diabollo
11.03.25, 07:16
Już nie ma znaczenia, czy jesteś na Twitterze, czy nie. Musk i tak ci może wybrać prezydenta
magazyn książki
Wojciech Orliński
Musk chce Unię Europejską po prostu rozwalić, żeby tu też nikt go nie zdążył zdemonopolizować.
Tekst pochodzi z lutowego wydania "Książek. Magazynu do czytania", które są w sprzedaży od 25 lutego 2025 r.
Piszę o książce, której nie ma. Marzę o jej przeczytaniu od lat, od paru miesięcy wręcz obsesyjnie: byłaby to książka pod tytułem, mniej więcej: „Jak ocalić demokrację przed internetem".
W minionej dekadzie mieliśmy falę książek ostrzegających przed cybernetycznymi monopolami. Sam do tego dołożyłem trzy grosze swoim „Internet. Czas się bać" z 2013 r., ale najpierw wpływ wywierali na mnie moi ulubieni cyberpesymiści: Evgeny Morozov, Tim Wu, Jaron Lanier czy Shoshana Zuboff, której zresztą „Wiek kapitalizmu inwigilacji" był opus magnum zamykającym ten nurt pod koniec ubiegłej dekady.
Te pozycje były reakcją na wcześniejszą literaturę, która przez kilkanaście lat była zmonopolizowana przez perspektywę optymistyczną. Pierwsze książki na temat sieci były pisane z entuzjazmem tak naiwnym, że z dzisiejszej perspektywy można to porównać tylko do dawnego zauroczenia zachodnich intelektualistów komunizmem po radziecku.
Wiara w świetlaną przyszłość, którą miały nam przynieść cyfrowe korporacje, była wówczas tak żarliwa, że ignorowano wszystkie złe wiadomości, które do niej nie pasowały. Niedowiarkom przyklejano łatkę „ludzi nierozumiejących internetu", przestarzałych, analogowych, staroświeckich po prostu.
Historia oczywiście przyznała rację nam, pesymistom – i to dużo szybciej, niż tego oczekiwaliśmy w najbardziej ponurych wizjach. Jeśli obietnice optymistów się spełniły, to wyłącznie jako swoje okrutne przeciwieństwo.
Urwać się korporacjom ze smyczy
Internet miał nas uczynić mądrzejszymi – ale zamiast tego świat głupieje, bo algorytmy YouTube’a i TikToka zamiast tego wciskają mu filmiki z serii „ziemia jest płaska".
Mieliśmy zyskać wolność słowa – ale siedzimy na serwisach, których właściciele ustalają arbitralne listy zakazanych słów i poglądów, bez mała jak cenzura w PRL (cokolwiek by mówić o generale Jaruzelskim, w odróżnieniu od Muska przynajmniej nie udawał „absolutysty wolności słowa").
Sieć miała przynieść emancypację mniejszości, tymczasem przyniosła zautomatyzowane bojówki hejtu wymuszające Gleichschaltung, zupełnie jak ich poprzednicy w brunatnych koszulach – tylko że oni przynajmniej musieli osobiście pofatygować się na ulice, a dziś terror prowadzi się w zacisznym gabinecie za pomocą fikcyjnych kont z farm trolli takich jak w filmie „Hejter".
No dobrze, ale co teraz robić? Swoją wspomnianą już książkę zakończyłem kiedyś wizją dwóch scenariuszy przyszłości, realistycznego i fantastycznego.
Realistyczny to taki jak w „Star Treku", że skontaktuje się z nami Federacja Galaktyczna, zdradzi nam sekret Napędu Warp oraz dobrych regulacji internetowych. A fantastyczny to taki, że politycy sami się zerwą ze smyczy lobbystom i coś jednak z tym zrobią.
Nie jestem dzisiaj przesadnie dumny z tej puenty, bo tu akurat przesadziłem z pesymizmem. Po obu stronach Atlantyku w ciągu ostatnich kilku lat politycy faktycznie próbują się urwać korporacjom ze smyczy.
Unia przyjęła pakiet regulacji dający możliwość nakładania gigantycznych kar na największe firmy internetowe. Ich szefowie z kolei podczas styczniowej inauguracji Donalda Trumpa wyglądali jak podbici książęta, składający pokorny hołd lenny zwycięskiemu monarsze – w Ameryce prawo pozwalające na ukaranie ich za praktyki monopolistyczne istnieje od przeszło stu lat i wymaga to tylko woli politycznej, której niestety zabrakło poprzednim prezydentom. Ale kto wie, co zrobi Trump, prawda?
Jak mawiają komentatorzy sportowi, sytuacja jest dynamiczna. W ciągu najbliższych miesięcy dużo się tu może wydarzyć, co stawia mnie oczywiście w niezręcznej sytuacji jako autora. Ten tekst może się mocno zdezaktualizować nawet w ciągu zaledwie paru tygodni między wysłaniem go do redakcji a publikacją.
CDN...