olga110
22.09.05, 10:28
Juz pawie roczek jesteśmy po slubie. Mieszkamy we własnościowym mieszkaniu,
po mojej mamie. Nagle mój teściu dość poważnie zachorował i mój mąż wymusza
na mnie przeprowadzkę do innego miejsca w innym mieście, do domu jego
rodziców. Moje relacje z teściami są poprawne, ale pewnie dla tego ze zawsze
przy nich byłam mołomówna, starałam sie omijać tematy , na które mieliśmy
odmienne zdanie. Mój mąż jest wpatrzony w nich jak w święty obrazek,
cokolwiek oni powiedzą jest święte. Ja nie chcę się przeprowadzać do teściów,
mając swoje wlasne mieszkanie, mieć poczucie, że to oni decyduja co sie
dzieje w ich domu. Wspólna łązienka, wspólna kuchnia, jedno wyjście
wejściowe,...Jak to się mówi : ciasne ale własne! Jego matka musi wiedzieć,
gdzie wychodzimy, o czym rozmawiamy z innymi, co kupilismy i ile to
kosztowało...i dlaczego takie drogie, bo ona by tego nie kupiła. Denerwuje
mnie to. Przed ślubem mieszkałam kilka lat sama w mieszkaniu ,byłam
samodzielna, sama decydowałam, co jej, kiedy jej, nikt mi nie narzucał, że
mam jeść coś co jest zdrowe, co niekoniecznie mi smakuje (bo taka właśnie
jest teściowa). Teraz jak teściu jest w szpistalu, teściowa wymusza na swoim
synu, żeby spał w jej domu, a mnie zostawił, bo ona się boi sama spać w
wielkej domu. Mój mąz nie patrząc na mnie jedzie na złamanie karku, bo matka
go potrzebuje, a ja ....:(
Teraz mąz wymyślił, że mamy się wyprowadzić do romu moich teściów, bo wtedy
wilk będzie syty i owca cała. Będzie miał wokół siebie dwie kobiety , które
kocha(mame i mnie). Boze, może to coś ze mną jest nie tak... ja juz sama nie
wiem co mam robić. Nie darzę ogromnym uczuciem teściów, może dlatego ze to
dopiero rok... nie wiem, Ale nikt nie patrzy, że będę miała teraz trzy
przesiadki autobusowe, że na dojazd, że z miasta mam się przenieść na jakieś
zadupie ( mój mąz jeździ naszym wspólnym autę do pracy, bo niby mam na zmiany
i cięzko mu dopasować autobusy) a co ja mam powiedzieć, jakbędę mieć trzy
przesiedki. Tam gdzie mieszkam obecnie, miłam wszystko w zasięgu ręki, nie
potrzebowałam auta i dlatego zgodziłam sie , że auto całkowicie opanował mąż.
A teraz nawet jakbym chciała jechać do właśnej rodziny, to wiąże się to z
całą wyprawą, chąc wpaśc na pół godziny do siotrzy i jej dzieci, w autobusie
spędzę półtora godziny. Czyli z definicji nie opłaca mi się taki wypad. Mąż
jeżdzi na całą dobę do pracy i kto się bbedzie użerał z jego rodzicami na
codzień, ja nie on. Nie ważne, że wie , że oboje rodzice mają cieżkie
charaktery i na pewno nie zgodne z moim. Ale on będzie uciekał mi na cztery
doby w ciągu tygonia poza dom do pracy, a ja gdzie pójdę... Nie wiem, może to
coś ze mna jest nie tak, może każdy ma to samo co ja i powinnam sie pogodzić
z taką koleja zycia.... Wszelkie próby podejmowanej rozmowy przeze mnie z
moim mężem kończą się awanturą. Na dodatek mąz ma teraz do mnie ogromny żal i
pretensje, że w takich trudnych chwilach dla jego rodziny , ja staję
okoniem. Nie wiem co mam robic, podpowiedzcie mi, może ja faktycznie żle
robie???