al-szamanka
27.02.10, 08:40
Kochani, chyba dzisiaj pierwsza się budzę. Sny cudne miałam, kwieciste i kolorowe, dlatego tez czymś kolorowym dzień rozpoczynam.
Spokojnego, ciepłego weekendu wszystkim którzy nadejdą
Przez dwa dni, południowe wiatry niosły ze sobą śródziemnomorskie upały i nawet pokryły drzewa nalotem żółtego, subtelnego pyłu aż z obrzeży dalekiej Sahary. Zaraz potem, raptowne ochłodzenie połączone z przelotnymi Rzęsistymi Deszczami napędziły już o zmierzchu tumany ciepłej i lepkiej mgły, które przybierając najbardziej fantastyczne kształty, aż do samego rana, błąkały się cicho po wszystkich zakątkach ogrodu. Julenka stała na schodkach tarasu i trzymając palcami brzegi swojej ulubionej, błękitnej sukienki, kołysała się lekko, jakby chciała dopasować swoje ruchy do ledwie wyczuwalnych powiewów wiatru. Gdzieś z głębi Lasu dobiegało uporczywe dziobanie Stopuka, chwilami, tłumiony wilgotną ziemią, odgłos niespiesznego truchtu sarny, z liści skapywały krople rosy i z dźwiękliwym szelestem gubiły się pośród traw. Julenka odetchnęła głęboko chłodnawym powietrzem, orzeźwiającym i pełnym intensywnych woni otwierających się ku słońcu kwiatów.
Ach, jaki cudowny dzień, tak kryształowego poranka dawno już nie było, to ta nocna mgła, niczym miękka szmatka, wypolerowała wszystko do połysku. Trochę szkoda, bo jestem pewna, że wraz z mgłą przeszła poprzez ogród Wielka Ślimaczyca Srebrzysta, a tak wszystkie ślady zostały zatarte i gdyby nie to, że znowu pogubiła trochę swoich dzieci, to w ogóle bym o niej nie pomyślała. Spójrz na te slimaczęta, są takie nieporadne i ślamazarne, czy myślisz, że to może zupełnie świeże pokolenie takich od czasu do czasu sierotek?
Julenka zrzuciła sandałki i roztupując bosymi stopami gęsto wśród traw rozsianą, błyskotliwą rosę, ruszyła na swój co porankowy przegląd ogrodu. Parokrotnie okrążyła ukochane krzewy herbacianych róż i zaciągając się głośno ich odurzającym zapachem pokazała mi z daleka trzy palce, oznajmiając w ten sposób liczbę świeżo rozkwitłych pąków. Chwilę rozgarniała kępę koniczyny, jak zwykle sprawdzając czy nie pojawiła się w niej ta czterolistna, przynosząca szczęście....i znalazła ją, gdyż sekundę potem, w porannej ciszy zadźwięczał jej, pełen szczerego zachwytu, głosik.
Ach, jest, jeszcze bardzo malutka i nieśmiała, pewnie nawet nie wie, że jej przeznaczeniem jest dokonać czegoś wielkiego i nie myślę tu o czymś co jest tak duże, że sięga do chmur, albo jeszcze wyżej, przecież niekiedy choćby okruszek cudu potrafi chwilą radości przysłonić cały świat. W naszym ogrodzie jest bardzo dużo okruszków i jak widzisz, codziennie znajdują się zupełnie nowe.
Julenka, śmiejąc się głośno i rozkładając rączki jak do lotu, zaczęła pląsać wesoło pośród kwitnących krzewów, policzki jej poróżowiały, oczy błyszczały zachwytem, nastroszone wilgotnym powietrzem kędziory otaczały jej główkę pozłocisto rozedrganą aureolą i w tańcu tym bardziej przypominała rozbawionego, leśnego duszka niż małą dziewczynkę w zwykłej, codziennej sukience. Nagle, mijając gruszę Walerię, zatrzymała się w pół kroku, powolutku, z najwyższą ostrożnością osunęła się na kolana, wyraz niedowierzania pojawił się na jej twarzyczce a zadyszany głosik pobrzmiewał nieopisanym zdumieniem.
Ach, spójrz, czyżby koniczynka aż tak szybko dokonała cudu? Jeszcze wczoraj nic nie widziałam, pomimo że wszystkie nowe pączki dokładnie obejrzałam przez lupkę, aby wiedzieć, kiedy wyklują się z nich kwiaty, a dzisiaj wychyla się już z traw malutka roślinka i ma takie same listki jak Waleria, i to jest na pewno jej córeczka. Muszę otoczyć ją malutkim płotkiem, żeby mąż Pani Sąsiadki nie skosił jej przez nieuwagę, mężczyźni są często tacy rozkojarzeni. I wiesz, tak sobie pomyślałam, że nie potrzebuję wymyślać dla niej nowego imienia, po prostu zdrobnię imię jej mamy i nazwę ją Walerianka.