bambomurzynzafryko
23.08.06, 00:22
Ponad rok temu depresja wtargnęła w moje życie. Pierwsze pół roku to był
koszmar – później zdarzały się chwile lepsze i gorsze. Ale rezultat był
jeden – dziadziałem, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej. Zamiast młodego,
prężnego naukowca stałem się „nikim”. Nie spotykałem się z ludźmi, nie
czytałem, bo na książki nie miałem pieniędzy, a i ochoty nie stało. Ale –
paradoksalnie – w tym dziadostwie znalazłem upodobanie. Zawsze umęczony przez
ambicję – kiedy rysowałem, kiedy grałem, kiedy pisałem – teraz odetchnąć
mogłem pełną piersią.
Jutro jadę do tv. Gwiazdować i mądrzyć się w Ogrodzie Sztuk. Nie robię pod
siebie ze strachu, choć przed publicznymi występami zżera mnie trema. Ale
czuję, że wracam do starego życia i wcale mi się to nie podoba. Coraz
częściej zaczyna dzwonić telefon, a moje myśli wypełniają się planami,
kalkulacjami, fantazjami. Ech, wszystko to marność nad marnościami i jeszcze
raz marność!
Czasem to dobrze tak nie móc żyć na pełnych obrotach, obserwować z boku to
całe targowisko próżności. Boje się, że za parę miesięcy pochłonie mnie ten
żywioł błahych spraw, chorych ambicji i zawiści.