opium4
24.07.03, 20:03
Czuje sie zupelnie bezradna i czuje, ze moje emocje, mysli wymykaja mi sie
spod kontroli.
Tym bardziej mnie to przeraza, ze od lutego regularnie chodze do
psychoterapeuty. Byl moment, kiedy wydawalo mi sie, ze robie sie
spokojniejsza, ze zaczynam widziec swiatlo na koncu tunelu... ale jednak nie.
Ciagle tak latwo mnie zranic, przejmuje sie wszystkim, wszystko odbieram
strasznie personalnie i od razu reaguje zloscia, placzem, pretensja.
To jest okropne - kiedys to tlumilam, teraz to wykrzykuje, ale to tylko
pogarsza sprawe.
Mam zal do wszystkich. Do tych, ktorzy nie zdaja sobie sprawy z mojego stanu,
ze powinni to dostrzec i pomoc. Do tych, ktorzy cos zauwazaja, ze nie sa w
stanie mnie zrozumiec, a gdy mowia, ze chca pomoc - mowie, ze i tak im sie
nie uda...
Wiem, ze to belkot, ale nawet nie umiem juz logicznie myslec i sama nie wiem,
czego chce.
To znaczy wiem, ze bardzo spragniona jestem uczucia i akceptacji i bardzo mi
tego brakuje.
Co mam robic? Zmienic psychoterapeute, czy zaufac i wierzyc, ze to wszystko
odniesie jakis skutek. Watpie w to, bo spotkania polegaja na tym, ze jesli
nie zaczne sama nic mowic, to moze nie pasc zadne slowo - nie potrafi mnie
zachecic. A jesli juz cos z siebie wyrzuce to mam wrazenie, ze powtarza to w
innych slowach - po prostu mnie podsumowuje w skrocie, czyli mowi to, co ja i
tak juz o sobie wiem... Czy to jakas metoda?
pozdrawiam wszystkich,
opium