zuza1027
18.08.19, 11:16
W skrócie: mam 21 lat, od 2015 r. dokuczają mi stany depresyjno-lękowe (ale wczesniej już były somatyczne objawy, od dziecinstwa), myślę, że w 2017 r. miałam największą depresję, ale nie leczyłam tego specjalnie... chodziłam na pojedyncze wizyty do psychiatry, ale szybko odstawialam leki ze względu na skutki uboczne, tylko Asentre bralam 6 tyg, ale bez efektów. Od 10.2018 chodzę na psychoterapię co tydzien (psychodynamiczna), wydawalo sie ze jest lepiej. Ale... od 2 tygodni CZARNA DZIURA, czuje się jak na poczatku, ogromny bol glowy dzien w dzien, niechec, sennosc, beznadziejny nastroj. Juz w trakcie terapii takie stany się pojawialy, raz lepiej, raz gorzej. Nie mam pojecia, czy ona w ogole działa. Myślę o jakichs lekach. Na terapię poszłam ze wzgl na ciezka sytuacje w domu (+rozpoznanie depresji wtedy wlasnie nastapiło), musialam sie wyprowadzic z domu, ojciec jest bardzo narcystyczno-agesywny, przemoc psychiczna glownie, wyzwiska, strach, krzyk to byla codziennosc. Teraz niby się 'zmienił', ale co przeżyłam to moje... Co radzicie? Moze warto z jakims lekiem pokombinowac? W terapii czuję się trochę jakbym się krecila w kolko, terapeutka głownie drąży sytuację z ojcem, ale nie czuję, żeby mi to jeszcze coś dawało...
Teraz niby zyje mi sie dobrze, studiuje, mam pieniądze na niezbędne rzeczy, a nawet i na zachcianki jakieś, w teorii nie mam powodu do depresji... jestem poza tym bardzo nerwowa, ale do "siebie", szybko sie stresuję, brakuje mi odporności, latwo wchodzi mi się w poczucie winy itp. Kurczę, chyba trzeba ciągnąć terapię...