zbieram_szkielka
23.08.10, 20:37
Tragikomiczne, prawda?
chyba uzależniłam się od życia w akademikowej komunie. Od tego czasu
minęło ładne parę lat.
Teraz nie mam nikogo bliskiego. A może nie potrafię.
Czuję taki... strach. Wracam do domu, mam kupę nauki (dokształcam
się), straszny bałagan. I nic nie robię, uciekam w głupie czynności,
odreagowuję.
Złe relacje z innymi ludźmi.
Czepianie się związku, który jest bez sensu. A może tylko mnie się
wydaje bez sensu?
Mam nadzieję, że już niedługo dostanę receptę na leki na
stabilizację nastroju, bo inaczej niedługo kogoś uduszę... Te napady
wściekłości, frustracji, rozpaczy. Gdy ktoś ma kłopot, od razu mam
ochotę analizować problem, szukać rozwiązań. Do własnych problemów
tego zastosować nie potrafię. Chora potrzeba, żeby ktoś był obok,
wsparł. Udała mi się wspaniała rzecz: wyszłam z bulimii. Ale
pozostałe problemy są, jak były. Straszne nerwy przed egzaminami,
wieczne niezadowolenie, strach, samotność.
Mam przecież znajomych. Ale nie potrafię się do nich zbliżyć. Kilka
bolesnych (ale bez przesady, nie odbiegających od tego, co spotyka
większość ludzi) przeżyć - porzuceń czy rozczarowań w sferze
przyjaźni i związków wystarczyło, żebym skuliła się jak jakiś jeż.
Trudno tak. Boli. Smutno...