ona.a
05.05.04, 06:27
Spotkało mnie w życiu wiele dobrego, dla równowagi też przykrego.Każdy nosi
swój bagaż doświadczeń.Podobny do mojego, inny.Ale wszystko sprowadza się do
tego samego - cierpimy i smucimy się w ten sam sposób.
Po nieudanych związkach, które były szczęśliwe i mogę żałować,ze się
skończyły,bo los pozwolił mi spotkać na swej drodze wspaniałych mężczyzn,
analizując to, co działo się wmoim życiu i żyicu przyjaciół, znajomych moich,
rodziny naszło mnie dziwne uzcucie.
Otóż, czy już w momencie narodzin nie jesteśmy skazani na cierpienie.Chodzi o
to, prosze, nie zrozumcie mnie źle,że od wczesnego dzieciństwa rodzice,
otoczenie, kształtuje w nas świadomość modelu rodziny,ze mimo wszystko życie
każdego człowieka sprowadza się do tego, aby mieć rodzinę, tworzyć model,
związać się z partnerem,miec dzieci.Praca i wykształcecenie to tylko dodatki
potrzebne do realizacji naszego "przeznaczenia".A my, jak zaprogramowani,
szukamy, i szukamy.Sami wystawiając sie na przykrości.
Co by było,gdybyśmy byli wychowywani inaczej, bardziej w duchu kariery czy
zainteresowan a rodzina, partnerswo było tylko dodatkeim, uzupełnieniem.A nie
przymusem.Zeby ciotki nie mówiły, pospiesz się twój zegar bilogiczny tyka,
czas na dziecko,znajdź męża, bo zostaniesz stara panną i resztę życia
przeżyjesz w samotności iw drugą stronę, bo zostaniesz kawalerem.
Nie wiem.Czy wbijane nam do głowy stereotypy i "priorytety" w rezultacie nie
sa przyczyną naszych niepowodzeń?Bo wciąż dążymy do szukania tego/ tej.
Oby nie.
Mam nadzieję,że te moje wywody to tylko wynik gorszego samopoczucia i
słabszego dnia.
Cieszmy się drobnostkami,jest wiele powodów do radości,które na codzień
pozostają niezauważone.
zyczę wszystkim miłego dnia.