chmurka28
01.02.04, 10:59
Ciesze się że znalazłam ten wątek...Może ktoś mi pomoże, bo sama już nie
daję rady.
Zacznę od tego że się urodziłam, w rodzinie wileodzietnej, patologicznej,
ojciec alkoholik, bicia, krzyki, bieda, to codzienność. dodam że mama jest
bardzo dobrą kobietą, więc jakoś równoważyła troski i dawała nam
miłość...choć do czasu kiedy sama nie zaczęła się leczyć...
Ale wrócmy do początku, we wczesnym dzieciństwie molestował mnie seksualnie
własny dziadek, który na szczęście już nie żyje i mogę mu się odwdzięczyć,
tym że po jego śmierci nie odwiedzam jego grobu.
Całe dzieciństwo marzyłam o normalnym domu, o rodzinie, o luksusie co
konsekwentnie zaczęłam realizować. Skończyłam kilka szkół, studia,
otworzyłam firmę, byłam w stałym związku dziesięcioletnim zresztą, ale
czułam się niekochana, a chyba tego w życiu potrzeba było mi najbardziej.
Wierzyłam że stworzymy rodzine, stworzymy własny dom, będziemy mieli dzieci.
Czekałam i czekałam jednak z roku na rok moje marzenia były odsuwane w
czasie przez mężczyznę z którym byłam. Dodam że frustrowało mnie to bardzo,
przestaliśmy się kochać a co było dla mnie bardzo ważną sferą związku,
załamałam się jeszce bardziej. Czułam się nieatrakcyjna, więc zamknęłam się
w domu, siedząc przed telewizorem, pochłaniając książki, siedząc w
internecie, dodam że nie jestem chyba głupią ni brzydką osobniczką zaczęłam
sie obżerać- dosłownie. W ciągu jednej zimy przytyłam 10 kg, czułam się więc
jeszcze gorzej i jeszcze bardziej zamykałam się w domu, stroniłam od ludzi.
dodam że otwarcie mówiłam mojemu męzczyźnie o czym marzę, czego oczekuję- on
odpowiadał jednak że on nie jest od uszczęsliwiania mnie i skoro nie radzę
sobie sama ze sobą to już mój problem. dodam że przestałam się psotykać z
większąścią koleżanek, ponieważ on był zawsze ze mną, spędzaliśmy ze sobą
całe dnie, więc nie miałam żadnej sfery intymności. Dodam, że pracowaliśmy
razem. Pewnego dnai a dokładnie jesienią 2002 zaczęłam zastanawiać się
poważnie nad swoim zyciem i doszłam do wniosku, że nie chcę tak dalej żyć,
czułam się brzydka, nieatrakcyjna, niekochana i do niczego .Poznałam
cudownego meżczyznę, notabene na czacie, spotkaliśmy się , zakochaliśmy się
w sobie od pierwszego wejrzenia. Czułam się przeszczęśliwa, wyjechałam do
jego miasta, mając w perspektywie rozwój firmy i chęć odpoczynku od
wszystkiego. Wynajęliśmy mieszkanie, żyło nam się naprawdę dobrze, rozumial
mnie wiedział czego potrzebuję, wiedział co zrobić żebym była szczęśliwa...
Jednak ja skrajnie romantyczna dusza , zaczęłam tęsknić za byłym, za swoim
miastem, za domem, z którego chciałam tak bardzo uciec. Niestety okazało się
że jestem w ciąży, po trzech miesiącach znajomości- myslałam że jestem
bezpłodna ponieważ kochałam się zbyłym parę lat bez zabezpieczenia i nic...
to było dla mnie jak wyrok, poczułam się tak jakbym została zdana na moją
nową miłośći wbrew wszytskiemu postanowiłam wrócić. Kiedy juz wróciłam były
nie dawał mi spokoju, został bez pieniędzy, bez pracy, bez samochodu bo
żyliśmy z mojej firmy, stwierdził ze nie umie beze mnie żyć, że chce mnie
razem z dzieckiem, że zrobi wsyztsko żeby być ze mną. Uwiezryłam że sie
zmieni, że zacznie się liczyć z moimi potrzebami, że będzie mnie szanował,
kochał, że będzie chciał ze mną stworzyć rodzinę, i tak było przez parę
miesięcy. Wychowywaliśmy razem moje dziecko, był dla niego dobry, czule się
nim zajmował, troszczył. Jednak z dnai na dzień ja szłam znów w odstawkę.
Znów ciągły brak seksu. kolejne 15kg po ciązy i znowu to samo, pernamentne
niezadowolenie, brak chęci życia. Dodam że moje dziecko jest cudowne,
przekochane, prześliczne, ale poród mieliśmy bardzo ciężki z zagrozeniem
życia nas obojga w łącznie, kilka pobytów szpitalu, operacja itd...
Przeżyłam to wszystko bardzo, doszło nawet do tego że siadłam z garściami
tabletek gotowa popełnić samobójstwo. Brakło mi odwagi nie chciałam zbyt
egoistycznie myśleć tylko o sobie i nie chciałam osierocić dziecka, niestety
śmierć ostatnio wydaje mie się jedynym sensownym rozwiązaniem, wstając w
nocy myślę jak cudownie byłoby póść do łazienki i podciąc sobie żyły. To się
staje jakąs moją obsesją.
Na koniec tej bardzo długiej opowieści dodam jeszcze ze tata mojego dziecka
bardzo mnie kocha i kocha dziecko i jest generalnie bardzo dobrym
człowiekiem, że ja notorycznie odpycham go od siebie. Ze były mieszka nadal
u mnie, tzn. mieszkał do wczoraj bo kazałam mu się spakować i po raz kolejny
wynieść. kiedy patrzę na to wszystko z boku, myślę że część moich problemów
sprowadzam na siebie sama. Już sama nie wiem jak sobie pomóc, co robić, jak
sobie z tym wsyztskim poradzić. Dodam że jestem już tak zamknięta w sobie,
tak nieufna, że chyba nie mam odwagi powiedzieć tego nikomu patrząc mu
prosto w oczy.
Chmurka deszczowa zza której może kiedyś wyjdzie słonko.