spełnione dla
                      wykazania zupełności i niesprzeczności systemu a więc rozstrzygalności zdań.
                      Oczywiście znasz te warunki i w związku z nimi ja to pytanie stawiam, dziwię
                      się, że koniecznie chcesz mnie zmusić do milczenia.
      • kpix Obawiam sie, ze kazda z odpowiedzi nie jest 06.02.07, 08:14
        odpowiedzia. Zarowno odpowiedz "wzial sie z Boga" rodzi kolejne pytanie
        "a skad sie wzial Bog?" i bynajmniej nie jest ono dziecinne, jak i
        odpowiedz "wzial sie z kwantowej fluktuacji przed wielkim wybuchem"
        rodzi to samo pytanie: skad niby z nicosci powstala niezerowa energia prozni...
        • toja3003 Twoje obawy są słuszne kpix i stawiając najważniej 06.02.07, 09:30
          Twoje obawy są słuszne kpix i stawiając najważniejsze dla mnie
          pytanie „dlaczego istnieje coś” nie oczekuję jednoznacznej odpowiedzi ale
          sposób w jaki na to pytanie n i e odpowiemy ma też wpływ na nasz światopogląd
          a więc i na nasze życie.
          • nick3 Odmawiam nieuzasadnionego pytania "dlaczego?" 06.02.07, 13:53
            Już, drogi toja3003, przechodzisz do patetycznego tonu kaznodziei. Ach jak ta
            władza nad sumieniami bliźnich korci... Pouczać!:) karcić!:)))

            Och, po cóż innego misternymi rozumowaniami dowodzić istnienia Boga? Człowieka
            w rozpaczy one i tak nie przekonają, a wierzący dowodów nie potrzebuje.


            Analogia, którą przeprowadzę, nie jest argumentem rozstrzygajacym, ale pomoże
            mi zobrazować w jaki sposób może iść bieg argumentacji odrzucającej obowiązek
            pytania "Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?".

            Mój kolega wiózł samochodem trzylatka. W pewnym momencie dziecko zobaczyło po
            raz pierwszy w życiu teczę. Wpadło w entuzjazm. "Co to jest wujku?" "Tęcza.
            Robi się, kiedy świeci słońce i pada deszcz."
            Później jednak wjechali w las i tecza znikła z widoku. Chłopczyk zaczął się
            niecierpliwić. "Kiedy ten las się skończy?" Deszcz padał coraz słabiej. "Czy ta
            tęcza jeszcze będzie?" Nieomal się popłakał. Kolega dodał gazu do granic
            bezpieczeństwa, ale las był bardzo długo.

            W końcu kiedy wyjechali z niego, entuzjazm dziecka był ogromny. Na niebie nadal
            rozpościerała się tęcza. Ale po chwili na twarzy trzylatka pojawił się niepokój:

            "Wujku, a czy to jest ta sama tęcza?"



            Są naprawdę przekonujace argumenty w dorobku filozoficznym ludzkości, by
            sądzić, że pytanie "Skąd się wziął Wszechświat?" czy "Skąd się wzięła
            rzeczywistość?" są podobnego rodzaju nieporozumieniami.
            • toja3003 taa, takie nazwiska jak Einstein, Hawking, 06.02.07, 19:01
              Lederman, Kane, Hoyle, Ross czy np. noblista (za wynalazek masera) Townes to
              też "nieporozumienia"? Oni też stawiają to pytanie. Nie oni pierwsi i nie
              ostatni a ty chcesz innych cenzurować o co wolno pytać a o co nie?
              Rozumiem, to starch, że odpowiedzi mogłyby być niewygodne więc lepiej chować
              głowę w piasek i milczeć? Przechodzisz do patetycznego tonu kaznodziei. Ach jak
              ta władza nad sumieniami bliźnich korci... Pouczać!:) karcić!:)))
          • kpix Richard Dawkins popelnil kiedys film "Root of all 06.02.07, 22:25
            evil" (nie wiem, czy ogladales; film jest legalnie za darmo do sciagniecia
            z internetu). Z boku jego glownej tezy, ladnie pokazuje on to cos, co jest
            zasadnicza cecha rozniaca dogmat religijny od teorii naukowej. Rzetelna
            nauka nie rosci sobie z miejsca pretensji do wyjasnienia wszystkiego -
            wrecz przeciwnie: nauka polega na zakumulowaniu doswiadczenia ludzkosci,
            uzyskanego w milionach eksperymentow w sposob mozliwie najbardziej
            kontrolowany i mozliwie powtarzalny. Zasadniczo kazdy czlowiek, ktorego
            charakteryzowalaby inteligencja, wytrwalosc i zgoda na zasady logiki,
            moze w mysli podwazyc dowolny element dotychczasowej wiedzy o swiecie,
            i powinien dojsc do prac naukowych, gdzie krok po kroku dowodzi sie jego
            prawdziwosci (istnienia albo zgodnosci z dzis przyjmowanym modelem).
            W nauce nikt nie powinien ukrywac luk, nie ma praw bez dowodow.
            Jest to w pewnym obrazku budowanie od podstaw.

            W religii powiedzialbym, ze jest odwrotnie, czyli cos jak powolne
            zdejmowanie cegielek. W religii masz sie zadeklarowac jako wierzacy
            w swieta ksiege i z miejsca przyjac calosc jej wykladni. Jezeli
            (ale to naprawde _jezeli_) hierarchowie sa oswieceni, to wykazanie
            sprzecznosci miedzy doswiadczeniem a litera Ksiegi, doprowadza do
            zniesienia wymogu wiary w doslownosc odpowiedniego fragmentu i do
            potraktowania go jako paraleli (czyli 'zdjecie cegielki'). W reszte
            nalezy nadal wierzyc, przynajmniej taka postawe sie promuje.

            Nie ma sie temu co dziwic: czlowiek potrzebuje sacrum jak powietrza
            i nawet gdyby Boga nie bylo, nie da sie sacrum latwo pozbawic.

            Ja nie uwazam sie za czlowieka niewierzacego w Boga. Z pewnoscia dzis
            nauka Boga nie wyklucza. Jestem tylko przekonany, ze kazdy czlowiek
            myslacy powinien sobie zdac sprawe z tej kardynalnej roznicy w
            traktowaniu owych dwoch 'dyscyplin' i z tego, ze w historii dziejow
            to nauka wymusila na religii (a czasem okupila krwia ludzi) dzisiejsze
            rozumienie Genezis jako wylacznie "powiastki umoralniajacej" i
            dzisiejsze przyzwolenie na (uczciwe) watpienie.

            pozdr
            • toja3003 zrewanżuję się też propozycją medialną 07.02.07, 08:57
              dotyczącą tematu: "Przekroczyć próg nadzieji", książka autorstwa JPII. Nie wiem
              czy można ją za darmo ściągnąć ale nie kosztuje dużo. Tam są typowe pytania
              takie jak "dlaczego istnieje zło na świecie" i intersujące próby odpowiedzi na
              nie. A co do aksjomatycznych podstaw wspólnych nauce i religii - patrz mój post
              niżej. Jak jest różnica miądzy człowiekiem wierzącym a niewierzącym odnośnie
              fundamentalnego pytania "dalczego istnieje coś". Zapewne poniższe wyznanie coś
              ci przypomina prawda?

              „Wierzę w materię wszechmocną, praprzyczynę nieba i ziemii, wszystkich rzeczy
              widzialnych i niewidzialnych, materia z materii, materia prawdziwa z materii
              prawdziwej, samoistniejąca a niezniszczalna, wiecznie istniejąca, była jest i
              będzie. Wierzę w ducha nauki, który mówi o materii przez swych jedynie
              słusznych noblistów i profesorów. W jeden, powszechny, uniwersalny i naukowy
              światopogląd oparty na samoprzyczynowości materii. Wyznaję jeden i jedynie
              słuszny model powstania rzeczywistości i oczekuję ostatecznego wyjaśnienia
              przez taką naukę wszelkich problemów i wieczne trwanie jej naukowych praw”.

              Czasami mam wrażenie, że niektórzy nieświadomie powtarzają takie wyznania w
              różnych dyskusjach i akurat nie myślę o tobie ale o niepotrzebnym
              przeciwstawianiu sobie ludzi "wierzących" i "niewierzących". Obie kategorie
              łączy więcej niż się często wydaje. Dlatego jescze raz odwołam się do
              JPII: "„nasza cywilizacja potrzebuje do lotu dwóch skrzydeł: wiary i nauki; z
              jednym skrzydłem nie da się latać”. I z tym zdaniem się osobiście zgadzam.
              • kpix Re: zrewanżuję się też propozycją medialną 07.02.07, 09:32
                W pelni zgoda. Wiara w dalekie ekstrapolacje "materialu dowodowego" jest tez
                wiara.
                Cywilizacji jest oczywiscie potrzebna nauka i wiara. Tyle ze nauka
                (ta rzetelna) ma pierwszenstwo w orzecznictwie faktow, natomiast wiara
                jest potrzebnym spoiwem psychiki ludzi.
                • toja3003 jakbyś mnie cytował (czy może ja ciebie?) :) 07.02.07, 11:00
                  • kpix :) pozdr n/t 07.02.07, 23:49
              • technologiczna Nietrafiona propozycja medialna 07.02.07, 20:23
                toja3003 napisała:

                > dotyczącą tematu: "Przekroczyć próg nadzieji", książka autorstwa JPII. Nie
                wiem
                > czy można ją za darmo ściągnąć ale nie kosztuje dużo. Tam są typowe pytania
                > takie jak "dlaczego istnieje zło na świecie" i intersujące próby odpowiedzi
                na
                > nie.

                Nie to jest najwazniejsze. JPII byl bardzo inteligentny wiec probowal jakos
                wyjasnic paradoks wierzen religijnych: religie sa bluznierczo i fundamentalnie
                sprzeczne miedzy soba a kazda twierdzi ze jest jedynie prawdziwa. To co jest
                potwornym zlem w jednej religii jest dobrem w innej. Te wyjasnienia sa malo
                przekonujace.


                > „Wierzę w materię wszechmocną, praprzyczynę nieba i ziemii, wszystkich rz
                > eczy
                > widzialnych i niewidzialnych, materia z materii, materia prawdziwa z materii
                > prawdziwej, samoistniejąca a niezniszczalna, wiecznie istniejąca, była jest i
                > będzie. Wierzę w ducha nauki, który mówi o materii przez swych jedynie
                > słusznych noblistów i profesorów. W jeden, powszechny, uniwersalny i naukowy
                > światopogląd oparty na samoprzyczynowości materii. Wyznaję jeden i jedynie
                > słuszny model powstania rzeczywistości i oczekuję ostatecznego wyjaśnienia
                > przez taką naukę wszelkich problemów i wieczne trwanie jej naukowych praw”
                > ;.
                > Czasami mam wrażenie, że niektórzy nieświadomie powtarzają takie wyznania w
                > różnych dyskusjach i akurat nie myślę o tobie ale o niepotrzebnym
                > przeciwstawianiu sobie ludzi "wierzących" i "niewierzących". Obie kategorie
                > łączy więcej niż się często wydaje.

                To sa totalne absurdy. Nauka nie opiera sie na zadnej wierze tylko na
                eksperymentalnie zweryfikowanych faktach plus buduje teorie z ktorych
                wyciaga wnioski do weryfikacji. Teorie bez zweryfikowanych faktow sa
                traktowane jako mozliwe do obalenia kazdej chwili. Z tego punktu
                widzenia miedzy obydwoma kategoriami nie ma absolutnie zadnego polaczenia,
                sa one zupelnie sprzeczne.

                >Dlatego jescze raz odwołam się do
                > JPII: "„nasza cywilizacja potrzebuje do lotu dwóch skrzydeł: wiary i nauk
                > i; z
                > jednym skrzydłem nie da się latać”. I z tym zdaniem się osobiście zgadzam
                > .

                To jest takie propagandowe stwierdzenie majace na celu podtrzymanie pozycji
                religii wobec nawaly osiagniec nauki i absurdalizacji pozycji religii. Bo
                mozna po prostu zapytac: ktorej wiary? Oczywiscie JPII chodzilo o jego wiare
                jako jedynie sluszna. Ale to jest obrazliwe i bluzniercze stwierdzenie dla
                przedstawicieli innych wiar. Wiec moze chodzi tu o jakakolwiek wiare w
                cokolwiek? Wiec z czym sie osobiscie zagadzasz?
                • toja3003 Jeżeli twierdzisz, że JPII uważał swoją wiarę 08.02.07, 09:04
                  za "jedynie słuszną" to znaczy, że nie czytałeś tej książki, gdzie m.in.
                  odwoływał się do innych religii. Proponuję abyś ją przeczytał jeśli chcesz się
                  na jej temat wypowiadać. I nigdzie nie mówiłem o "jakiejkolwiek wierze w
                  cokolwiek". To z czym się osobiście zgadzam w sprawach religii znajdziesz w
                  Dekalogu i Ewangelii.
                  • technologiczna Nie rozumiesz o co chodzi 08.02.07, 18:02
                    toja3003 napisała:

                    > za "jedynie słuszną" to znaczy, że nie czytałeś tej książki, gdzie m.in.
                    > odwoływał się do innych religii. Proponuję abyś ją przeczytał jeśli chcesz
                    się
                    > na jej temat wypowiadać.

                    Jasne ze nie bylo to wprost napisane, bylo to zawoalowane zeby w koncu
                    czytelnik "sam" wpadl na to. Jest przeciez oczywiste ze kazda religia uwaza sie
                    za jedynie sluszna. Zreszta jest to logiczne bo inaczej bylaby bez sensu.

                    >I nigdzie nie mówiłem o "jakiejkolwiek wierze w cokolwiek". To z czym się
                    >osobiście zgadzam w sprawach religii znajdziesz w Dekalogu i Ewangelii.

                    Zgadza sie, ale cytowales jakis banal o tym ze wiara to skrzydlo. Tu trzeba sie
                    zapytac jaka wiara? Twoja? A dlaczego nie inna? Siedzac w grajdolku swojej
                    wiary nie widzisz innych wiar a przez to absurdu stawiania wiary na rownej
                    pozycji z nauka.
                    • toja3003 Ciągle wypowiadasz się na temat książki, której ni 09.02.07, 08:52
                      Ciągle wypowiadasz się na temat książki, której nie czytałeś, gdyby tak było to
                      nie wypowiadałbyś sądów sprzecznych z tymi, które w niej zostały
                      zaprezentowane. JPII wyraźnie wskazywał tam na prawdy jakie można znaleźć w
                      różnych religiach a ty i tak twierdzisz, że robił to „w sopsób zawoalowany” i
                      właśnie po to aby czytelnik doszedł do przeciwnych wniosków.

                      Jeżeli ty wypowiadasz się przeciwko religii to robisz to właśnie po to aby ktoś
                      stał się bardziej wierzący? To jakaś przewrotna logika, jaką się posługujesz
                      ale to twoja sprawa, nie masz jednak podstaw twierdzić, że inni też postępują
                      podobnie jak ty. Jeżeli mówisz, że „każda religia uważa się za jedynie słuczną”
                      to tkwisz w okowach fundamentalizmu i ignorujesz np. chrześcijański ekumenizm.

                      A co do cytatów z JPII, które dla ciebie są „banałem” to myślę, że można to
                      traktować jako komplement. Owszem, prawda jest banałem...elit. A to co piszę
                      mówię w swoim imieniu. Jeśli pytasz „jaka wiara, twoja?”, odpowiadam, tak,
                      moja.

                      Ale podkreślę jeszcze raz: nie mam najmniejszego zamiaru uważać, że moja wiara
                      jest lepsza niż np. twoja. Wręcz przeciwnie. Sądzę, że właśnie twoja jest
                      najlepsza ale dla ciebie a nie dla mnie, bo ja mam swoją. Zostań sobie ze
                      swoimi wierzeniami, bo to dla mnie nie problem ale zdaje się, że jest dla
                      ciebie problemem, że ktoś może mieć inne zdanie. Niestety, takie są fakty i nie
                      masz szans aby je zmienić, bo każdy ma prawo mieć swój światopogląd.
                      • technologiczna Wal wprost 09.02.07, 22:10
                        toja3003 napisała:
                        > Jeżeli ty wypowiadasz się przeciwko religii to robisz to właśnie po to aby
                        ktoś
                        > stał się bardziej wierzący? To jakaś przewrotna logika, jaką się posługujesz
                        > ale to twoja sprawa, nie masz jednak podstaw twierdzić, że inni też postępują
                        > podobnie jak ty. Jeżeli mówisz, że „każda religia uważa się za jedynie sł
                        > uczną”
                        > to tkwisz w okowach fundamentalizmu i ignorujesz np. chrześcijański
                        ekumenizm.

                        Tu chodzi o to zeby nie mieszac nauki z religia. Co do ekumenizmu to
                        jest to takie pudrowanie dla przykrycia fundamentalnych roznic. Nie
                        mowiac o innych religiach. Sprzecznosci miedzy nimi sa przeciez kompletne.

                        > A co do cytatów z JPII, które dla ciebie są „banałem” to myślę, że
                        > można to
                        > traktować jako komplement. Owszem, prawda jest banałem...elit. A to co piszę
                        > mówię w swoim imieniu. Jeśli pytasz „jaka wiara, twoja?”, odpowiadam, tak,
                        > moja.

                        OK, inny tez mowia "moja". A wiec ty mowisz swoje, swiadek Jehowy swoje,
                        wyznawca voodoo mowi swoje, rastafarianin swoje. I to ma byc rownowazne nauce,
                        tak?

                        > Ale podkreślę jeszcze raz: nie mam najmniejszego zamiaru uważać, że moja
                        wiara
                        > jest lepsza niż np. twoja. Wręcz przeciwnie. Sądzę, że właśnie twoja jest
                        > najlepsza ale dla ciebie a nie dla mnie, bo ja mam swoją. Zostań sobie ze
                        > swoimi wierzeniami, bo to dla mnie nie problem ale zdaje się, że jest dla
                        > ciebie problemem, że ktoś może mieć inne zdanie. Niestety, takie są fakty i
                        nie
                        > masz szans aby je zmienić, bo każdy ma prawo mieć swój światopogląd.

                        Znowu przekrecasz temat. Tu chodzi o to zeby nie mieszac religii z nauka i nie
                        ewangelizowac ludzi poslugujac sie pseudonaukowym belkotem. Wal wprost na
                        podstawie swietych ksiag i kanonow a nie kryj sie za bredzonkami o
                        braku "ekwiwalentu masy i energii".
                        • toja3003 W kółko powtarzasz „Tu chodzi o to zeby 12.02.07, 11:11
                          W kółko powtarzasz „Tu chodzi o to zeby nie mieszac nauki z religia”, tak
                          jakbym ja miał inne zdanie. Moje jest dokładnie takie samo. Cytowałem
                          JPII „nasza cywilizacja potrzebuje do lotu dwóch skrzydeł: wiary i nauki; z
                          jednym skrzydłem nie da się latać”.

                          I z tym zdaniem się osobiście zgadzam. Powtarzam: są to dwa, „niezmieszane”
                          wymiary. Religia nie zajmuje się rozwiązywaniem równań matematycznych a
                          matematyka niezajmuje się teologią. W czym problem dla ciebie? Jeżeli
                          twierdzisz, że „sprzeczności między religiami są kompletne” to swoiście
                          rozumiesz słowo „kompletne”, bo ja uważam że te różnice są
                          bardzo „niekompletne” - wiele religii ma wiele punktów wspólnych, np.
                          największe grupy religii monoteistycznych, a więc różne religie
                          chrześcijańskie, odmiany islamu czy odłamy judaizmu wyznają wiarę we
                          Wszechmogącego Boga i opierają się na Dekalogu, obejmując swym zasięgiem
                          większość mieszkańców naszej planety. Wielokrotnie powtarzałem, że nie
                          zamierzam nikogo ewangelizować, nie wiem czemu chcesz wymusić na mnie taką
                          deklarację.

                          Szanuje inne poglądy ale mam prawo także prezentować własne. I nawet jeśli
                          chcesz narzucić innym twój fundamentalizm to przecież i tak nie masz szans.
                          Żyjemy w demokratycznym społeczeństwie, gdzie istnieje swoboda przekonań
                          religijnych więc musisz się pogodzić z tym, że to co chcesz zaprezentować jako
                          absolutną prawdę, którą inni na wiarę muszą przyjąć wywołuje tylko wzruszenie
                          ramion.

                          Czasy jedynie słusznych poglądów mamy w Polsce już za sobą. Są ludzie wierzący
                          i niewierzący a każdy ma prawo własnych wyborów. Zostań sobie przy swoich tak
                          jak ja zostaję przy swoich.
                          • technologiczna Robisz a energokaznodzieje 12.02.07, 17:45
                            toja3003 napisała:

                            > JPII „nasza cywilizacja potrzebuje do lotu dwóch skrzydeł: wiary i nauki;
                            > z
                            > jednym skrzydłem nie da się latać”.
                            > I z tym zdaniem się osobiście zgadzam. Powtarzam: są to dwa, „niezmieszan
                            > e”
                            > wymiary. Religia nie zajmuje się rozwiązywaniem równań matematycznych a
                            > matematyka niezajmuje się teologią. W czym problem dla ciebie?

                            Problem jest ewidentny i dotyczy wlasnie tych skrzydel. Cale to porownanie
                            ma sugerowac ze sama nauka nie moze "latac" i ze nauka i religia sa rownych
                            poziomach i niby tworza razem jakas calosc. Tego typu porownania sa naduzyciem.
                            Podobnie mozna by twierdzic o wszystkim: "w leczeniu raka jedno skrzydlo to
                            medycyna a drugie bioenergoterapia", "w geologii jedno skrzydlo to metody
                            geofizyczne a drugie to rozdzkarstwo", "w rolnictwie jedno skrzydlo to
                            robienie maki ze zboza a drugie to cudowne robienie chleba". Rozumiesz?

                            >Jeżeli
                            > twierdzisz, że „sprzeczności między religiami są kompletne” to swoi
                            > ście
                            > rozumiesz słowo „kompletne”, bo ja uważam że te różnice są
                            > bardzo „niekompletne” - wiele religii ma wiele punktów wspólnych, n
                            > p.
                            > największe grupy religii monoteistycznych, a więc różne religie
                            > chrześcijańskie, odmiany islamu czy odłamy judaizmu wyznają wiarę we
                            > Wszechmogącego Boga i opierają się na Dekalogu, obejmując swym zasięgiem
                            > większość mieszkańców naszej planety.

                            To jest typowe demagogiczne klajstrowanie. Po pierwsze miedzy tymi glownymi
                            religiami sa bluzniercze sprzecznosci. Pod drugie jakie znaczenie ma fakt ze
                            wiekszosc mieszkancow planety do nich nalezy? Sam twierdzisz ze jest to prostu
                            wynik tego ze ludzie ci sie urodzili na okreslonym terenie. Nie ma wiec zadnego
                            powodu by buddysci, hinduisci, szintoisci, wyznawcy voodoo czy rastafarianie
                            byli tutaj oddzielani. Nie mowiac o takich drobnych przykladach jak swiadkowie
                            Jehowy.


                            >Wielokrotnie powtarzałem, że nie
                            > zamierzam nikogo ewangelizować, nie wiem czemu chcesz wymusić na mnie taką
                            > deklarację.

                            Robisz ewangelizacje w niby to sprytnym kamuflazu obliczonym na
                            niezorientowanych.

                            > Szanuje inne poglądy ale mam prawo także prezentować własne. I nawet jeśli
                            > chcesz narzucić innym twój fundamentalizm to przecież i tak nie masz szans.
                            > Żyjemy w demokratycznym społeczeństwie, gdzie istnieje swoboda przekonań
                            > religijnych więc musisz się pogodzić z tym, że to co chcesz zaprezentować
                            jako
                            > absolutną prawdę, którą inni na wiarę muszą przyjąć wywołuje tylko wzruszenie
                            > ramion.
                            > Czasy jedynie słusznych poglądów mamy w Polsce już za sobą. Są ludzie
                            wierzący
                            > i niewierzący a każdy ma prawo własnych wyborów. Zostań sobie przy swoich tak
                            > jak ja zostaję przy swoich.

                            Tu nie chodzi o poglady tylko o wykorzystywanie nauki do kaznodziejstwa.
                            Ty w kaznodziejstwie powolujesz sie na fizyke ktorej na dodatek nie znasz i nie
                            rozumiesz. Stad biora sie potworki w rodzaju: "nauka uczy ze Wszechswiat nie
                            mogl powstac z nicosci" albo "skad sie wzial ekwiwalent materii i energii do
                            powstania Wszechswiata". To sa sforumlowania bledne i bzdurne w stylu w jakim
                            bredza bioenergoterapeuci i rozdzkarze. Oni tez oddzialywuja "polami
                            energetycznymi na materie ozywiona" albo "wykrywaja zaklocenia pola w obecnosci
                            materii".

                            Gdyby na tym forum tego rodzaju hece zaczal wyglaszac jakis energoterapeuta czy
                            uzdrowiciel to dostalby taki sam odpor jak ty. Bo ty jestes tutaj
                            energokazndozieja.
      • technologiczna Nauka tego NIE uczy 06.02.07, 22:06
        toja3003 napisała:

        > A skąd się wziął Wszechświat? Ot tak sobie, sam z siebie, się sprężył i
        wziął?!
        > Przecież z Nicości nie może nic więcej powstać i tego uczy cała Nauka, więc
        > skąd?

        Nauka na pewno tego NIE uczy, jest wrecz przeciwnie. Sa bardzo powazne prace
        naukowe dotyczace Nicości. Prace naukowe zaczynaja od definicji Nicości oraz na
        tej podstawie analizuja konsekwencje z nich wynikajace. Jak sie okazuje w
        sensie scislym na przyklad na gruncie fizyki kwantowej stan nicości w postaci
        prozni jest stanem fizycznym i jest zupelnie inny niz w wyobrazeniach laikow.
        Rozwaza sie tez stany nicosci zwiazane z poczatkiem wszechswiata i pokazuje ze
        mozliwa czy nawet wrecz konieczna jest ewolucja tych stanow do czegos w czym
        zyjemy.

        Problem w niemoznosci zrozumienia tych zagadnien ma podloze w braku
        wyksztalcenia, w znajomosci fizyki kwantowej. Oczywiscie fizyka kwantowa jest
        trudna ale pozwala na uswiadomienie ze swiat jest zbudowany na kompletnie innych
        zasadach niz sie wydaje na podstawie codziennej obserwacji. W ramach tych zasad
        jest bardzo duzo rzeczy ktore sa calkowicie sprzeczne z intuicja ale zostaly
        eksperymentalnie potwierdzone z ogromna precyzja. Jesli sie z tym zapozna takie
        pojecie jak 'nic' staje sie realne i mozliwosc powstania 'czegos' z 'niczego'
        tez. I nawet jeszcze wiecej, mozna spokojnie twierdzic ze swiat kwantowy
        nie 'istnieje' w zadnym sensie w jakim nam sie wydaje ze cos istnieje:). To
        jest swiat w swej istocie wirtualny, cos w rodzaju swiata 'duchow'. W tym
        sensie mozna jak najbardziej naukowo rozwazac tez ten swiat jako nicosc w
        szczegolnej formie.
        • toja3003 W nauce istnieją prawa zachowania masy czy energii 07.02.07, 09:15
          W nauce istnieją prawa zachowania masy czy energii a więc taka masa jak naszego
          wszechświata nie mogła wedle tych praw powstać bez jej odpowiedniego
          ekwiwalentu. Oczyiwiście tym ekwiwalentem mogłyby być wyższe formy symetrii ale
          pytanie o praprzyczynowość i tych wyższych form pozostaje. Problem w
          niemożności zrozumienia tych zagadnień ma podłoże w nieznajomości aktualnych
          teorii naukowych, które wychodzą poza czysto aksjomatyczno-dedukcyjne podejście
          matematyki w fizyce kwantowej.

          Jest to znacznie trudniejsze niż tylko wycinkowe opieranie się na wybranych
          teoriach i sprzeczne z intuicją, która ma także wpływ na przeciętnego badacza,
          bądącego z reguły jedynie wąskim specjalistą. Warto zatem szukać pomocy w
          pracach uznanych autorytetów naukowych, noblistów, tych, którzy pokazują
          ograniczenia nauki w odniesieniu do pytań fundamentalnych takich jak „dlaczego
          w ogóle itnieje coś”. Mówisz o „zasadach potwierdzonych eksperymentalnie”. Otóż
          w nauce nie ma niepodważalnych zasad. Fizyka stosuje do opisu świata aparat
          matemmatyczny, który stara się werfyikować empirycznie. Matematyka jest zaś
          dziedziną aksjomatyczno-dedukcyjną. U jej fundamentów znajdują się aksjomaty,
          które przyjmuje się dogmatycznie na wiarę, bo aksjomat jest, z
          definicji, „prawdą”. Tymczasem na każdy aksjomat jest inny aksjomat.

          Proste równoległe nie przecinają się w geometrii euklidesowej ale np.
          Łobaczewski przyjął inne założenia. W logice boolowskiej są tylko 2
          kategorie: „prawda” i „fałsz”, natomiast w logice wielowartościowej ten
          aksjomat nie obowiązuje. Nie ma zatem w nauce niepodważalnych pewników.
          Więcej, już w ramach samego systemu aksjomatycznego istnieją zdania, o których
          prawdziwości czy fałszywości nie jesteśmy w stanie niczego powiedzieć w ramach
          tego systemu (twierdzenia Gödla).

          Z kolei empiria także nie jest jakimś absolutem, w który trzeba bezwarunkowo
          wierzyć. Nie ma „czystych danych empirycznych”. Zawsze związane są one z naszą
          zmysłową i modelową interpretacją. Zmysły mają swoje ograniczenia a model jest
          tylko uproszczeniem rzeczywistości. Z kolei w obliczu unikalności pewnych
          obiektów nie mamy szans na powatrzalność doświadczeń, względnie na ich
          przeprowadzenie. Jest jeden gatunek ludzki z jedną historią i cywilizacją,
          jedna Ziemia i jeden Wszechświat, który znamy, z jedną ewolucją materii i
          przyrody ożywionej. To powoduje, że szukanie odpowiedzi na pytanie „dlaczego w
          ogóle istnieje coś” wymaga podejścia interdyscyplinarnego. Nie obejdzie się tu
          bez gadamerowskiej hermeneutyki i relatywizmu lingwistycznego w sensie
          wittgensteinowskim.

          Sama fizyka niewiele ma do powiedzenia na temat fenomenu świadomości, bo nie
          zajmuje się funkcjonowaniem obiektów żywych. Takie pojęcia jak np. wolność czy
          świadomość są jej obce. Tu potrzebne są z jednej strony dokonania nauk
          humanistycznych a z drugiej ich powiązanie np. z biologią, chemią, genetyką,
          informatyką (infogenetyką), neurologią; z fizyką też ale jak widać nie tylko.
          Tak, „organizmy biologiczne to nie tylko maszyneria biochemiczna” Powtórzę:
          maszyneria nie tłumaczy fenomenu samoświadomości. Owszem, zgoda na to, że”
          mysli sa zwiazane z dzialaniem mozgu ktory realizuje po prostu pewne algorytmy
          przetwarzania informacji? ” Ale uważam, że to wcale nie jest tak „po prostu”. I
          fizyka niewiele tu pomoże. Powiadasz: „prawo” a zatem
          jakiś „algorytm”, „informacja”.

          Zapytam zatem też „po prostu”: czym jest informacja? Cóż może nam tu jedynie
          fizyka odpowiedzieć? Niewiele. Owszem istnieje zgrabna definicja entropiczna,
          są prace Shanonna (to już teoria informacji) ale też będące opisem ilościowym.
          A co z kontekstem informacji? A jest ona jak najbardziej kontekstowa. I znowu
          wracam do samoświadomości. Czy informacja, jako taka, ma własności materialne?
          Jeśli tak to jakie? I nie mówię o nośnikach danych tj. reprezentacji informacji
          ani o fizycznym transporcie jonów wapnia w mózgu bądź innych sygnałach elektro-
          chemo-magnetycznych. Idea (informacja) jako taka jest czymś niematerialnym
          (choć ma materialną reprezentację ale to nie to samo). Jak fizyka (czy w ogóle
          nauka) tłumaczy fakt, że coś niematerialnego, np. sama moja myśl, wola, jest w
          stanie poruszyć jak najbardziej materialną ręką ważącą parę kilo? Uważasz, że
          to „po prostu” taki sam proces jak zderzenie dwóch kulek, które opisują
          mechaniki? Wątpię. Ale przemawia do mnie twój pogląd dotyczący rzeczywistości
          jako świata wirtualnego, świata duchów, tj. nicości w szczególnej formie.

          Ta. Szczególna ta nasza "nicość". Jeśli to jest "nic" to czym jest "coś"?
          Ciekawym zatem skąd takie a nie inne własności owego "nic". Czy Big-Bang mógł
          trwać 116 miliardów lat a nie 16? Przypadek? Determinizm? I co decyduje o
          znalezieniu się Wszechświata w jednym lub drugim obszarze. Teoria
          zdeterminowanego chaosu? Może. A oto skąd ta teoria to wolno spytać, czy też
          jest zakaz i tabu zadawania takich pytań?
          • technologiczna Uwazaj z prawem zachowania masy:) 07.02.07, 20:06
            toja3003 napisała:

            > W nauce istnieją prawa zachowania masy czy energii a więc taka masa jak
            naszego
            > wszechświata nie mogła wedle tych praw powstać bez jej odpowiedniego
            > ekwiwalentu.

            Prawo zachowania energii (masy to by bylo twoje prawo:) czy inne prawa
            zachowania sa tylko konsekwencja glebszych faktow (niezmienniczosci wzgledem
            grup transformacji). Opowiadanie ze taka masa Wszechswiata nie mogla powstac
            bez jej ekwiwalentu to niestety swiadczy o zupelnym dyletanctwie. Trzeba by
            oczywiscie zaczac od tego co to jest masa i skad sie bierze. Ale w ogole
            twoje twierdzenia nie maja nic wspolnego z nauka. W wielu modelach powstania
            Wszechswiata nie potrzeba zadnego ekwiwalentu, Wszechswiat startuje w stanie
            rownowagi miedzy masa i antymasa a bilans energii jest zero bo energia pola
            grawitacyjnego jest ujemna. Oczywiscie nie mamy potwierdzenia z eksperymentow
            jaki model jest zrealizowany ale tu chodzi o to ze nie ma zadnej sprzecznosci
            w postulowaniu ze ekwiwalent poczatkowy jest niezbedny.

            >Oczyiwiście tym ekwiwalentem mogłyby być wyższe formy symetrii ale
            > pytanie o praprzyczynowość i tych wyższych form pozostaje. Problem w
            > niemożności zrozumienia tych zagadnień ma podłoże w nieznajomości aktualnych
            > teorii naukowych, które wychodzą poza czysto aksjomatyczno-dedukcyjne
            >podejście matematyki w fizyce kwantowej.

            O jakich teoriach mowisz, astrologii? Pytanie o praprzyczynowosc jest wynikiem
            niezrozumienia podstaw wspolczesnej fizyki. Przyczynowosc nie jest zadna zasada
            fundamentalna a nawet jest niezgodna z zasadami fizyki kwantowej (mowa tu o
            ukrytych zmiennych i procesach spotanicznych).

            > Jest to znacznie trudniejsze niż tylko wycinkowe opieranie się na wybranych
            > teoriach i sprzeczne z intuicją, która ma także wpływ na przeciętnego
            badacza,
            > bądącego z reguły jedynie wąskim specjalistą. Warto zatem szukać pomocy w
            > pracach uznanych autorytetów naukowych, noblistów, tych, którzy pokazują
            > ograniczenia nauki w odniesieniu do pytań fundamentalnych takich jak „dla
            > czego w ogóle itnieje coś”.

            Jesli mowimy o wspolczesnych najnowszych badaniach to odpowiedzi na to pytanie
            sa i tez formulowane przez noblistow. Na przyklad noblista Frank Wilczek juz
            25 lat temu ekstrapolowal swoj model unifikacji i pokazywal ze Wszechswiat mogl
            powstac z niczego. Nauka nie jest obecnie w zadnym wypdaku ograniczona w
            odniesieniu do pytan fundamentalnych. Przeciwnie, udziela odpowiedzi opartych
            na precyzyjnym rozumowaniu. Problemem jest tylko ze konsekwencje tych
            odpowiedzi nie sa potwierdzone jeszcze eksperymentalnie ale nad tym tez sie
            pracuje.

            Dla kazdego kto zna stan obecnych badan w zakresie kosmologii i fizyki kwantowej
            jest jasne ze spekulowanie na temat "dlaczego w ogóle istnieje coś” ma swoje
            glowne zrodlo w dyletanckim nieporozumieniu w interpretacji pojecia "coś"
            i "nic". Ludziom z ulicy wydaje sie ze "coś" to jest "oczywiste coś co mozna
            zlapac i pomacac". A to jest absurd.

            > To powoduje, że szukanie odpowiedzi na pytanie „dlacz
            > ego w
            > ogóle istnieje coś” wymaga podejścia interdyscyplinarnego. Nie obejdzie s
            > ię tu
            > bez gadamerowskiej hermeneutyki i relatywizmu lingwistycznego w sensie
            > wittgensteinowskim.

            Nonsens. Takie rozwazania mogly byc robione kiedys gdy nic scislego na ten
            temat nie mozna bylo powiedziec. Obecnie pojecia typu "nic" mozna scisle
            precyzowac i analizowac.

            > Sama fizyka niewiele ma do powiedzenia na temat fenomenu świadomości, bo nie
            > zajmuje się funkcjonowaniem obiektów żywych. Takie pojęcia jak np. wolność
            czy
            > świadomość są jej obce. Tu potrzebne są z jednej strony dokonania nauk
            > humanistycznych a z drugiej ich powiązanie np. z biologią, chemią, genetyką,
            > informatyką (infogenetyką), neurologią; z fizyką też ale jak widać nie tylko.
            > Tak, „organizmy biologiczne to nie tylko maszyneria biochemiczna” P
            > owtórzę:
            > maszyneria nie tłumaczy fenomenu samoświadomości. Owszem, zgoda na to, że”
            > ;
            > mysli sa zwiazane z dzialaniem mozgu ktory realizuje po prostu pewne
            algorytmy
            > przetwarzania informacji? ” Ale uważam, że to wcale nie jest tak „p
            > o prostu”. I
            > fizyka niewiele tu pomoże. Powiadasz: „prawo” a zatem
            > jakiś „algorytm”, „informacja”.

            Zmieniasz temat ale na to tez mozna odpowiedziec poslugujac sie wynikami
            wspolczesnych badan. Badania te eliminuja magie z pojecia swiadomosci.
            Wskazuja on na to ze mamy do czynienia z przetwarzaniem informacji na wysokim
            poziomie. Stan swiadomosci nie jest zadnym szczegolnym stanem jest raczej
            trikiem ktory generuje system ktory buduje odwzorowanie samego siebie.


            > Zapytam zatem też „po prostu”: czym jest informacja? Cóż może nam t
            > u jedynie
            > fizyka odpowiedzieć? Niewiele. Owszem istnieje zgrabna definicja entropiczna,
            > są prace Shanonna (to już teoria informacji) ale też będące opisem
            ilościowym.
            > A co z kontekstem informacji? A jest ona jak najbardziej kontekstowa. I znowu
            > wracam do samoświadomości. Czy informacja, jako taka, ma własności
            materialne?
            > Jeśli tak to jakie? I nie mówię o nośnikach danych tj. reprezentacji
            informacji
            > ani o fizycznym transporcie jonów wapnia w mózgu bądź innych sygnałach
            elektro-
            > chemo-magnetycznych. Idea (informacja) jako taka jest czymś niematerialnym
            > (choć ma materialną reprezentację ale to nie to samo). Jak fizyka (czy w
            ogóle
            > nauka) tłumaczy fakt, że coś niematerialnego, np. sama moja myśl, wola, jest
            w
            > stanie poruszyć jak najbardziej materialną ręką ważącą parę kilo? Uważasz, że
            > to „po prostu” taki sam proces jak zderzenie dwóch kulek, które opi
            > sują
            > mechaniki?

            Tu widac zupelnie pomieszanie pojec. Ujmowanie mysli jako tworow
            niematerialnych "choć majacych materialną reprezentację" to jest bzdura.
            W ten sposob mozna by uwazac kazdy program dzialajaych z komputerze jako
            niematerialny.

            >np. sama moja myśl, wola, jest w
            > stanie poruszyć jak najbardziej materialną ręką ważącą parę kilo?

            wola czy mysl to nieprecyzyjne prostu nazwy procesow przetwarzania informacji
            na wysokim poziomie. Reke potrafi podniesc byle malpa jesli w jej mozgu
            zostanie wygenerowany odpowiedni sygnal. A czy malpa mysli albo ma wole?

            > Ta. Szczególna ta nasza "nicość". Jeśli to jest "nic" to czym jest "coś"?

            Tu wlasnie widac niezrozumienie zasad fizyki kwantowej. "Coś" i "nic" w fizyce
            kwantowej to pojecia zupelnie inne niz znane z naszej intuicji. Obiekty
            kwantowe nie istnieja w zwyklym sensie a na dodatek sa tez obiekty wirtualne.

            > Ciekawym zatem skąd takie a nie inne własności owego "nic".

            Poniewaz nic innego nie jest mozliwe a jednoczesnie stan poczatkowy ewolucji
            tego "nic" jest najprostszym z mozliwych.

            >Czy Big-Bang mógł
            > trwać 116 miliardów lat a nie 16? Przypadek? Determinizm? I co decyduje o
            > znalezieniu się Wszechświata w jednym lub drugim obszarze. Teoria
            > zdeterminowanego chaosu? Może. A oto skąd ta teoria to wolno spytać, czy też
            > jest zakaz i tabu zadawania takich pytań?

            Nie ma takiego zakazu hehe. Wedlug obecnego stanu wiedzy Wszechswiat mogl
            ewoluowac na rozne sposoby, poniewaz stan poczatkowy i pozniejsza ewolucja
            podobnie jak wszystko w fizyce kwantowej sa opisywane przez prawdopodobienstwo.
            Dla nauki prawdopodobienstwo za ktorym nie stoja i nie moga stac zadne
            przyczyny jest fundamentalna podstawa rzeczywistosci. Dla ludzi z ulicy
            prawdopodobienstwo to przypadek. Ludzie z ulicy wola wierzyc ze nie ma
            przypadkow tylko wszystko ma przyczyne za ktora stoja sily wyzsze. Problem jest
            tylko z wyjasnieniem jakie sily. Na przykla
            • toja3003 to bardzo ładnie, że wszechświat powstał "z niczeg 08.02.07, 09:11
              o" i że są takie modele. Istnieją takie teorie. I jeśli ktoś potrafi wykazać
              ich słuszność to chętnie je przyjmę. Ale nie interesują mnie spekulacje ale
              metoda naukowa a w związku z przedmiotowym pytaniem „dlaczego w ogóle istnieje
              coś” wskazałem na konieczność podejścia wielodziedzinowego i wymieniłem jakie
              dziedziny byłyby tu istotne: potrzebne są z jednej strony dokonania nauk
              humanistycznych a z drugiej ich powiązanie np. z biologią, chemią, genetyką,
              informatyką (infogenetyką), neurologią; z fizyką oczywiście też. W
              szczególności w obszarze fizyki obowiązuje stosowanie języka matematyki i
              potwierdzanie tez doświadczeniem.

              Jeśli ktoś uważa, że fizyka nie jest nauką doświadczalną to ma swój pewnik ale
              ja mam prawo się z tym nie zgadzać. Zatem zasada zachowania materii (piszę
              materii żeby uniknąć spekulacji typu „coś” powstaje z „niczego” na zasadzie
              samostwarzania symetrii niższych z wyższych itp.) nadal w fizyce obowiązuje.
              Wiem, że istnieją modele teoretyczne, które próbują zastąpić zasadę
              przyczynowości zasadą samoprzyczynowości ale w żadnym laboratorium jak dotąd
              nie przeprowadzono doświadczenia obalającego zasadę zachowania materii. Można
              dokonywać jej transformacji ale nie samoprzyczynowego tworzenia. W ten ostatni
              sposób nie uzyskano dotąd choćby jednej, najmniejszej cząsteczki. Jeśli ktoś
              twierdzi inaczej to niech poda źródło naukowe opisujące takie powtarzalne
              doświadczenie.

              Pominę dalsze rozważania teoretyczne jakie warunki musiałyby być spełnione aby
              takie doświadczenie przeprowadzić. Heisenberg to przy tym drobnostka. M.in.
              musiałoby nie być żadnych pól ani czasoprzestrzeni, żadnych obserwatorów,
              żadnego Wszechświata. I dalej: matematyczny język fizyki jest aksjomatyczno-
              dedukcyjny. Czy to pewnik? Jeśli uważasz, że nie, to wykaż to, inaczej twoje
              podejście nie jest naukowe. A zatem u fundamentów tego języka znajdują się
              aksjomaty, które przyjmuje się dogmatycznie na wiarę, bo aksjomat jest, z
              definicji, „prawdą”. Tymczasem na każdy aksjomat jest inny aksjomat. W logice
              boolowskiej są tylko 2 kategorie: „prawda” i „fałsz”, natomiast w logice
              wielowartościowej ten aksjomat nie obowiązuje. Nie ma zatem w nauce
              niepodważalnych pewników. Czy to też „pewnik”? Osąd zostawiam każdemu wedle
              własnego rozeznania.

              Więcej, już w ramach samego systemu aksjomatycznego istnieją zdania, o których
              prawdziwości czy fałszywości nie jesteśmy w stanie niczego powiedzieć w ramach
              tego systemu (twierdzenia Gödla). Z kolei empiria także nie jest jakimś
              absolutem, w który trzeba bezwarunkowo wierzyć. Nie ma „czystych danych
              empirycznych”. Zawsze związane są one z naszą zmysłową i modelową
              interpretacją. Zmysły mają swoje ograniczenia a model jest tylko uproszczeniem
              rzeczywistości. Zakładam, że konsekwencje Gödla są oczywiste dla każdego kto
              jest po kursie matematyki wyższej. Jeśli uważasz, że powoływanie się na
              twierdzenia matematyczne to „dogmatyka” masz prawo tak sądzić, z powodów o
              jakich mówiłem wyżej. Pokaż inne twierdzenie. Masz prawo mieć swoje definicje
              tego czym jest „nauka”. Ja uważam, że to pewna metodologia i jeśli
              konsekwentnie stosowana to rzeczą wtórną jet przedmiot. W jaki sposób, bez nauk
              humanistycznych, mamy badać fenomeny związane z naturą człowieka jak
              świadomości czy wolnej woli? Tylko mierząc oddziaływania bio-chemo-
              elektromagnetyczne w mózgu? Cóż pocznie matematyk bez lingwistyki i to także
              tej odnoszącej się nie tylko do języków sztucznych ale i naturalnego. Masz
              prawo do własnych identyfikacji. I wtedy, w takim modelu, faktycznie
              dostrzegasz jego ograniczenia w odniesieniu do pytania „dlaczego w ogóle
              istnieje coś”. Ale to już wykazał Gödel, pokazując ograniczenia nauki ale można
              to też interpretować jako pokazanie ich braku, bo wskazał jakie warunki powinny
              być spełnione dla wykazania zupełności i niesprzeczności systemu a więc
              rozstrzygalności zdań. Oczywiście znasz te warunki i w związku z nimi ja to
              pytanie stawiam, dziwię się, że koniecznie chcesz mnie zmusić do milczenia.
              • technologiczna Metafizyka 08.02.07, 18:47
                toja3003 napisała:

                > o" i że są takie modele. Istnieją takie teorie. I jeśli ktoś potrafi wykazać
                > ich słuszność to chętnie je przyjmę.

                Ty sugerujesz ze przed problemem powstania Wszechswiata nauka pada. Jest to
                gruba pomylka. Ten problem jest obecnie intensywnie badany i jest wiele
                scislych modeli jego rozwiazania. Z tych modeli wynikaja konsekwencje ktore
                trzeba eksperymentalnie zweryfikowac i wyniknie z tego ktore modele sa
                zrealizowane.

                >Ale nie interesują mnie spekulacje ale
                > metoda naukowa a w związku z przedmiotowym pytaniem „dlaczego w ogóle ist
                > nieje
                > coś” wskazałem na konieczność podejścia wielodziedzinowego i wymieniłem j
                > akie
                > dziedziny byłyby tu istotne: potrzebne są z jednej strony dokonania nauk
                > humanistycznych a z drugiej ich powiązanie np. z biologią, chemią, genetyką,
                > informatyką (infogenetyką), neurologią; z fizyką oczywiście też. W
                > szczególności w obszarze fizyki obowiązuje stosowanie języka matematyki i
                > potwierdzanie tez doświadczeniem.

                To jest delikatnie mowiac metafizyka a niedelikatnie bzdury. Problem dlaczego
                istnieje cos jest obecnie wylacznie problemem fizyki. Dlatego ze na gruncie
                fizyki problem ten mozna precyzyjnie sformulowac, szukac rozwiazan i
                eksperymentalnie weryfikowac. Nie ma to nic wspolnego z neurologia, a jesli ma
                to chyba raczej z psychiatria.

                > Jeśli ktoś uważa, że fizyka nie jest nauką doświadczalną to ma swój pewnik
                ale
                > ja mam prawo się z tym nie zgadzać. Zatem zasada zachowania materii (piszę
                > materii żeby uniknąć spekulacji typu „coś” powstaje z „niczeg
                > o” na zasadzie
                > samostwarzania symetrii niższych z wyższych itp.) nadal w fizyce obowiązuje.
                > Wiem, że istnieją modele teoretyczne, które próbują zastąpić zasadę
                > przyczynowości zasadą samoprzyczynowości ale w żadnym laboratorium jak dotąd
                > nie przeprowadzono doświadczenia obalającego zasadę zachowania materii. Można
                > dokonywać jej transformacji ale nie samoprzyczynowego tworzenia. W ten
                ostatni
                > sposób nie uzyskano dotąd choćby jednej, najmniejszej cząsteczki. Jeśli ktoś
                > twierdzi inaczej to niech poda źródło naukowe opisujące takie powtarzalne
                > doświadczenie.

                Mowimy w tej chwili o modelach teoretycznych. Maja one to do siebie ze
                precyzyjnie formuluja o czym sie mowi (na przyklad co to jest cos albo nic)
                i pozwalaja na dedukcyjne wyciaganie wnioskow. W przypadku gdy mowi sie
                tym skad bierze sie zasada przyczynowosci albo zachowania energii to sa warunki
                poczatku Wszechswiata ktorych nie mozna stworzyc w laboratorium. Ale bada sie
                obecnie jakie wynikaja wnioski dla obserwowanej struktury Wszechswiata i to
                bedzie ekspermentalnie badane.

                Natomiast fizyka kwantowa jak najbardziej zna zjawiska w kotrych nie ma
                przyczynowosci, jest ona absolutnie wykluczona: sa to tak zwane kwantowe
                zjawiska spontaniczne. Eksperymentalnie bada sie tez stan prozni ktory jasno
                pokazuje ze potoczne wyobrazenie "niczego" nie ma niczego wspolnego z
                rzeczywistoscia.


                > Pominę dalsze rozważania teoretyczne jakie warunki musiałyby być spełnione
                aby
                > takie doświadczenie przeprowadzić. Heisenberg to przy tym drobnostka. M.in.
                > musiałoby nie być żadnych pól ani czasoprzestrzeni, żadnych obserwatorów,
                > żadnego Wszechświata. I dalej: matematyczny język fizyki jest aksjomatyczno-
                > dedukcyjny. Czy to pewnik? Jeśli uważasz, że nie, to wykaż to, inaczej twoje
                > podejście nie jest naukowe. A zatem u fundamentów tego języka znajdują się
                > aksjomaty, które przyjmuje się dogmatycznie na wiarę, bo aksjomat jest, z
                > definicji, „prawdą”. Tymczasem na każdy aksjomat jest inny aksjomat
                > . W logice
                > boolowskiej są tylko 2 kategorie: „prawda” i „fałsz”, n
                > atomiast w logice
                > wielowartościowej ten aksjomat nie obowiązuje. Nie ma zatem w nauce
                > niepodważalnych pewników. Czy to też „pewnik”? Osąd zostawiam każde
                > mu wedle
                > własnego rozeznania.

                Cale to rozumowanie jest nonsensowne jesli wezmie sie pod uwage ze fizyka
                rozwaza wszelkie mozliwe systemy aksjomatow, na ich podstawie buduje
                modele i plany eksperymentalnej weryfikacj. Teorie eksperymentalnie
                zweryfikowane sa absolutnym zaprzeczeniem metafizyki spekulatywnej.


                > Więcej, już w ramach samego systemu aksjomatycznego istnieją zdania, o
                których
                > prawdziwości czy fałszywości nie jesteśmy w stanie niczego powiedzieć w
                ramach
                > tego systemu (twierdzenia Gödla). Z kolei empiria także nie jest jakimś
                > absolutem, w który trzeba bezwarunkowo wierzyć. Nie ma „czystych danych
                > empirycznych”. Zawsze związane są one z naszą zmysłową i modelową
                > interpretacją. Zmysły mają swoje ograniczenia a model jest tylko
                uproszczeniem
                > rzeczywistości. Zakładam, że konsekwencje Gödla są oczywiste dla każdego kto
                > jest po kursie matematyki wyższej. Jeśli uważasz, że powoływanie się na
                > twierdzenia matematyczne to „dogmatyka” masz prawo tak sądzić, z po
                > wodów o
                > jakich mówiłem wyżej. Pokaż inne twierdzenie. Masz prawo mieć swoje definicje
                > tego czym jest „nauka”. Ja uważam, że to pewna metodologia i jeśli
                > konsekwentnie stosowana to rzeczą wtórną jet przedmiot.

                Patrz wyzej. Twoje rozwazania o emipirii i zmyslach pachna XIX wiekiem. Obecnie
                nauka nie opiera sie na zmyslach tylko na ultraprecyzyjnych przyrzadach. Dzieki
                zawansowanej wiedzy nauka dawno przekroczyla to co pochodzi od zmyslow. Na
                przyklad teoria kwantowa jest totalnym zaprzeczeniem zmyslow co powoduje ze jej
                zrozumienie wymaga poteznego wysilku.



                W jaki sposób, bez nauk
                >
                > humanistycznych, mamy badać fenomeny związane z naturą człowieka jak
                > świadomości czy wolnej woli? Tylko mierząc oddziaływania bio-chemo-
                > elektromagnetyczne w mózgu?

                No jasne. Jest to wylacznie kwestia metod i przyrzadow badawczych. Dzieki
                urzadzeniom do pomiaru dzialania mozgu wiadomo juz sporo o jak dzialaja
                wyzsze funkcje przetwarzania informacji. Nie sa znane szczegoly ale nie
                ma watpliwosci ze wraz z rozwojem metod badawczych zostana one ustalone.


                >Cóż pocznie matematyk bez lingwistyki i to także
                > tej odnoszącej się nie tylko do języków sztucznych ale i naturalnego. Masz
                > prawo do własnych identyfikacji. I wtedy, w takim modelu, faktycznie
                > dostrzegasz jego ograniczenia w odniesieniu do pytania „dlaczego w ogóle
                > istnieje coś”. Ale to już wykazał Gödel, pokazując ograniczenia nauki ale
                > można
                > to też interpretować jako pokazanie ich braku, bo wskazał jakie warunki
                powinny
                > być spełnione dla wykazania zupełności i niesprzeczności systemu a więc
                > rozstrzygalności zdań. Oczywiście znasz te warunki i w związku z nimi ja to
                > pytanie stawiam, dziwię się, że koniecznie chcesz mnie zmusić do milczenia.

                Alez mozesz sobie stawiac pytania. Problem polega na tym ze poruszasz sie w
                swiecie ignorancji nie wiedzac jakie sa obecnie modele teoretyczne w fizyce
                dotyczace rozwiazania tego problemu. Modele te nie sa jeszcze oczywiscie
                eksperymentalnie zweryfikowane ale sa one same w sobie rewelacja bo stawiaja
                ten problem na scislym gruncie i obalaja potoczne wyobrazenia na jego temat.
                Jest to mniej wiecej podobna rewelacja jak gdy fizyka kwantowa obalila fizyke
                klasyczna. Ty mozesz sobie opowiadac ze fizyka kwantowa to nie pewnik albo ze
                musi miec ograniczenia z punktu Gödela a tu chodzi o ze jest ona rewelacja z
                punktu widzenia modelu teoretycznego, a jej eksperymentalna weryfikacja jest
                fenomenalna. Wiec ty sobie metafizycznie spekulujesz a ludzie konkretni tworza
                nowe rewelacyjne teorie, buduja akceleratory i wysylaja obserwatoria w kosmos.
                W wyniku
                • toja3003 Twój problem polega na ignorowaniu dorobku nauk ja 09.02.07, 10:21
                  Twój problem polega na ignorowaniu dorobku nauk jako całości i ciągłym
                  powtarzaniu „tylko fizyka, „tylko fizyka”. Tym się różnimy, bo ja mówię „fizyka
                  też”. Tkwisz zatem w grajdołku swoich poglądów i w żaden sposób nie chcesz
                  nawet próbować stawiać pytania w sposób otwarty, co nie odpowiada najnowszym
                  paradygmatom naukowym, które właśnie wyraźnie zmierzają w kierunku
                  interdyscyplinaryzmu. Świat nic sobie, bowiem nie robi z zaszufladkowanych
                  podziałów i trzeba go postrzegać nie wedle nich ale wedle istniejących
                  problemów. Nie twierdzę, że „nauka pada przed problemem powstania Wszechświata”
                  ale, że wymaga to kompleksowego i otwartego podejścia i oczekiwanie szybkich a
                  jednoznacznych rezultaów w tej mierze prowadzi na manowce. Słusznie zatem
                  zauważasz, że „istnieje tu wiele modeli”.

                  I oczywiście masz rację, że „Z tych modeli wynikaja konsekwencje ktore
                  trzeba eksperymentalnie zweryfikowac i wyniknie z tego ktore modele sa
                  zrealizowane. ”. No właśnie: „wyniknie”. Upieranie się zatem przy jednym
                  modelu, tak jak to czynisz, i niedopuszczanie innych ewentualności jest
                  nieporozumieniem. Tych sprzeczności jest u ciebie znacznie więcej. Zgadzasz
                  się, że fizyka jest również nauką empiryczną a jednocześnie przyjmujesz jako
                  pewnik, że „świat powstał z nicości” nie mając potwierdzenia w powtarzalnym
                  doświadczeniu. Zresztą ciekawi mnie z jaką definicją nicości się utożsamiasz.
                  Co to jest nicość? Potrafisz ją opisać?

                  Tylko nie mieszaj tu proszę intuicyjnego pojęcia próżni, bo to z
                  rzeczywistością ma niewiele wspólnego. Bo ja potrafię opisywać tylko coś
                  istniejącego. Fizyka również zajmuję się obiektami istniejącymi. Twierdzenie,
                  że tak nie jest to, delikatnie mówiąc, bzdura. Nagle zatem się okazuje, że
                  twoja „nicość” ma takie właściwości jak „coś” a więc mówisz o „czymś” swoim
                  językiem, używając terminu „nicość”. Po co tak gmatwać? I dalej do kwestii
                  przyczynowości. Znowu pytam: jaką definicję tu przyjmujesz?

                  W zależności od tego możesz zobaczyć, że fizyka kwantowa wcale przyczynowości
                  nie wyklucza a jedynie dla pewnych zjawisk operuje modelami gdzie ta
                  przyczynowość jest inna niż np. w świecie makroskopowym. Przykładowo: także w
                  świecie kwantowym są statystyki a więc mamy do czynienia z przyczynowością o
                  charakterze statystycznym a mówię tu o przyczynowości jako związku między
                  zjawiskami i nie musi być on przyzynowo-skutkowy ale może być także skutkowo-
                  przyczynowy(!), jest to kwestią przyjętego modelu właśnie. Mówienie, że w
                  przypadku spontanicznych zjawisk kwantowych „przyczynowość jest absolutnie
                  wykluczona” to przesada. Owszem, ta przyzynowość ma właśnie ów spontaniczny
                  charakter. Po prostu musisz wyzwolić się od intuicyjnego postrzegania czasu w
                  kategoriach liniowych i absolutnych, bo ta fizyka skończyła się jakieś 100 lat
                  temu.

                  Proponuję pogłębienie wiedzy na temat przyczynowości, sporów między
                  determinizmem a niedeterminizmem i inych standardowych zagadnień, które zresztą
                  są sporami modelowymi i pozornymi (p. np. teoria zderterminowanego chaosu).
                  Powtórzę raz jeszcze: tam gdzie nie znamy związku między zjawiskami nie mamy
                  prawa automatycznie mówić, że udowodniliśmy jego brak. Owszem, mamy bardzo
                  wiele przykładów działania zasady przyczynowości i to zostało udowodnione
                  wielokrotnie w powtarzalnych doświadczeniach. I mamy wiele przykładów zjawisk
                  gdzie dotąd takiej przyczynowości nie udowodniliśmy – właśnie w fizyce
                  kwantowej. Ale to jeszcze nie dowód na jej „absolutny” brak teraz i zawsze.
                  Zilustruję rzecz prostym przykładem.

                  Rozważmy następujący ciąg: 3,9,7,9,8,5,3,5,6,2,9,5. Czy istnieje jakiś związek
                  między tymi cyframi? Czy jest to ciąg losowy (pseudolosowy) czy też jego
                  przyczyną jest algorytm? Powiedzmy, że nie widzę tego związku. Czy mam prawo
                  twierdzić, że na pewno nie działa tu zasada przyczynowości. Po prostu tego nie
                  wiem.

                  Tymczasem ów ciąg to fragment rozwinięcia liczby pi. Akurat podany wstecz i to
                  od 15-go miejsca po przecinku. Ale kto może zagwarantować, że przyroda zawsze
                  mówi do nas wprost? Widać z tego przykładu, że wszędzie tam gdzie przyczynowość
                  jest nieznana mamy tendencję do zastępowania jej
                  słowem „przypadek”, „spontaniczność”, „bezprzyczynowość” itp. Teraz inny
                  przykład, tym razem z fizyki. Wiemy, że masy oddziaływują na siebie
                  grawitacyjnie ale nie znamy elementarnej przyczyny tego zjawiska.

                  O elektromagnetyzmie mówią nam elektrony i ich spiny ale czy grawitacja ma
                  podobnie cząsteczkowy charakter czy też jest cząsteczkowo „bezprzyczynowa”?
                  Otóż długi czas nauka musiała godzić się z tym ostatnim poglądem. Dziś wiele
                  wskazuje na to, że jesteśmy o krok od odkrycia bozonu Higgsa i wówczas
                  grawitacja zyska swoją przyczynowość na rozważanym poziomie. Wykazałem także,
                  że metoda aksjomatyczno-dedukcyjna w połączeniu z empirią ma swoje
                  ograniczenia.

                  Nawet gdyby było tak jak mówisz, że „fizyka rozwaza wszelkie mozliwe systemy
                  aksjomatow” (jesteś pewny, że wszelkie?) to i tak twierdzenia Gödla zachowują
                  swą ważność. Błędem jest także twierdzenie, że „Obecnie nauka opiera sie tylko
                  na ultraprecyzyjnych przyrzadach.”. Oprócz tego przyrządu jest zawsze
                  obserwator, ktoś kto te wyniki interpretuje. Tego nie potrafi robić maszyna. A
                  zatem twierdzenie, że sposób naszego myślenia nie ma wpływu na wyniki badań to
                  pogląd przestarzały, pachnący zadufanym scjentyzmem z XIX wieku. O wiele
                  prostsze pytania niż dotyczące powstania wszechświata nie mają jednoznacznych
                  odpowiedzi mimo „ultraprecyzyjnych przyrządów”. Np. czy energetyka atomowa jest
                  bezpieczna?

                  Zapytaj noblistów ekspertów a powiedzą, że tak. Zapytaj innych noblistów
                  ekspertów a powiedzą, że nie. Komu wierzyć? Zajrzyj do aktualnych publikacji
                  naukowych w dziedzinie fizyki. Napotkasz różne modele. Twoja sprawa, z którymi
                  się identyfikujesz. A moja, które wybieram ja.

                  • technologiczna Niezmiernie pewna siebie ignorancja 09.02.07, 21:52
                    toja3003 napisała:

                    > Twój problem polega na ignorowaniu dorobku nauk jako całości i ciągłym
                    > powtarzaniu „tylko fizyka, „tylko fizyka”. Tym się różnimy, b
                    > o ja mówię „fizyka
                    > też”. Tkwisz zatem w grajdołku swoich poglądów i w żaden sposób nie chces
                    > z
                    > nawet próbować stawiać pytania w sposób otwarty, co nie odpowiada najnowszym
                    > paradygmatom naukowym, które właśnie wyraźnie zmierzają w kierunku
                    > interdyscyplinaryzmu.

                    Opowiadasz bajki. Jezeli problem dotyczy fizyki to psychiatria nie ma co sie
                    nim zajmowac.

                    > I oczywiście masz rację, że „Z tych modeli wynikaja konsekwencje ktore
                    > trzeba eksperymentalnie zweryfikowac i wyniknie z tego ktore modele sa
                    > zrealizowane. ”. No właśnie: „wyniknie”. Upieranie się zatem
                    > przy jednym
                    > modelu, tak jak to czynisz, i niedopuszczanie innych ewentualności jest
                    > nieporozumieniem. Tych sprzeczności jest u ciebie znacznie więcej. Zgadzasz
                    > się, że fizyka jest również nauką empiryczną a jednocześnie przyjmujesz jako
                    > pewnik, że „świat powstał z nicości” nie mając potwierdzenia w powt
                    > arzalnym
                    > doświadczeniu. Zresztą ciekawi mnie z jaką definicją nicości się utożsamiasz.

                    Cala ta dyskusja NIE dotyczy tego czy innego modelu a twojego ewangelizowania
                    typu "nauka uczy tego czy tamtego". Rozpowszechniasz te z gruntu bledne tezy
                    ktore ilustruja wylacznie poziom twojej ignorancji.

                    > Co to jest nicość? Potrafisz ją opisać?

                    Na gruncie obecnych badan naukowych jak najbardziej da to sie zrobic, nauka
                    dysponuje modelami, ale nie dysponuje jeszcze weryfikacja. Tu jednak nie o to
                    chodzi. Chodzi o to ze dyskusje na temat nicosci czy powstania Wszechswiata,
                    jezeli chce sie to robic powaznie a nie bredzic, wymagaja wysoce zaawansowanej
                    wiedzy specjalistycznej i niemal codziennego zapoznawania sie z aktualnymi
                    osiagnieciami. W zwiazku z tym dyskusja o nicosci tez wymaga wysokiego poziomu
                    wiedzy. Dla ciebie jak i dla ludzi z ulicy nicość to pojecie oczywiste, po
                    prostu nic i koniec, no bo kazdy wie co to jest nicość w portfelu albo w
                    lodowce. Natomiast przyblizyc popularnie ten temat poslugujac sie pojeciami
                    symetrii i fizyki kwantowej najwyrazniej sie nie da na forum.

                    > Tylko nie mieszaj tu proszę intuicyjnego pojęcia próżni, bo to z
                    > rzeczywistością ma niewiele wspólnego. Bo ja potrafię opisywać tylko coś
                    > istniejącego.

                    Tu bardzo ladnie sie kompromitujesz a najsmieszniejsze jest ze robisz to
                    niezmierna pewnoscia siebie. Stwierdzenie o 'intuicyjnym pojeciu próżni, bo to
                    z rzeczywistością ma niewiele wspólnego' jest miodzio. Próżnia jest jak
                    najbardziej realnie istniejacym stanem fizycznym i ma opis w fizyce kwantowej.
                    Jest obiektem fizycznym i ma wlasnosci opisane przez fizyke kwantowa ktore sa
                    eksperymentalnie zweryfikowane.

                    >Fizyka również zajmuję się obiektami istniejącymi. Twierdzenie,
                    > że tak nie jest to, delikatnie mówiąc, bzdura. Nagle zatem się okazuje, że
                    > twoja „nicość” ma takie właściwości jak „coś” a więc mó
                    > wisz o „czymś” swoim
                    > językiem, używając terminu „nicość”. Po co tak gmatwać?

                    Tu wychodzi kompletna nieznajomosc podstaw i pojec fizyki kwantowej. W fizyce
                    kwantowej absolutnie zasadnicze sa pojecia tworow wirtualnych, nie istniejacych
                    w zwyklym sensie ale majacych realney wplyw na rzeczywistosc. Samo
                    pojecie 'istnienia' w fizyce kwantowej jest bardzo specyficzne. W skali
                    kwantowej mozna mowic o istnieniu czegos wylacznie w momencie obserwacji.
                    Jezeli nie ma obserwacji to obiekty nie istnieja w zwyklym sensie, staja sie
                    mglawicowymi tworami i to jest eksperymentalnie zweryfikowane.

                    Twoje rozumowania na podstawie codziennej intuicji operujace
                    pojeciami "istnieje" "cos" "nic" sa calkowicie bledne z punktu fizyki
                    kwantowej. „Nicość” w sensie fizyki kwantowej ma dwa znaczenia: proznia,
                    czyli stan przestrzeni o najnizszej energii bez materii i pol. Ten stan
                    to nie jest zero energii. Proznia kwantowa jest stanem w ktorym sa kwantowe
                    fluktuacje dopuszczalne przez zasade nieoznaczonosci. Drugie znaczenie jest
                    trudniejsze i zwiazane z poczatkiem Wszechswiata: to jest stan w ktorym nie
                    tylko nie ma materii i pol ale nie ma tez czasoprzestrzeni. Ten stan musi byc
                    stanem o niezwykle wysokiej symetrii, w praktyce rownowaznym punktowi ale z
                    kolei to musi pociagac za soba niezwykle silne fluktuacje na mocy zasady
                    nieoznaczonosci. Stan ten wiec bedzie mial tendencje do niestabilnosci i
                    obnizania symetrii co daje naturalny mechanizm ewolucji Wszechswiata.

                    >I dalej do kwestii przyczynowości. Znowu pytam: jaką definicję tu przyjmujesz?

                    Przyczynowosc jest relacja porzadkujaca zdarzenia w ciagi. W zjawiskach
                    fizycznych jest ona czesto zwiazana z porzadkiem czasowym i przestrzennym.
                    Porzadek np. czasowy opisany jest w sensie symetrii przez grupe translacji.
                    Sugeruje to ze pochodzi ona z rozpadu wyzszej grupy symetrii podczas ropoczecia
                    ewolucji Wszechswiata. Fizyka kwantowa ma u swoich podstaw procesy bez
                    przyczynowe tzw. spontaniczne. Jest wiec absolutnie naturalne rozpatrywanie
                    procesu startu ewolucji Wszechswiata jako spontanicznego czyli
                    bezprzyczynowego.

                    > W zależności od tego możesz zobaczyć, że fizyka kwantowa wcale przyczynowości
                    > nie wyklucza a jedynie dla pewnych zjawisk operuje modelami gdzie ta
                    > przyczynowość jest inna niż np. w świecie makroskopowym. Przykładowo: także w
                    > świecie kwantowym są statystyki a więc mamy do czynienia z przyczynowością o
                    > charakterze statystycznym a mówię tu o przyczynowości jako związku między
                    > zjawiskami i nie musi być on przyzynowo-skutkowy ale może być także skutkowo-
                    > przyczynowy(!), jest to kwestią przyjętego modelu właśnie. Mówienie, że w
                    > przypadku spontanicznych zjawisk kwantowych „przyczynowość jest absolutni
                    > e
                    > wykluczona” to przesada. Owszem, ta przyzynowość ma właśnie ów spontanicz
                    > ny
                    > charakter.

                    Cos slyszales ale nie zrozumiales. Procesy statystyczne dotyczy jak sama nazwa
                    wskazuje zbiorow elementow lub ogolniej mowiac paramaterow systemu kwantowego.
                    Natomiast w przypadku pojednczych elementow obowiazuje wylacznie zasada
                    spontanicznosci. Poczatkujacym studentom ilustruje sie to tak: Majac odpowiedni
                    zbior atomow promieniotworczych mozemy niezwykle precyzyjnie okreslic czas po
                    jakim polowa z nich sie rozpadnie i dla kazdego zbioru czas ten bedzie
                    identyczny. Ale jezeli wezmiemy pojedynczy taki atom to jest absolutnie
                    wykluczone by bylo mozliwe okreslenie kiedy ten atom sie rozpadnie. Jest to
                    proces spontaniczny za ktorym nie moga stac zadne przyczyny. To wynika z
                    najglebszych twierdzen fizyki kwantowej, eksperymentalnie zweryfikowanych.

                    Jezeli wiec w fizyce kwantowej procesy jednostkowe z reguly sa bezprzyczynowe to
                    jest oczywiste ze proces taki jak start ewolucji Wszechswiata tez naturalnie
                    pasuje do tego.
                    >Po prostu musisz wyzwolić się od intuicyjnego postrzegania czasu w
                    > kategoriach liniowych i absolutnych, bo ta fizyka skończyła się jakieś 100
                    lat
                    > temu.
                    > Proponuję pogłębienie wiedzy na temat przyczynowości, sporów między
                    > determinizmem a niedeterminizmem i inych standardowych zagadnień, które
                    zresztą
                    >
                    > są sporami modelowymi i pozornymi (p. np. teoria zderterminowanego chaosu).
                    > Powtórzę raz jeszcze: tam gdzie nie znamy związku między zjawiskami nie mamy
                    > prawa automatycznie mówić, że udowodniliśmy jego brak. Owszem, mamy bardzo
                    > wiele przykładów działania zasady przyczynowości i to zostało udowodnione
                    > wielokrotnie w powtarzalnych doświadczeniach. I mamy wiele przykładów zjawisk
                    > gdzie dotąd takiej przyczynowości nie udowodniliśmy – właśnie w fizyce
                    • toja3003 Opowiadasz banały typu „Jezeli problem dotyczy 12.02.07, 14:46
                      Opowiadasz banały typu „Jezeli problem dotyczy fizyki to psychiatria nie ma co
                      sie nim zajmowac”. Nie pisałem zresztą o „psychiatrii” ale o neurofizjologii i
                      infogenetyce, w kontekście fenomenu świadomości i badań dotyczących sztucznej
                      inteligencji. Wskazałem na interdyscyplinaryzm niezbędny przy próbie szukania
                      odpowiedzi na takie pytania jak „dlaczego w ogóle istnieje coś”. Przykładowo:
                      fizyka nie zajmuje świadomością tymczasem żaden, najbardziej formalnie
                      precyzyjny przyrząd nie jest w stanie interpretować wyników.

                      Te dopiero muszą być połączone z modelem badanej rzeczywistości. Albo
                      powiadasz, że „Próżnia jest jak najbardziej realnie istniejacym stanem
                      fizycznym i ma opis w fizyce kwantowej. Jest obiektem fizycznym i ma wlasnosci
                      opisane przez fizyke kwantowa ktore sa eksperymentalnie zweryfikowane.” Jest to
                      formułka znana uczniowi z lekcji fizyki, i nie na ich przepisywaniu problem
                      polega ale na tym, że błędnie utożsamiasz ją z pojęciem „nicości”. Pomogę ci w
                      zrozumieniu błędu wstawiając słowo „nicość” w miejsce „próżnia”. „Nicość jest
                      jak najbardziej realnie istniejacym stanem fizycznym i ma opis w fizyce
                      kwantowej. Jest obiektem fizycznym i ma wlasnosci opisane przez fizyke kwantowa
                      ktore sa eksperymentalnie zweryfikowane.”. Prawda, że teraz śmiejesz się razem
                      ze mną?

                      W końcu takie rozumowanie prowadzi do stwierdzeń kuriozalnych. I właśnie
                      dlatego rzetelne i naukowe podejście polega na wyławianiu takich błędów i
                      szukaniu poprawnej odpowiedzi. Pocieszę cię: zdarza się, że nie tylko laicy jak
                      ty ale i specjaliści potrafią się tak zagalopować. Ale faktycznie takie pojęcia
                      jak „nicość”, przy dokładniejszej analizie, okazują się być bardziej złożone
                      niż wynikałoby to z intuicyjnego podejścia typu „wiem kiedy nie pytasz”.

                      Otóż w nauce nie możemy zadowalać się tylko intuicją zatem należałoby zacząć od
                      próby definicji nicości. Może zatem spróbowałbyś to zrobić i zaprezentował
                      wynik do jakiego dojdziesz – chętnie pomogę ci go uzupełnić czy skorygować. Nie
                      sądzę, że problem rozwiązuje twierdzenie, że nicość jest stanem „w praktyce
                      rownowaznym punktowi”. Sorry ale nie precyzujesz z kolei o jakiej definicji
                      punktu mówisz, a jest ich wiele.

                      Wskazówka: na gruncie matematyczno-geometrycznym nie ma formalnej definicji
                      punktu w sensie Riemanna czy Łobaczewskiego; Euklidesa, jako trivium w
                      rozważanym kontekście, pomijam. No a dalej radośnie przechodzisz do czysytch
                      spekulacji, że skoro punkt to „musi być stanem” a to z kolei „musi pociągać
                      fluktuacje” a to z kolei „daje naturalny mechanizm ewolucji wszechświata”. Masz
                      prawo zadowalać się uproszczonymi odpowiedziami na złożone pytania ale takie
                      podejście nie ma wartości naukowej. Podobnie jest z makroskopowym pojęciem
                      przyczynowości, które bezpodstawnie łączysz ze związkami na poziomie kwantowym.

                      Faktycznie, w ujęciu klasycznym przyczynowość może być rozpatrywana jako
                      relacja porządkująca, odpowiadająca ciągom przyczynowo-skutkowym typu
                      implikacyjnego z poprzednikiem i następnikiem wynikania „jeżeli to”. W fizyce
                      kwantowej możemy jedynie mówić o związkach zjawisk opisywanych modelami
                      nieklasycznymi.

                      Nie upoważnia to jednak do twierdzeń, że na tym poziomie nie występują związki
                      między zjawiskami. Owszem, powiadamy, że mamy tu do czynienia z
                      procesami „spontanicznymi” tzn. przyczynowość objawia się np. statystycznie,
                      natomiast próba szukania klasycznej przyczynowości w odniesieniu do pojedynczej
                      cząstki zawodzi, bo taki jest stan nauki na dzień dzisiejszy i jeśli próbujesz
                      to podważać to tylko twoja sprawa ale idziesz pod prąd głównego nurtu nauki.
                      • technologiczna Osmieszasz sie w nieuctwie 12.02.07, 17:20
                        toja3003 napisała:

                        > inteligencji. Wskazałem na interdyscyplinaryzm niezbędny przy próbie szukania
                        > odpowiedzi na takie pytania jak „dlaczego w ogóle istnieje coś”. Pr
                        > zykładowo:
                        > fizyka nie zajmuje świadomością tymczasem żaden, najbardziej formalnie
                        > precyzyjny przyrząd nie jest w stanie interpretować wyników.

                        Zbaczasz w kierunku jeszcze wiekszych nonsensow. To ze czlowiek interpretuje
                        wyniki nie ma nic do rzeczy bo nic sie nie zmieni gdy powstana przyrzady
                        interpretujace. Mozna przewidywac ze kilkadziesiat lat to maszyny beda bardzo
                        inteligentne, byc moze inteligentniejsze niz ludzie.


                        > Pomogę ci w
                        > zrozumieniu błędu wstawiając słowo „nicość” w miejsce „próżni
                        > a”. „Nicość jest
                        > jak najbardziej realnie istniejacym stanem fizycznym i ma opis w fizyce
                        > kwantowej. Jest obiektem fizycznym i ma wlasnosci opisane przez fizyke
                        kwantowa
                        > ktore sa eksperymentalnie zweryfikowane.”. Prawda, że teraz śmiejesz się
                        > razem
                        > ze mną?

                        Jasne bo piszesz kompletne bzdury. Proznia jest scisle zdefiniowanym obiektem
                        - o najnizszym poziomie energetycznym. Nicosc jest obecnie obiektem
                        teoretycznym niezweryfikowanym eksperymentalnie.
                        > Otóż w nauce nie możemy zadowalać się tylko intuicją zatem należałoby zacząć
                        od
                        > próby definicji nicości. Może zatem spróbowałbyś to zrobić i zaprezentował
                        > wynik do jakiego dojdziesz – chętnie pomogę ci go uzupełnić czy skorygowa
                        > ć. Nie
                        > sądzę, że problem rozwiązuje twierdzenie, że nicość jest stanem „w prakty
                        > ce
                        > rownowaznym punktowi”. Sorry ale nie precyzujesz z kolei o jakiej definic
                        > ji
                        > punktu mówisz, a jest ich wiele.

                        Nicosc mozna jak najbardziej zdefiniowac i to na kilka sposobow. Definicja
                        asymptotyczna wychodzi od pojecia kwantowej prozni w czasoprzestrzeni i rozwaza
                        co sie dzieje gdy obszar czasoprzestrzeni zmniejsza sie do coraz mniejszych
                        rozmiarow. W granicy otrzymujemy nicosc. Rozumiesz to? To jest nicosc kwantowa.

                        > Wskazówka: na gruncie matematyczno-geometrycznym nie ma formalnej definicji
                        > punktu w sensie Riemanna czy Łobaczewskiego; Euklidesa, jako trivium w
                        > rozważanym kontekście, pomijam. No a dalej radośnie przechodzisz do czysytch
                        > spekulacji, że skoro punkt to „musi być stanem” a to z kolei „
                        > ;musi pociągać
                        > fluktuacje” a to z kolei „daje naturalny mechanizm ewolucji wszechś
                        > wiata”. Masz
                        > prawo zadowalać się uproszczonymi odpowiedziami na złożone pytania ale takie
                        > podejście nie ma wartości naukowej. Podobnie jest z makroskopowym pojęciem
                        > przyczynowości, które bezpodstawnie łączysz ze związkami na poziomie
                        kwantowym.

                        Wszystko powyzsze co cytujesz jest jak najbardziej oparte na wspolczesnej
                        nauce. Co do przyczynowsci to masz na tym punkcie fiksacje, wspolczesna
                        nauka nie uwaza przyczynowsci za zadna fundamentalna zasade.

                        >
                        > Faktycznie, w ujęciu klasycznym przyczynowość może być rozpatrywana jako
                        > relacja porządkująca, odpowiadająca ciągom przyczynowo-skutkowym typu
                        > implikacyjnego z poprzednikiem i następnikiem wynikania „jeżeli to”
                        > . W fizyce
                        > kwantowej możemy jedynie mówić o związkach zjawisk opisywanych modelami
                        > nieklasycznymi.
                        > Nie upoważnia to jednak do twierdzeń, że na tym poziomie nie występują
                        związki
                        > między zjawiskami. Owszem, powiadamy, że mamy tu do czynienia z
                        > procesami „spontanicznymi” tzn. przyczynowość objawia się np. staty
                        > stycznie,
                        > natomiast próba szukania klasycznej przyczynowości w odniesieniu do
                        pojedynczej
                        > cząstki zawodzi, bo taki jest stan nauki na dzień dzisiejszy i jeśli
                        próbujesz
                        > to podważać to tylko twoja sprawa ale idziesz pod prąd głównego nurtu nauki.

                        Tu sie KOMPLETNIE mylisz. Udowodnione i zweryfikowane doswiadczalnie
                        twierdzenia fizyki kwantowej dowodza ze zjawiska kwantowe NIE moga miec zadnych
                        innych ukrytych przyczyn. To jest tzw. hidden variables problem i twierdzenie
                        Bella. Sa to absolutnie fundamentalne fakty, twierdzac cos przeciwnego
                        osmieszasz sie w nieuctwie. Fizyka kwantowa jest oparta na teorii ktora jest
                        w istocie szokujaca bo obala kompletnie naiwne wyobrazenia.
    • rabemich Tup tup tup do spowiedzi do ks. Czajkowskiego 05.02.07, 23:16
      pewnie gdzies spowiada w synagodze, naczelny spowiednik GW i agentury.
    • kpix Paradoks dualizmu korpuskularno-falowego 06.02.07, 08:24
      jest zupelnie innego rodzaju dziwnoscia, niz paradoks Trojcy Swietej.
      Paradoks dualizmu, czyli to ze obserwuje sie, ze mikroczastki przejawiaja
      niekiedy wlasciwosci fali, a niekiedy kulek materii, doprowadzil do
      powstania teorii kwantowej, ktora operuje nie punktem materialnym, a
      rozkladem prawdopodobienstwa znalezienia sie czegos w przestrzeni polozenia
      i pedu. Jednak jest to model spojny, praktycznie wszedzie sprawdzalny,
      dokladnie wiadomo w jakiego typu doswiadczeniach dane wlasciwosci
      naszej czastki sie przejawia, rowniez dokladnie wiadomo ze im wieksza
      czastka, tym mniejsza niepewnosc okreslenia polozenia, czyli wiadomo jakie
      jest przejscie graniczne miedzy swiatem kwantowym a klasycznym. To nie jest
      paradoks, tylko rozszerzenie klasycznych teorii fizyki, ktore sprawdza sie
      w kontrolowany sposob praktycznie w milionach eksperymentow, (moze za
      wyjatkiem sily grawitacji).

      Paradoks Trojcy Swietej jest glebszym paradoksem, gdyz oczywiscie aby
      go wyjasnic, doprowadza on do opracowywania bardziej skomplikowanych
      "modeli Boga". Diametralna roznica polega na tym, ze tych modeli
      NIE MOZNA eksperymentalnie sprawdzic. Sa to (niestety) tylko rozwazania
      myslowe.
      • scept89 dualizm f-k a nonsens 06.02.07, 12:33
        Mnie takze uderzylo zapozyczanie mechaniki kwantowej przez B16. Sporo tego jest
        w New Age, gdzie pomieszania z poplatniem jest jeszcze wiecej, ale to ze
        wspolczesa teologia lapie sie tej brzytwy jest zastanawiajace.

        Problem w tym ze po pierwsze dualizm falowo korpuskularny swietnie potwierdza
        sie w badaniach eksperymentalnych. To nie dogmat co spadl z niebios tylko
        rezultat wynikow doswiadczen. Kazdy moze sobie popatrzec na dyfrakcje elektronow:
        en.wikipedia.org/wiki/Electron_diffraction
        a obrazki Swietej Trojcy takie sa hmm, jakby nieco bardziej wyobrzeniowe.

        Na zwolennikach tejze pseudo-analogii spoczywa wykazanie iz jest ona uprawniona.
        Na razie przypomina to ciag 'wnioskowania':

        1) sa rzczy dziwne dla laikow w fizyce
        2) dlatego opisywany przez nas niewidoczny rozowy jednorozec istnieje

        Powalajacy 'dowod'.
    • bantus absurdy 06.02.07, 10:49
      Teologia zakłada prawdziwość wiary. Dlatego o jakiej dyskusji może być mowa z
      kimś kto nie dopuszcza możliwości tego, że się myli?


      GW sięgnęła bruku albo "Skandali" numerem 2 II 2007. Na drugiej stronie wielki
      artykuł o CUDZIE. Moim zdaniem wyścig z Faktem na bzdury niczego nie przyniesie,
      a szkody wyrządza OGROMNE. "Szczuro-sałaty", "walk chomików" i tak niczym nie
      przebijecie, poza tym te przynajmniej są śmieszne i można sobie humor poprawić,
      a wasze cudactwa są jak najbardziej poważne, w dodatku podane w patetycznym
      sosie. OCHYDA!
    • kouska Teologiczna akrobatyka 07.02.07, 17:00
      > Hołówce nie podoba się też kreacjonizm. To i dobrze, "słusznie i naukowo",
      jak mówili bracia marksiści. Nie zdołałem jednak zgadnąć, co autor rozumie
      przez kreacjonizm: czy teorię uważającą się za naukową, konkurencyjną wobec
      ewolucjonizmu, czy po prostu inną niż jego własna, teistyczną filozofię? Spór
      ateizmu z teizmem jest odwieczny, nie załatwi go żadna publicystyka. Niczego tu
      nie rozjaśnia bezmyślny kreacjonizm prof. Macieja Giertycha i amerykańskich
      protestantów krytykowany przez autorytety katolickie na tyle poważne, że nie
      muszę dodawać swoich trzech groszy. Nie będę się od kreacjonistów "odcinał", bo
      to łatwizna.

      Może nie zaszkodzi wtrącić polemicznie o istnieniu poważnej argumentacji, z
      której dość jasno wynika, że asekuracja ewolucjonizmu teistycznego, to na pewno
      mielizny dyskursu. O dziwo kreacjonizm wypada śmielej!) Mam tu na myśli tekst
      Prof. Kazimierza Jodkowskiego pt. Dlaczego ewolucjonizm prowadzi do ateizmu?
      (Poznanie. Człowiek. Wartości).
      • scept89 Re: Teologiczna akrobatyka 07.02.07, 19:27
        kouska napisał:

        > Może nie zaszkodzi wtrącić polemicznie o istnieniu poważnej argumentacji, z
        > której dość jasno wynika, że asekuracja ewolucjonizmu teistycznego, to na pewno
        >
        > mielizny dyskursu. O dziwo kreacjonizm wypada śmielej!) Mam tu na myśli tekst
        > Prof. Kazimierza Jodkowskiego pt. Dlaczego ewolucjonizm prowadzi do ateizmu?

        Moze warto bedzie takze nadmienic iz ktokolwiek kto bawi sie w zaprzeczanie
        ustaleniom nauki, niezaleznie czy z powodow religijnych, nieuctwa czy tez checi
        rozglosu strzela sobie w leb z dwururki w jakimkolwiek dyskursie opierajacym sie
        na faktach.

        Jasnym jest iz doslowne czytanie Bibli jest blizsze zrodlu niz jej
        (nad)interpretowanie poprzez teologow gietkich, ale Ziemia przez to sie nie
        splaszcza a wykopaliska nie ukladaja w obraz wszechswiatowego potopu.
        • kouska Re: Teologiczna akrobatyka 08.02.07, 12:40
          Masz rację. Nie przeczę. Moja wypowiedź była lekko ironiczna i
          niezobowiązująca, lecz zupełnie zgodna z faktami. Brodzę sobie po płyciźnie,
          choć nie wiem czy wody na dobre opadły. ;) Pozdrawiam.
    • piotrek410 Szwindel emocjonalny? 11.02.07, 21:41
      Zgadzam sie, szwindel emocjonalny w jak najgorszym wydaniu.

      Artykul Turnaua – to straszny belkot uzytecznego idioty, ktory zostal tak
      ladnie zindokrynowany, ze nawet nie wie jakie plecie bzdury.

      Ta “prawda objawiona” czyli Biblia, to dosc nieudaczny zlepek legend i
      przypowiesci wielokrotnie na przestrzeni wiekow przerabiany, podkolorowywany,
      cerowany, po to zeby w miare skutecznie w oparach mistycyzmu uzywac go
      jako “swieta ksiege”, “glos Boga”, dla sprawowania “wladzy dusz” ktora zawsze
      przeradzala sie w jedno wielkie polityczne kurestwo.
      Wszelkie rekordy skorumpowania pobil ok 620 wieku p.n.e kaplan-scryba Hilkiach.
      Bez niego nie byloby wlasciwie ani ortodoksyjnego judaizmu, ani takich
      dysydentow jak Jezus, ktorzy przeciwko korupcji zapoczatkowanej przez Hilkiacha
      protestowali. Nic nie slyszeliscie o Hilkiachu??
      No, to przeciez nie dziwota… Trzeba ten rozmodlony i dobrze zindokrynowany
      ludek trzymac w ciemnocie przez nastepne pare wiekow… )))

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka