diabollo
01.10.25, 06:55
Wojciech Orliński
Złota jesień
30 września 2025
„Przecież klimat zawsze się zmieniał!”, twierdzi denialista. To prawda, ale z dwoma zastrzeżeniami. Po pierwsze, nigdy się nie zmieniał tak szybko.
Doprawdy, chciałbym pisać o czymś innym, weselszym i ciekawszym, ale przemówienie Donalda Trumpa w ONZ, w którym nazwał globalne ocieplenie „oszustwem”, zmusza mnie do podjęcia tego tematu. Kłamstwo często wygrywa z prawdą właśnie dlatego, że kłamcy w kółko powtarzają swoje brednie, a ludziom prawdomównym wydaje się, że wystarczy raz powiedzieć, jak jest, a potem już przejść do innych tematów.
Zacznijmy więc od podstawowych faktów. Rok 2024 był najcieplejszy w historii pomiarów – pobił rekord ustanowiony przez rok 2023. Średnie temperatury powierzchni Ziemi są wyższe od tych z czasów mojego dzieciństwa o ok. 1,5 st. C. Że planeta się ociepla od kilkudziesięciu lat, to trywialna obserwacja – temu nie zaprzeczą chyba nawet sympatycy Trumpa czy Nawrockiego (bo to już byłby spór z termometrem).
Czasami w prawicowych mediach słychać, że przecież ostatnio klimat się ochładza. Aluzyjnie nawiązywał do tego Trump. Bywają oczywiście chwilowe ochłodzenia (np. luty 2025 r. był nieznacznie chłodniejszy od lutego 2024 r.), ale to tak jak ze zwykłym kalendarzem. Wrzesień jest chłodniejszy od sierpnia, a październik będzie chłodniejszy od września, co nie wyklucza, że dany piątek może być cieplejszy od czwartku.
Tutaj osoba zaprzeczająca twierdzeniom współczesnej nauki (czyli tzw. denalista) zazwyczaj twierdzi, że nie ma dowodu, że te zmiany spowodowała działalność człowieka: „Przecież klimat zawsze się zmieniał!”. To prawda, ale z dwoma zastrzeżeniami. Po pierwsze, nigdy się nie zmieniał tak szybko. Naturalne zmiany nigdy w historii Ziemi nie postępowały w tempie choćby zbliżonym do obecnego.
Ostatnia – a więc najdokładniej poznana – zmiana temperatury to koniec epoki lodowcowej. Popkultura przyzwyczaiła nas do wyobrażania jej sobie jako gwałtownego procesu: oto wiewiór z serii kreskówek „Epoka lodowcowa” w swoim wiecznym pościgu za orzechem walnął w niego za mocno i od tego popękały góry lodowe, zmuszając bohaterów do ucieczki. W rzeczywistości ten koniec zachodził raczej w tempie „cztery stopnie na dziesięć tysięcy lat”. Czyli 0,04 st. na stulecie. Jaskiniowcy żyjący na przełomie epok nie odczuwali żadnych zmian, były niezauważalne w ciągu jednego pokolenia. Najwyraźniej coś dziwnego wydarzyło się niedawno na naszej planecie. Ciekawe co?
Drugie zastrzeżenie jest zaś takie, że oczywiście były okresy jeszcze cieplejsze od dzisiejszego. Podczas maksimum plioceńskiego było cieplej o trzy stopnie – i poziom morza był o 25 m wyżej. Powrót do takiego klimatu byłby katastrofą gorszą od trzeciej wojny światowej.
Ale skąd naukowcy wiedzą, jaka była temperatura milion lat temu oraz jaki był wtedy skład atmosfery? Naukowcy chętnie odpowiadają na takie pytania (o czym przekonałem się jako dziennikarz czasem prowadzący z nimi rozmowy), ich publikacje zawsze też zawierają rozdział o zastosowanej metodologii. Tylko że kiedy prawicowiec zadaje takie pytania, tak naprawdę nie chce słuchać odpowiedzi (podobnie jest, gdy pytają „to ile właściwie jest płci” albo „jakie są dowody, że szczepionki działają”).
Termochronologia (jak nazywa się ten dział nauki) wykorzystuje to, że różne substancje w różnych temperaturach wytrącają się albo ulatniają. Analizując skład skały osadowej, można więc odczytać, w jakiej temperaturze powstała – choćby i milion lat temu. Z kolei na Antarktydzie można się dowiercić do wody, która ten milion lat temu zamarzła – i przeanalizować uwięzione w lodzie pęcherzyki ówczesnego powietrza.
„A przecież przed chwilą naukowcy straszyli nową epoką lodowcową” – powie prawicowiec i powiedział tak Trump. Otóż to zależy od definicji chwili. Ostatni raz kwestię oziębienia rozważano 60 lat temu.
Przyczyną zlodowacenia są cykle Milankovicia, czyli szereg zmieniających się w kółko czynników, które zazwyczaj nawzajem niwelują swoje działanie. Sto lat temu, gdy serbski astronom Milutin Milanković je po raz pierwszy opisał, przewidywania były niemożliwe. Do tego ludzkość potrzebowała komputerów. Te początkowo były za słabe na porządne zasymulowanie tych cyklów, dlatego po raz ostatni na serio rozważano rychły powrót zlodowacenia, gdy komputery były ogromne i powolne, a Brigitte Bardot królowała na ekranach. W latach 80. komputery stały się dostatecznie mocne i tanie, by pozwolić obliczyć, że epoka lodowcowa nie wróci przez najbliższe 20 tys. lat.
Dlaczego naukowcy wolą mówić o „zmianie klimatu”, a nie o „ociepleniu”? Bo samo ocieplenie nie jest aż tak dotkliwe. Czy jest piętnaście stopni czy siedemnaście, to kwestia rozpięcia guzika. Większy problem polega na tym, że temperatura jest wprost proporcjonalna do energii atmosfery – im cieplej, tym dotkliwsze tornada, gradobicia, powodzie. I tym mniejsze mamy szanse na rozkoszowanie się pogodnym dniem podczas złotej polskiej jesieni – mam nadzieję, że czytają państwo ten felieton w takim właśnie dniu. Może nawet na ławce w jakimś parku czy ogrodzie? Jeśli tak, to proszę się nacieszyć na zapas, za kilka lat to już będą tylko wspomnienia.
Polityka 40.2025 (3534) z dnia 30.09.2025; Felietony; s. 90