krulik34
14.04.07, 03:37
Gwizdy, buczenie i skandowanie "Dymisja! Dymisja!" żegnały prezesa Banku
Światowego po spotkaniu z pracownikami tej instytucji.
Paul Wolfowitz na spotkaniu z pracownikami Banku w nocy z czwartku na piątek
czasu polskiego przeprosił za przyznanie wysokiej podwyżki i awansu
pracownicy tej instytucji, która od kilku lat jest jego życiową partnerką.
Związek pracowników Banku Światowego oskarża Wolfowitza o kumoterstwo i próby
ukrycia swojej roli w promowaniu konkubiny. Wielu komentatorów uważa, że
Wolfowitz - do niedawna jeden z najpotężniejszych urzędników w Waszyngtonie -
będzie się musiał podać do dymisji.
Wszystko zaczęło się w 2005 roku, gdy Wolfowitz, przywódca amerykańskich
neokonserwatystów, uważany za intelektualnego ojca inwazji USA na Irak,
został nominowany przez prezydenta Busha na prezesa Banku Światowego. Przez
cztery lata pierwszej kadencji Busha Wolfowitz pełnił funkcję zastępcy
sekretarza obrony Donalda Rumsfelda.
Nominacja - dokonuje jej Biały Dom, bo USA są największym udziałowcem Banku -
wywołała protesty na całym świecie. Wolfowitz uchodził bowiem za symbol nie
tylko prowojennego Waszyngtonu, ale także arogancji Ameryki wobec świata.
W Banku Wolfowitz spotkał się z ogromną niechęcią pracowników tej instytucji,
oburzonych, że Biały Dom postawił na kogoś tak uwikłanego w bieżącą politykę
i na dodatek niemającego doświadczenia bankowego.
Niechęć była wzajemna. Wolfowitz, tak jak cała grupa neokonserwatystów,
zdawał się uważać Bank Światowy, a szczególnie jego waszyngtońską centralę,
za zbiurokratyzowaną organizację, która zamiast skutecznie walczyć z biedą na
świecie, wspiera skorumpowane reżimy na różnych kontynentach.
Kilka amerykańskich gazet, w tym choćby nieprzychylny administracji i wojnie
w Iraku "Washington Post", uznało jednak nominację Wolfowitza za nie
najgorszy pomysł, wierząc, że skostniałej biurokracji Banku przyda się
wstrząs i przejęcie steru przez człowieka z zewnątrz.
Po objęciu posady Wolfowitz poinformował komisję etyczną Banku o tym, że
utrzymuje nieformalny związek z pracownicą centrali Banku zajmującą się
Bliskim Wschodem. Shaha Riza to Brytyjka urodzona w północnej Afryce. Komisja
etyczna zasugerowała, że wobec konfliktu interesów Riza powinna zostać
przeniesiona do pracy poza Bankiem, a w ramach rekompensaty nagrodzona
awansem i podwyżką.
Nikt chyba się nie spodziewał jednak, że Wolfowitz nakaże awansowanie Rizy na
stanowisko odpowiadające wiceprezesowi Banku Światowego i skieruje ją do
pracy jako delegat Banku w prowadzonej przez Departament Stanu fundacji
wspierającej rozwój demokracji na Bliskim Wschodzie. Przy okazji Riza
otrzymała olbrzymią podwyżkę - ze 132 tys. na 193 tys. dol. rocznie.
Gdy w ostatnich dniach wyszło na jaw, że to Wolfowitz osobiście ustalił
warunki dalszej pracy Rizy, a na dodatek początkowo próbował ukryć swoją
rolę, Bankiem zatrzęsło. Podczas spotkania z pracownikami Wolfowitz został
zakrzyczany i wygwizdany. Rada Dyrektorów Banku Światowego, w której
zasiadają przedstawiciele różnych krajów, stwierdziła, że nadużył swego
stanowiska.
Oburzenie jest tym większe, że Wolfowitz w ostatnich miesiącach skupił się na
wprowadzaniu - wbrew wielu pracownikom i niektórym krajom - ostrych
antykorupcyjnych reguł w procedurach przyznawania kredytów przez Bank
Światowy.
- Popełniłem błąd, ale proszę zrozumieć, że byłem w trudnej sytuacji.
Dostosuję się do wszelkich rekomendacji rady dyrektorów - mówił po wybuchu
skandalu Wolfowitz. Jego los leży teraz w rękach rady, która zapowiedziała
szybką reakcję. Biały Dom twierdzi, że twardo stoi za prezesem Wolfowitzem.
Jeśli Wolfowitz sam nie ustąpi, jego usunięcie ze stanowiska będzie niezwykle
trudne.
""Biały Dom twierdzi, że twardo stoi za prezesem Wolfowitzem.""
Co jest, co to ma znaczyc????