deirdra
16.06.05, 15:10
Mam depresje od wielu lat. Tak jak chyba kazdy depresyjny, miewam okresy
gorsze i lepsze. Zawsze mi sie pogarszalo na jesienn i zime , a poprawialo na
wiosne i lato. Niestety, w tym roku rozczarowanie - chyba na skutek
przykrosci i porazek , jakie mnie spotkaly, mimo, ze jest juz 16 czerwca, na
poprawe sie zanosi. Mojego meza doprowadza to do szalu. Jestem smutna,
osowiala, apatyczna (jak to w depresji ). On nie moze tego zniesc. Wrzeszczy
na mnie, ze ma dosc mojej wykrzywionej geby, mojego smutku. Codziennie
slysze, jak to on marzy o wesolej, usmiechnietej dziewczynie.
Nie biore lekow , bo jakos zadne na mnie nie podzialaly. Wydaje mi sie , ze
dosc dobrze zmagam sie z zyciem : pracuje na pol etatu, chodze na kurs
jezykowy, w domu wszystko od a do z robie ja ( faktycznie niedoskonale - do
czystosci u mnie mozna by miec wiele zastrzezen ). Rzeczywiscie zyje na
minimalnych obrotach. Tlumacze mu, ze to choroba, ze ja na to nie mam wplywu.
Kiedys tez bylam super przedsiebiorcza i aktywna. Staram sie mimo choroby,
mimo autentycznych problemow ( w pracy ) zyc normalnie. Prosze go, zeby
przestal mnie ciagle krytykowac, ze mnie tymi uwagami rani, ze mi sprawia bol
no i ze przede wszystkim to wplywa dramatycznie na pogorszenie mojego stanu.
Jego zdaniem nie dosc aktywnie szukam nowej pracy .Wystarczy, ze zapomne o
kupieniu marchewki, to nazywa mnie wariatka.
Kiedys w weekend najezdzal na mnie i najezdzal, tak ze w koncu nie
wytrzymalam , polknelam kilka tabletek nasennych, popilam alkoholem i spalam
22 godziny zeby go nie widziec i nie slyszec.
ja juz tego nie moge wytrzymac !!!