1agfa
24.03.19, 00:09
opinie.wp.pl/bierzynski-demokracja-umiera-powoli-mechanizm-jest-jednak-prosty-opinia-6362149475501697a
"...To zbrodnia doskonała. Ofiara - demokracja - do końca nie wie, że umiera. Właśnie to jest sztuką, którą do perfekcji opanowali dyktatorzy XXI wieku.
(...)
W ciągu ostatnich 30 lat, które minęły od upadku komunizmu w Europie Wschodniej, na świecie podwoiła się liczba krajów rządzonych w demokratyczny sposób.
Mimo to wciąż zdarzają się przypadki odwrotne. W książce "Tak umierają demokracje" profesorowie Harvardu Steven Levitsky i Daniel Ziblatt poddali wnikliwej analizie wszystkie antydemokratyczne transformacje w powojennej historii. Szukali ich wspólnego wzoru, powszechnego schematu i przebiegu procesu ustanawiania dyktatur.
Pierwszy najważniejszy wniosek jest taki, że po okresie Zimnej Wojny praktycznie zniknęły wojskowe zamachy stanu - popularne w świecie podzielonym pomiędzy zwalczające się mocarstwa. Krwawe zamachy położyły kres demokracjom w 75 proc. przypadków czasów zimnej wojny. Dziś stanowią wyjątek (Egipt 2013, Tajlandia 2014). Nie znaczy to, że demokracja jest bezpieczna. Autorzy przeanalizowali proces jej demontażu w 11 krajach. We wszystkich przypadkach dzieje się to według powtarzalnego wzoru - nowoczesne dyktatury swój początek biorą w legalnych, niekwestionowanych, demokratycznych wyborach powszechnych.
Demokracja umiera po cichu
Pierwsza charakterystyczna cecha cyklu jest taka, że przebiega stopniowo. Władza robi wszystko, by cykl ten postępował w sposób praktycznie niezauważalny w codziennym życiu obywatel.
Gazety wciąż wychodzą, dziennikarze nadal mogą krytykować rząd, sądy sądzą, parlamenty uchwalają ustawy. Wszystko otoczone jest pozorem legalności. Co ciekawe przebiega zazwyczaj pod hasłem "ulepszenia" bądź "przywrócenia prawdziwej" demokracji.
Propaganda pełni funkcję osłonową. Ma uśpić "pacjenta". Gdy w 2011 roku zapytano Wenezuelczyków, jak oceniają demokrację w swoim kraju (będącym już wtedy w 100 proc. autorytarną dyktaturą), 51 proc. z nich dało jej 8 punktów na 10.
"Ponieważ nie ma jednego przełomowego momentu - żadnego zamachu stanu, żadnego wprowadzenia stanu wojennego czy zawieszenia konstytucji – który sugerowałby, że reżim ewidentnie 'przekroczył granicę' i stał się dyktaturą, nic nie jest w stanie uruchomić w społeczeństwie syreny alarmowej. Ci, którzy demaskują nadużycia rządu, bywają lekceważeni, gdyż powszechnie uznaje się, że przesadzają lub podnoszą fałszywy alarm. Dokonująca się erozja demokracji jest dla wielu niemalże niedostrzegalna" – piszą Steven Levitsky i Daniel Ziblatt. ..."