rdklzb
07.03.07, 04:14
Właściwie, po wielu przymiarkach, nie wiem jak zacząć.
To już samo w sobie jest deprymujace i degradujące we własnych oczach.
W kazdym razie zdecydowane już - postanowiłem "uciec".
Czy może raczej, wciaz sie zastanawiam. Jest to dosyć szczeniackie podejscie, bo jeśli człowiek czuje, że chcę uciec, powinien być do tego przygotowany i pewny, ale ja nie jestem pewny.
Nie chodzi tu o samą kwestię ucieczki. Ona jest pewna, a ja jestem zdecydowany czy może raczej zdesperowany na tyle, aby uciec.
Owa ucieczka jest możliwa, przynajmniej w moim mniemaniu, na dwa sposoby :
pierwszym, chyba bardziej radykalnym, jest samobójstwo.
drugim - ucieczka jak najdalej od miejsca w którym mieszkam.
Mój problem, bo nie raczyłem wytłumaczyć niczego, który zmusza mnie do wycieczki, jest dosyć prozaiczny jak na każdego niedoszłego samobójce - desperata.
Mam problem z odczuwaniem szczęscia. W jakiejkolwiek postaci. Jestem dosyć inteligentną osobą, kształcącą sie na bieżąco, mająca dobre wyniki w pracy, jestem kreatywny (m.in fotografuje i sprzedaje własne prace.), działam artystycznie na wielu polach malująć, pisząć z różnymi skutkami. Teoretycznie jestem normalny, niczego mi nie brakuje, ale...
Po pierwsze - nie mogę spac. Początkowo wydawało mi się, iż problem wywodzi się z tego, ze fanatycznie wręcz spie do późnych popołudni, ale po eksperymencie którego celem było "wynormowanie" godzin snu, na takiej zasadzie ze nie spałem do późnych popołudni, wyszło iż to jednak nie tutaj pies jest pogrzebany.
Kolejne to brak odczuwania jakiejkolwiek satysfakcji. Czegokolwiek bym się nie zabierał wydaje mi sie to po jakimś czasie tracić swój sens i pierwotny zamysł. Cały zapał i intencje, wszystko nagle ulatnia się ze mnie w jakiś "magiczny" sposób, zostawiajac mnie samego i znużonego.
Nie odczuwam satysfakcji w korealacjach międzyludzkich, znajomi wyddają mi sie osobami nieintersującymi, sprawiają wrażenie niemającyh nic do zainteresowania, a rozmowa z nimi urywa się po pierwszych 15 minutach, gdyż ja zaczynam być nią nie tyle znużony, co poprostu "przytłoczony".
Prosze nie rozumieć tego jako przerost mojego ego i pychy. Przebywam z ludzmi na róznych poziomach intelektualnych, nierzadko przewyzszajacych mnie nie tylko mądrością ale i doświadczeniem - problemem jest tu nieczerpanie satysfakcji z przebywania z (takimi ?) ludzmi.
Nie potrafię czerpać satysfakcji z rutyny, przyzwyczajenia i tych, tak zwanych "drobnych spraw", są one dla mnie nudne i rzenujące często.
Nie czerpie satysfakcji z oglądania filmów, czytania książek, uprawiana sportu - rzeczy, które niegdyś były nieodłącznym elementem mojego życia wyznaczającymi mi jakąś droge.
Nie czerpie przyjemnosci z edukacji. Zważywszy na mój młody wiek (18 lat) przeraża mnie fakt, iż nie przywiązuje do tego żadnej wagi i nie obawiam się o własną przyszłość.
Jestem apatyczny, negatywnie nastawiony, pełny pesymizmu i ogólnej pogardy. Moj negatywny nastroj negatywnie odbija sie na swiecie, ludziach ktorzy mnie otaczaja. Coraz bardziej zaczynam tracic kontakt z otoczeniem.
Jednak najgorsze jest uczucie bezsilności i bezsensownosci. Bezsilnosc odnosi się do mojej sytuacji, tego iż nie moge zrobic ze sobą, swoim losem, nic konstruktywnego, co w jakis sposób by mnie zmieniło. Bezsensownosc to coś, co prowizorycznie koliduje z uczuciem bezsilnosci, gdyz kazda moja czynnosc, poza fizjologicznymi, wydaje mi sie tracic po pewnym czasie sens. Im bardziej jestem w cos zaangazowany tym szybciej traci to dla mnie sens.
Sytuacja ta, czy moze raczej stan, zaczyna mnie powoli przerastac i zmusza do szukania jakichs alternatyw. Z czasem te alternatywy staja sie coraz bardziej radykalne i to rowniez zaczyna negatywnie na mnie dzialac.
Ucieczka wydaje mi sie jedynym rozwiazaniem. Zwlaszcz, ze mieszkam w niewielkim miasteczku (10k mieszkancow), co zapewne w jakis sposób przyspiesza moja decyzje.
Licze nawet bardzo iz moja ucieczka bedzie swoistego rodzaju "exodus" po ktorym czeka mnie "raj".
Problem polega na tym, ze z czasem i to zaczyna tracic sens, a szala goryczy i rozpaczy przechyla się w strone najradykalniejszego rozwiazania, jakim jest samobójstwo. Nie wiem, co robić.
(o mojej desperacji świadczyć może też i to, że szukam pomocy na forum internetowym, co dla mnie jest dosyć... jakby na to nie patrzeć, żałosne.
Prosze nie czuć się urażonym, nie jest to napisane w złej wierze. Chodzi mi o pewien mit iż ludzie na wskroś bezsilni i nie umiejacy poradzic sobie z własnymi problemami "łapią się brzytwy" i są na tyle pozalowania godni iz szukaja pocieszenia i pomocy wsrod obcych ludzi)
P.S Jest na tym forum taka Pani, która proponuje "wegetarianizm" i medytację.
Prosze zrobic dla mnie wyjatek i "odpuscic" sobie. Przez 3 lata byłem sXe.