Dodaj do ulubionych

Musk wybiera ci prezydenta

11.03.25, 07:16
Już nie ma znaczenia, czy jesteś na Twitterze, czy nie. Musk i tak ci może wybrać prezydenta
magazyn książki


Wojciech Orliński

Musk chce Unię Europejską po prostu rozwalić, żeby tu też nikt go nie zdążył zdemonopolizować.
Tekst pochodzi z lutowego wydania "Książek. Magazynu do czytania", które są w sprzedaży od 25 lutego 2025 r.

Piszę o książce, której nie ma. Marzę o jej przeczytaniu od lat, od paru miesięcy wręcz obsesyjnie: byłaby to książka pod tytułem, mniej więcej: „Jak ocalić demokrację przed internetem".

W minionej dekadzie mieliśmy falę książek ostrzegających przed cybernetycznymi monopolami. Sam do tego dołożyłem trzy grosze swoim „Internet. Czas się bać" z 2013 r., ale najpierw wpływ wywierali na mnie moi ulubieni cyberpesymiści: Evgeny Morozov, Tim Wu, Jaron Lanier czy Shoshana Zuboff, której zresztą „Wiek kapitalizmu inwigilacji" był opus magnum zamykającym ten nurt pod koniec ubiegłej dekady.

Te pozycje były reakcją na wcześniejszą literaturę, która przez kilkanaście lat była zmonopolizowana przez perspektywę optymistyczną. Pierwsze książki na temat sieci były pisane z entuzjazmem tak naiwnym, że z dzisiejszej perspektywy można to porównać tylko do dawnego zauroczenia zachodnich intelektualistów komunizmem po radziecku.

Wiara w świetlaną przyszłość, którą miały nam przynieść cyfrowe korporacje, była wówczas tak żarliwa, że ignorowano wszystkie złe wiadomości, które do niej nie pasowały. Niedowiarkom przyklejano łatkę „ludzi nierozumiejących internetu", przestarzałych, analogowych, staroświeckich po prostu.

Historia oczywiście przyznała rację nam, pesymistom – i to dużo szybciej, niż tego oczekiwaliśmy w najbardziej ponurych wizjach. Jeśli obietnice optymistów się spełniły, to wyłącznie jako swoje okrutne przeciwieństwo.

Urwać się korporacjom ze smyczy
Internet miał nas uczynić mądrzejszymi – ale zamiast tego świat głupieje, bo algorytmy YouTube’a i TikToka zamiast tego wciskają mu filmiki z serii „ziemia jest płaska".

Mieliśmy zyskać wolność słowa – ale siedzimy na serwisach, których właściciele ustalają arbitralne listy zakazanych słów i poglądów, bez mała jak cenzura w PRL (cokolwiek by mówić o generale Jaruzelskim, w odróżnieniu od Muska przynajmniej nie udawał „absolutysty wolności słowa").

Sieć miała przynieść emancypację mniejszości, tymczasem przyniosła zautomatyzowane bojówki hejtu wymuszające Gleichschaltung, zupełnie jak ich poprzednicy w brunatnych koszulach – tylko że oni przynajmniej musieli osobiście pofatygować się na ulice, a dziś terror prowadzi się w zacisznym gabinecie za pomocą fikcyjnych kont z farm trolli takich jak w filmie „Hejter".

No dobrze, ale co teraz robić? Swoją wspomnianą już książkę zakończyłem kiedyś wizją dwóch scenariuszy przyszłości, realistycznego i fantastycznego.

Realistyczny to taki jak w „Star Treku", że skontaktuje się z nami Federacja Galaktyczna, zdradzi nam sekret Napędu Warp oraz dobrych regulacji internetowych. A fantastyczny to taki, że politycy sami się zerwą ze smyczy lobbystom i coś jednak z tym zrobią.

Nie jestem dzisiaj przesadnie dumny z tej puenty, bo tu akurat przesadziłem z pesymizmem. Po obu stronach Atlantyku w ciągu ostatnich kilku lat politycy faktycznie próbują się urwać korporacjom ze smyczy.
Unia przyjęła pakiet regulacji dający możliwość nakładania gigantycznych kar na największe firmy internetowe. Ich szefowie z kolei podczas styczniowej inauguracji Donalda Trumpa wyglądali jak podbici książęta, składający pokorny hołd lenny zwycięskiemu monarsze – w Ameryce prawo pozwalające na ukaranie ich za praktyki monopolistyczne istnieje od przeszło stu lat i wymaga to tylko woli politycznej, której niestety zabrakło poprzednim prezydentom. Ale kto wie, co zrobi Trump, prawda?

Jak mawiają komentatorzy sportowi, sytuacja jest dynamiczna. W ciągu najbliższych miesięcy dużo się tu może wydarzyć, co stawia mnie oczywiście w niezręcznej sytuacji jako autora. Ten tekst może się mocno zdezaktualizować nawet w ciągu zaledwie paru tygodni między wysłaniem go do redakcji a publikacją.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Musk wybiera ci prezydenta 11.03.25, 07:17
      Jednak już wiele razy tak było, że oczekiwaliśmy jakiejś ważnej zmiany, a góra rodziła mysz, tak jak choćby w przypadku niedawnego „zablokowania TikToka w USA", które trwało mniej niż dobę.

      Zaryzykuję więc tezę, że sytuacja polityczna dojrzała, żeby coś z tym bałaganem zrobić – i że nadal tak będzie za parę miesięcy.

      Pogrzeb pana Wołodyjowskiego
      Coś zrobić, ale co? No właśnie. Niestety właśnie teraz, kiedy ewidentnie sytuacja dojrzała do wprowadzenia jakichś sensownych regulacji – dramatycznie brakuje konkretnych propozycji. Nie ma mądrali, który by nam w zwartej książce wyjaśnił, „co robić" (a przynajmniej ja takiej pozycji nie zauważyłem, choć wypatruję za nią tęsknie jak za wiosną).

      Moi ulubieni autorzy sprzed kilkunastu lat albo w ogóle przestali pisać książki, albo wciąż powtarzają mniej więcej te same ostrzeżenia i diagnozy. W „Freedom as a Service" (2021) Evgeny Morozov nadal zwalcza to, co nazwał „solucjonizmem" w książce sprzed 12 lat – to przekonanie, że ze wszystkimi problemami społecznymi da się poradzić za pomocą rozwiązań technologicznych.

      Nowa książka Morozova przynosi wprawdzie kolejne smaczne przykłady – ale na poparcie tej samej tezy. Bo jak ten solucjonizm skutecznie zwalczać? Na ten temat Morozov niestety nie przedstawiał konkretnych propozycji ani dawniej, ani nie robi tego teraz.

      Trochę tu przesadzam, bo zawsze była jedna propozycja: stawiać opór. Nie zakładać konta na fejsie, używać alternatyw dla gugla, unikać chmury. Tylko że, po pierwsze, coraz więcej grup zawodowych po prostu nie ma takiej możliwości. A po drugie, obecnie stawka jest znacznie wyższa.

      Dziś to już nie ma znaczenia, czy jesteś na Twitterze (pardon, na X), czy nie. Elon Musk i tak ci może wybrać prezydenta albo i parlament.

      Gdy piszę te słowa, wydaje się, że wzrost politycznych wpływów najbogatszego człowieka świata jest nie do powstrzymania. Wziął Biały Dom, za chwilę – kto wie – weźmie Bundestag.

      Być może gdy państwo będą czytać te słowa, będzie to już nieaktualne. Mam nawet taką ogromną nadzieję, że nastąpi jakiś jego spektakularny upadek. Ale nawet gdyby ego Muska poległo w starciu z ego Trumpa, to przecież są jeszcze kolejni ambitni, np. Mark Zuckerberg, który już skwapliwie próbuje imitować Muska, a nad Facebookiem sprawuje porównywalnie dyktatorską władzę (wprawdzie to formalnie jest spółka publiczna, ale Zuckerberg jest prezesem, przewodniczącym rady nadzorczej i kontroluje efektywną większość).

      A poza tym jeszcze jest TikTok, który w nietransparentny sposób należy do totalitarnego państwa, wrogo nastawionego do zachodnich demokracji.
      W tej sytuacji aż chciałbym zawołać do swoich ulubionych autorów słowami księdza z pogrzebu pana Wołodyjowskiego. Panie profesorze Wu! Panie doktorze Morozov! Pani profesor Zuboff! Larum grają! Rzeczpospolita w niebezpieczeństwie! A wy za laptopy nie chwytacie? Książek nie piszecie? Zaliż swej dawnej przepomnieliście cnoty?

      Wiele plag naraz
      Sytuacja, jako się rzekło, niepokojąco przypomina upadki sławnych republik z historii. Demokracja ateńska upadła w wyniku wojny peloponeskiej – za sprawą antydemokratycznego sojuszu innego państwa helleńskiego (Sparty) ze śmiertelnym wrogiem całej kultury greckiej, Persją. Republika rzymska – z powodu zniszczenia systemu równowagi politycznej (tego, co Amerykanie dziś nazywają „checks and balances").

      I wreszcie Republika Weimarska, do której w takich porównaniach sięgamy najczęściej. Z powodu dramatycznych okoliczności jej powstawania nie zadbano w niej na początku o „checks and balances". W efekcie dwudziestowieczny odpowiednik Katyliny, taki jak Alfred Hugenberg, nie musiał się nawet specjalnie nagimnastykować nad doprowadzeniem do rządów Hitlera – należały do niego prawie wszystkie media w Niemczech, więc robił, co chciał.

      Podobieństwo dzisiejszych internetowych monopolistów medialnych do Hugenberga jest przerażające. Jeśli – jak mówią – wybory wygrywa się dziś na X, to czy w ogóle można je jeszcze wygrać przeciwko właścicielowi X?

      Odpowiedź usłyszymy 23 lutego 2025, gdy odbędą się wybory w Niemczech. Elon Musk popiera w nich skrajnie prawicową partię AfD, bo tak jak ona uważa, że zbyt dużo uwagi poświęca się potępianiu „niemieckich win".

      CDN...
      • diabollo Re: Musk wybiera ci prezydenta 11.03.25, 07:18
        Czy to poparcie zapewni AfD zwycięstwo? Jeśli tak, to Niemcy są już z powrotem w lutym 1933, jeśli nie – jeszcze ciągle przed 30 stycznia tego samego roku, gdy kanclerzem został niespełniony malarz, który tak jak Elon Musk miał skłonność do wykonywania „niezręcznych gestów".

        (Wybory do niemieckiego Bunestagu wygrała CDU z wynikiem 28,5 proc., drugie miejsce zajęła AfD z rekordowym wynikiem, 20,8 proc., w byłej NRD. Rządząca SPD dostała 16,4 proc. Na czwartym miejscu uplasowali się Zieloni z 11,6 proc. Do Bundestagu wejdzie jeszcze Lewica z wynikiem 8,8 proc; przyp. red.).

        Może jednak jeszcze da się uratować demokrację? Tylko jak?

        Prosta odpowiedź – która brzmi: trzeba wprowadzić odpowiednie regulacje i uruchomić procedury antymonopolowe – wydaje się już niestety nieadekwatna. Elon Musk ma w nowej administracji USA zajmować się wyrzucaniem z pracy urzędników odpowiedzialnych za regulowanie. A Unię Europejską chce po prostu rozwalić, żeby tu też nikt go nie zdążył zdemonopolizować.

        Nawet jeśli mu się to nie uda, to przecież już są w kolejce następcy. Wróciliśmy do czasów, w których republice zagrażają od środka „baronowie-rabusie", a od zewnątrz antydemokratyczne imperia. Jakbyśmy równocześnie przeżywali wojnę peloponeską, pożar Reichstagu i sprzysiężenie Katyliny.

        Nie należy się spieszyć z uległością
        Ach, ileż bym dał za książkę, która by nam powiedziała, jak z tego wybrnąć! Jako się rzekło, nie ma jej, ale mam pewne wyobrażenia, co w niej by się mogło znaleźć – i przede wszystkim znam dream team autorów, którzy ostatnio napisali kilka inspirujących esejów na te tematy.

        Pierwszy to Timothy W. Ryback, kierujący Historycznym Instytutem Sprawiedliwości i Pojednania w Hadze. W eseju opublikowanym niedawno w „The Atlantic", „How Hitler Dismantled a Democracy in 53 Days" (Jak Hitler zdemontował demokrację w ciągu 53 dni), Ryback na nowo opowiedział historię upadku Republiki Weimarskiej.

        W odróżnieniu od niemal wszystkich autorów poruszających ten temat w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Ryback konsekwentnie unika fatalizmu, zgodnie z którym wszystko to wydarzyć się musiało. Przyjmuje punkt widzenia ówczesnego obserwatora, który mógł wydarzenia interpretować tak jak korespondent „New York Timesa", który objęcie władzy przez Hitlera skomentował artykułem zatytułowanym „Hitler rezygnuje z planów wprowadzenia dyktatury".

        To wszystko naprawdę bowiem mogło się potoczyć inaczej. W grudniu 1932 NSDAP była na krawędzi bankructwa. W wyborach z listopada 1932 straciła 2 miliony głosów i 34 mandaty. Hitler przyznał się kilku współpracownikom, że rozważał wtedy samobójstwo.
        Uratowały go wzajemne intrygi w otoczeniu prezydenta Hindenburga – który w marcu 1932 wygrał wybory jako zjednoczony kandydat całego obozu antyhitlerowskiego (z wyłączeniem komunistów). Hindenburg nienawidził Hitlera, zgodził się go mianować kanclerzem tylko dlatego, że Franz von Papen, jego szara eminencja, przekonał go, iż krótkotrwałe, skazane na niepowodzenie sprawowanie władzy ostatecznie dobije chylącą się ku upadkowi partię nazistowską.

        Von Papen również nie znosił Hitlera, a jeszcze bardziej nienawidził Hugenberga. Cała trójka jednak współtworzyła dziwaczny koalicyjny rząd – i każdy w tej trójce liczył na to, że uda mu się dzięki temu wyeliminować innych rywali.

        W wyborach rozpisanych już przez Hitlera jako kanclerza głosowało 89 proc. uprawnionych – niemiecki rekord wszech czasów. Gdyby nie okoliczności, można by to uznać za triumf demokracji. Hitler jednak i tak nie był zadowolony z werdyktu wyborców, bo jego partia dostała tylko 44 proc. głosów. Mimo to dzięki serii trików i manipulacji udało się w parlamencie przeprowadzić głosowanie nadające Hitlerowi de facto władzę absolutną – choć jego partii nie udało się zdobyć wymaganej do tego (w teorii) większości konstytucyjnej.

        Zniszczenie demokracji trwało miesiąc, trzy tygodnie, dwa dni, osiem godzin i 40 minut – pisze Ryback i podkreśla, że nawet minuty miały tu znaczenie.

        CDN...
        • diabollo Re: Musk wybiera ci prezydenta 11.03.25, 07:19
          Cała ta intryga wisiała na włosku kilkakrotnie i podczas pewnej kłótni Hitlera z Hugenbergiem o mało co nie doszło do zantagonizowania Hindenburga, co by zniweczyło plan w zarodku. A i tak wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, gdyby tylko poprzedni kanclerz, von Schleicher, poczekał parę dni ze złożeniem dymisji albo gdyby Hindenburg był nieco bardziej przywiązany do zapisów konstytucji, albo gdyby kilkunastu centroprawicowych posłów nie wsparło „ustawy o pełnomocnictwie"...

          Morał z tego jest taki, że cyniczny fatalizm, do którego sam mam niestety skłonność, jest w takich sytuacjach szkodliwy. Jak naucza Timothy Snyder, wybitny historyk i spec od XX-wiecznych totalitaryzmów, nie należy ulegać na wyrost. Hitler objął władzę między innymi dlatego, że dostatecznie wielu ludzi w Niemczech uznało, że sprawa jest przesądzona – kiedy jeszcze wcale nie była.

          Do ostatniej minuty, czyli do głosowania nad „ustawą od pełnomocnictwie", Hitlera można było zatrzymać. Ale: komuniści liczyli na to, że upadek burżuazyjnej demokracji przyśpieszy rewolucję proletariacką, natomiast poszczególne partie centrowe i prawicowe liczyły na to, że korzystając z chwilowego zamieszania, zrealizują jakieś swoje postulaty, na przykład dla katolików najważniejsze było podpisanie konkordatu (który Hitler rzeczywiście podpisał). Z kolei wytrawni zakulisowi gracze, jak von Schleicher i von Papen, wierzyli, że nowicjusz Hitler się potknie o własne nogi i oni wtedy wrócą cali na biało (w rzeczywistości Hitler pierwszego zabił, drugiego zesłał na ambasadę).

          Neutralne algorytmy? Akurat!
          No dobrze, skoro więc nadal da się coś zrobić (kiedy piszę to słowa oraz – mam nadzieję – kiedy je państwo czytają), to od czego zacząć? Tu wkraczałby następny autor z mojego zespołu marzeń, brytyjski dziennikarz pochodzenia rosyjskiego Peter Pomerantsev. Opublikował w styczniu w „Guardianie" znakomity artykuł „Elon Musk and the new world order: the hijacking of the global conversation" (Elon Musk i nowy ład światowy: uprowadzenie globalnej debaty).

          Pomerantsev radzi, żebyśmy przede wszystkim zaczęli traktować firmy takie jak X czy Facebook jako spółki medialne. To tylko pozornie oczywista oczywistość. Przez pierwsze trzy dekady publicznego dostępu do internetu działające w nim firmy były traktowane jak neutralni pośrednicy.

          Zgodnie z zasadą „operator telekomunikacyjny nie ponosi odpowiedzialności za to, że przestępcy rozmawiają przez telefon" YouTube, TikTok, Twitter (itd.) nie ponoszą odpowiedzialności za popełniane za ich pośrednictwem przestępstwa. To oczywiście absurd, ale za dokładnie takie samo propagowanie mowy nienawiści, pomówienia, kłamstwa, zniesławienia, za jakie niechybnie by ukarano tradycyjną gazetę czy stację radiową, internetowe firmy karane nie są.

          To o tyle absurdalne, że te same firmy jednocześnie wcale nie ukrywają tego, że jedne treści są w ich serwisach promowane, inne ukrywane, a jeszcze inne usuwane.
          Dlaczego więc wierzymy w ich „neutralność", choć neutralne ewidentnie nie są? Bo zasłaniają się kolejną fikcją, że to wszystko robią na poły mityczne „algorytmy", na które ludzie nie mają wpływu.

          Dyktatorskie zachowania Muska, który nie ukrywa już nawet tego, że tymi „algorytmami" często jest jego osobisty kaprys, burzą tę fikcję. Burzy ją też Zuckerberg, skwapliwie naśladujący Muska. Czas najwyższy przestać w to wierzyć i zacząć traktować te serwisy tak, jak traktujemy media tradycyjne. Mamy więc prawo domagać się od nich tego samego, przede wszystkim transparentności. „Dopóki nie podniesiemy kurtyny, za którą działają Musk i Zuckerberg, będziemy społeczeństwem działającym na ślepo" – pisze Pomerantsev.

          Regulacje jednak nie załatwią za nas wszystkich problemów. Po pierwsze, musimy odbudować przestrzeń publiczną w internecie. Twitter i Facebook często opisywano jako „town hall", czyli miejsce otwartej debaty, ale w świetle powyższego to oczywisty fałsz.

          Pomerantsev (za Elim Pariserem) proponuje metaforę miasta. W tej chwili internet jest upadłym miastem, w którym mamy wybór między spędzaniem czasu w galeriach handlowych (gdzie ochrona nie pozwoli nam na robienie demonstracji innych niż te, które są miłe właścicielowi) i na niebezpiecznych, zapuszczonych uliczkach, gdzie nie ma nawet tej ochrony.

          Wiele miast w XX wieku znalazło się w takiej sytuacji – i wiele udało się z tego wyciągnąć. Potrzebujemy w internecie miejsc, w których wszyscy będą się czuć bezpiecznie, przypominających raczej biblioteki publiczne czy rzeczywiste „town halls". W wielu krajach europejskich istnieją popularne i cieszące się powszechnym szacunkiem media publiczne, które mogą się stać zaczątkiem takich nowych miejsc w internecie. W USA (padły już takie propozycje) można nałożyć podatek na komercyjne media społecznościowe, by z niego fundować te niekomercyjne.

          I wreszcie – pisze Pomerantsev – nowe wyzwania wymagają dziennikarstwa nowego typu. Internetowe legendy miejskie, fejki, teorie spiskowe są zazwyczaj ignorowane przez tradycyjne media, dla których „to nie jest temat" (sam to kiedyś parokrotnie słyszałem). Dla chińskiego TikToka, rosyjskich botów i farm trolli tymczasem jest. Musimy myśleć o tradycyjnym dziennikarstwie nie tylko jako „komunikowaniu faktów", ale też jako służbie społecznej w obronie demokracji.

          CDN...
          • diabollo Re: Musk wybiera ci prezydenta 11.03.25, 07:20
            System jak pornografia
            Tutaj wkracza trzeci autor mojego zespołu marzeń (na którego Pomerantsev się zresztą powołuje): Henry Farrell, politolog z Johns Hopkins University.

            W eseju opublikowanym w serwisie Substack Farrell napisał (zgodnie z tytułem: „We’re getting the social media crisis wrong"), że nie do końca rozumiemy szkodę, którą nam wyrządzają Twitter (X), Facebook czy YouTube.

            Nie chodzi tylko o same fake newsy i dezinformację, z tym byśmy sobie poradzili. Serwisy społecznościowe tworzą „publiczności o zdeformowanym, kolektywnym zrozumieniu", pisze Farrell, porównując Twittera do „szalonego alternatywnego uniwersum rodem z prozy Philipa K. Dicka".

            Rzecz w tym, że homo sapiens jako gatunek działa poprzez zbiorowe myślenie („inteligencję antologiczną", jak to określa antropolog Brad DeLong). Pojedynczy człowiek nie zbudowałby statku kosmicznego ani zderzacza hadronów, cały rozwój cywilizacji to historia wymyślania coraz doskonalszych metod zbiorowego myślenia, wzajemnego korygowania błędów i podsuwania nowych pomysłów.

            Ewolucja wyposażyła nasze mózgi w układy, których głównym zadaniem jest wyczuwanie tego, co myśli stado, i dostosowywanie się do tego. Jesteśmy więc podatni na coś, co w antropologii nazywane jest „poglądami refleksyjnymi". To coś, w co tak naprawdę niekoniecznie wierzymy, ale powtarzamy to, bo tak powtarza społeczność, której częścią się czujemy.

            Farrell jako przykładu używa poglądu popularnego kiedyś wśród amerykańskich republikanów, że Barack Obama to potajemny islamista. „Oni w to nie wierzyli tak, jak wierzyli w to, że woda jest mokra" – pisze. Wierzyli w to, bo inni republikanie w to wierzyli (a dziś już po prostu się tym nie zajmują).

            W typowych okolicznościach „poglądy refleksyjne" służą dobrej sprawie. Zachowujemy się (na ogół) moralnie wobec bliźnich, bo zakładamy, że oni dzielą naszą moralność. Dlatego tak bardzo niebezpiecznym zjawiskiem są serwisy takie jak Twitter czy Facebook, w których Musk czy Zuckerberg mogą manipulować tym, jak postrzegamy to, w co inni wierzą.

            Farrell używa tu porównania do internetowej pornografii. Ponieważ jej model biznesowy działa poprzez przyciąganie klientów gotowych zapłacić za treści nietypowe, wytwarza paradoksalne wrażenie, że to one właśnie są typowe, a zwykły seks, „jak pan Bóg przykazał", nikogo już nie interesuje, co nie jest prawdą w pozainternetowej rzeczywistości. Podobnie, wchodząc na Twittera czy YouTube’a, szybko zaczniemy wierzyć, że ziemia jest płaska, lądowanie na Księżycu sfałszowano, Obama modli się do Allaha, szczepionki wywołują autyzm, nie ma zmian klimatu, a Tusk miał dziadka nazistę.

            Niestety, Farrell też nie ma gotowych rozwiązań, tylko garść ciekawych intuicji. Na konkrety musimy zaczekać, poda je może nieistniejąca książka z moich marzeń.

            Rada mistrza Yody
            A póki jej nie ma, na koniec ja dorzucę swoją intuicję.

            Historia uczy, że trwałe republiki to te, którym udało się zbudować równowagę sił między różnymi grupami interesu, przede wszystkim między patrycjuszami a plebsem (że użyję określeń ze starożytnego Rzymu). Rzymska republika przetrwała prawie pięć stuleci – bo u jej zarania plebs wywalczył sobie prawo wybierania trybunów ludowych o potężnych uprawnieniach. A ostatecznie zabiła ją właśnie korupcja tej instytucji (bogacze byli w stanie kupić sobie „status plebejusza").

            Większość średniowiecznych i renesansowych republik miejskich upadła albo przez to, że były za bardzo demokratyczne (i wtedy w końcu zawsze pojawiał się ktoś, kto po prostu całe miasto trzymał w kieszeni), albo odwrotnie: za mało demokratyczne, więc niezależnie od scenariusza w końcu jakiś „capitano del popolo" ogłaszał się księciem i kończył zabawę w wybory.

            Ciekawym wyjątkiem jest republika wenecka, która przetrwała prawie tysiąc lat (zależy, jak liczyć). Była relatywnie demokratyczna – prawo głosu miał w niej każdy szlachcic. Walne zgromadzenie wybierało jedną radę, która wybierała drugą, która wybierała trzecią (i tak dalej), by wreszcie wybrać radę czterdziestu, która wybierała dożę. Skorumpowanie tego systemu było praktycznie niemożliwe, co w pewien przewrotny sposób przypomina dzisiejszą Unię Europejską.

            Wiele współczesnych demokracji zawdzięcza swoją trwałość temu, że są albo monarchiami konstytucyjnymi, albo federacjami.
            Ustrój Republiki Federalnej Niemiec projektowano, dbając o to, żeby maksymalnie utrudnić scenariusz upadku Republiki Weimarskiej. Dzisiejszy Hitler musiałby wygrać w większości landów, co jest mimo wszystko mało prawdopodobne (nawet przy wsparciu Muska).

            Dzięki temu zachodnim demokracjom udaje się ochronić media przed politykami. Niemieckie media publiczne zależą od landów, więc nawet żelazny kanclerz Adenauer był wobec nich bezradny. Brytyjska BBC działa na mocy przywileju królewskiego.

            Niezależność oczywiście nie oznacza braku regulacji, oznacza tylko, że regulatorów nie mianuje większość parlamentarna.

            CDN...
            • diabollo Re: Musk wybiera ci prezydenta 11.03.25, 07:21
              Pojawienie się ludzi tak potężnych jak Musk czy Zuckerberg wywraca to wszystko do góry nogami. BBC ma dzisiaj mniejszy autorytet od Twittera – no i niech będzie, ale to znaczy, że Twitter powinien podlegać ostrzejszym regulacjom.

              Moja luźna intuicja jest więc taka, że z obroną naszych demokracji jest tak jak z obroną republiki w „Gwiezdnych wojnach". Wymaga „przywrócenia równowagi".

              I dlatego właśnie wstydzę się trochę swojego cynicznego pesymizmu sprzed 12 lat. Pesymizm jest niezgodny z nauką mistrza Yody: „Strach prowadzi do gniewu, gniew prowadzi do nienawiści, a nienawiść prowadzi do Ciemnej Strony Mocy". Tylko optymizmem Dartha Muska pokonać możemy!


              Wojciech Orliński
              (ur. w 1969 r.). Nauczyciel i publicysta „Wyborczej”. Za książkę, biografię „Kopernik. Rewolucje”, otrzymał nagrodę Juliusz.

              wyborcza.pl/7,75517,31697173,nasza-sytuacja-niepokojaco-przypomina-upadki-slawnych-republik.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka