diabollo
02.04.16, 10:59
KINGA DUNIN
Jeśli nawet przed 1989 Kościół miał swoje zdanie na temat aborcji, to się z nim nie obnosił ani nie narzucał. Ale już w czasie kampanii wyborczej do sejmu kontraktowego temat ten zaczął wypływać, a w styczniu 1991 powstała sejmowa Komisja Nadzwyczajna do rozpatrzenia projektu o ochronie prawnej dziecka poczętego. Zajmowała się ona projektem senackim z jesieni 1990, który zakładał zakaz przerywania ciąży z wyłączeniem gwałtów i zagrożenia życia kobiety oraz karanie lekarzy. I tak zaczęła się batalia, którą może zakończyć (pewno nie na wieczność, ale nie każdy ma czas, żeby czekać) całkowite zwycięstwo obozu antyaborcjonistów. Kto sądzi, że ma do powiedzenia w tej sprawie coś, co dotąd nie zostało jeszcze powiedziane, zapewne się myli. Wykorzystano też chyba wszelkie możliwe środki perswazji, nacisków, lobbowania, mobilizowania opinii; listy obywatelskie i demonstracje.
Dlaczego przegraliśmy?
Spór o aborcje posłużył do celów politycznych. Podzielił obóz solidarnościowy, który i tak musiał się podzielić, i stworzył podwaliny pod obecną architekturę sceny politycznej. Albo, powiedzmy to po Schmittiańsku, w ten sposób powstawała polska polityczność i jako taka wymagała ona konfliktu, antagonizmu, wyraźnego podziału na „my” i „oni”. Aborcja, która ani dla dzietności, ani dla funkcjonowania państwa, a tym bardziej jego gospodarki nie ma większego znaczenia, świetnie się do tego nadawała. Spory o kwestie moralne rozpalają emocje, a bez nich nie ma polityki. W warunkach polskich była to także gra o poparcie Kościoła, instytucji lobbingowej o dużych wpływach symbolicznych. Jeśli tak na to spojrzymy, to w sporze o aborcję stawką była po prostu władza. Nikogo tak naprawdę nie obchodziły ani kobiety, ani kwilące zarodki. Cóż z tego, że jest to dręczenie i poniżanie kobiet, sposób sprawowania nad nimi władzy? Żyjemy w patriarchacie i mało komu to przeszkadza. No i najwygodniejszą formą szlachetności i poświęcenia jest czynienie tego na cudzy rachunek. Łatwo jest wybierać cierpienie... dla innych. (Odpowiednio wczesna aborcja nie powoduje cierpienia płodu – zawsze warto o tym przypominać w kraju, gdzie dzieciom pokazuje się fałszywe filmy w rodzaju Niemego krzyku.).
Dlatego też z walki o prawo do wolnego wyboru tak łatwo było przestawić liberalny dyskursu publiczny na inne tory: obrony „rozsądnego kompromisu”. Kompromis ten różnił się od całkowitego zakazu o kilkaset legalnych aborcji rocznie, a to czubek góry lodowej. Jednak podział na rozsądnych, tych od „kompromisu”, i „obrońców nienarodzonych” nadal pełni te same funkcje. Przy okazji jednak obóz, który kiedyś nazywano „pro choice” został zepchnięty na margines i uznany na nadmiernie radykalny.
Wszytko to nie odniosłoby jednak skutku, gdyby nie autentyczne emocje i odruchy, które częściowo zostały wykorzystane, a częściowo stworzone chociażby przy pomocy manipulacji językiem.
Pierwszą wygraną bitwą była ta o język. Zniknął zarodek czy płód jako pewna faza rozwojowa, a zastąpiło je dzieciątko bezbronne, mieszkające nie w macicy, tylko pod sercem mamusi.
Czy wszystko możemy jednak zrzucić na manipulację polityczną? Jest jeszcze druga kwestia, która z trudem mieści się pro choicom w głowie. Jak to możliwe, że nasze racjonalne, emocjonalne i etyczne argumenty, statystyki i drastyczne przykłady nie działają? Nikomu nawet nie chce się na nie sensownie odpowiedzieć?
Zacznijmy od psychologii moralności i dość powszechnie uznawanego opisu kolejnych faz rozwoju moralnego jednostki: przedkonwencjonalizm, konwencjonalizm i postkonwencjonalizm. To bardzo proste: najpierw dziecko jest egoistyczne, kształtowane przez aprobatę lub dezaprobatę opiekunów, potem poznaje i zaczyna akceptować normy i nakazy społeczne, aby dorastając zrozumieć, że mają one charakter konwencjonalny. Ostatnim stadium rozwoju jest osiągnięcie autonomii moralnej pozwalającej na podejmowanie własnych odpowiedzialnych wyborów, także niezależnie od obowiązujących zasad i nacisków.
Jezus – przekraczający reguły judaizmu i krytykujący faryzeuszy – osiągnął fazę postkonwencjonalną. Dla ateistki może być symbolem przekroczenia krępujących regulacji w kierunku bardziej rozwiniętej wrażliwości moralnej. Kościół natomiast jest Wielkim Inkwizytorem, który chrześcijaństwo wyposażył w autorytety, dogmaty a czasami stosy. Oraz mnóstwo prostych wskazówek, co jest dobre, a co złe. Może nie jest to istota chrześcijaństwa, ale praktyka Kościoła katolickiego w Polsce – na pewno.
Katolicka indoktrynacja zatrzymuje ludzi w rozwoju właśnie gdzieś mniej więcej w fazie konwencjonalizmu.
A jednocześnie Kościół uchodzi za ostoję moralności, nawet wśród światłych obywateli. Wiadomo, gdyby ksiądz nie wbijał dzieciom i maluczkim do głowy prostych formułek, to by palili, gwałcili i mordowali.
Feministyczna etyka troski, mieszcząca się już w fazie postkonwencjonalnej, mówi mniej więcej tyle, że nie ma prostych rozwiązań. Opierając się na doświadczeniu, empatii, wiedzy o relacjach, pragnieniach i potrzebach różnych podmiotów, biorąc pod uwagę dające się przewidzieć skutki społeczne, należy wybrać rozwiązanie, które przysporzy wszystkim najmniej cierpienia. Żadna jedna zasada nie może mieć charakteru absolutnego. Fundamentalistyczna normatywna moralność i powtarzanie mantry o świętości życia poczętego jest sprzeczne z tak rozumianymi etycznymi postulatami.
Dla ludzi ukształtowanych przez polski konserwatyzm jest to po prostu nie do pojęcia. To tak jakby komuś, kto dopiero nauczył się działań na ułamkach, mówić o całkach. Nie możemy się efektywnie porozumieć, skoro posługujemy się zupełnie innymi kodami, ale nie ma tu symetrii – jedni uważają tak, drudzy inaczej i są to równorzędne poglądy. Jedynie szantaż politycznej poprawności zabrania nam powiedzieć, że jest to coś więcej niż fundamentalna różnica wartości. To różnica poziomów.
Wiem, że to słaba pociecha, a nawet wręcz przeciwnie. Mówienie do kogoś, kto nie może, nie chce i nie musi (bo ma władzę) nas rozumieć, jest jak rzucanie grochem o ścianę albo walenie głową w mur.
Podczas gdy strona liberalna, w myśl własnych reguł, usiłuje traktować przeciwnika z szacunkiem, i stara się nie dyskredytować cudzych odczuć moralnych, ten mur jest kompletnie głuchy na wszelkie argumenty i do tego pluje ogniem, odmawiając przeciwnikom wszelkiej moralnej wartości.
Długotrwałe walnie głową w mur jest stresujące. Bycie niewysłuchanym, nieszanowanym i poniżanym, a jednocześnie bezradnym, rodzi zrozumiałą frustrację. Może wywoływać też gniew, który będzie kolejnym dowodem na szaleństwo feministek i ich sojuszników. I zarzuty o „wykonywanie wyroków śmierci na niepełnosprawnych dzieciach”. Jest to w gruncie rzeczy sytuacja przemocowa i unikanie jej wydaje się rozsądną obroną psychologiczną.
I to jest właśnie odpowiedź na pytanie, czemu kobiety, także mężczyźni, tak słabo i niezbyt tłumnie walczą. Czemu opór nie jest silniejszy i bardziej masowy.
Po prostu – frustra i poczucie bezradność.
To nie znaczy, że należy przestać, jeśli ktoś ma dość siły i odporności. Wciąż i wciąż trzeba powtarzać te same argumenty– jeśli ktoś jeszcze ma siłę – bo jeśli przestaniemy je powtarzać, to w obiegu pozostaną już tylko argumenty antyaborcjonistów i wykręty zwolenników „kompromisu aborcyjnego”.
Ja znam chyba wszystkie argumenty i chwyty retoryczne, ale ćwiczę to od ćwierćwiecza. A co w głowach mają dziś młodzi?
CDN...