monika.b.87
07.06.08, 23:18
Mam niespełna 21 lat a czuję się jak wrak człowieka. W wielu testach
wychodzi, że mam depresję. Gdy koleżanka robiła mi ostatnio zdjęcie
to...nie mogłam się ot tak uśmiechnąć, nigdy czegoś takiego nie
miałam. Studiuję na kierunku, który mnie interesuje, nie żałuję
swojej decyzji, pod tym względem czuję się w jakiś sposób spełniona,
na tym kończy się moja radość. Nie potrafię się uczyć, udaje mi się
jakoś ledwo wszystko zaliczać (wiem że stać mnie na o wiele więcej),
zazwyczaj w pierwszym terminie, ale nie o tym chce pisać. Przyczyną
mojego fatalnego nastroju jest nic innego jak samotność. Od zawsze
się z nią borykałam. Jestem jedynaczką, moi rodzice rozwiedli się
jak byłam mała. Mam w nich oparcie, aczkolwiek oni mnie nie
rozumieją, każda niemal rozmowa z mamą kończy się kłótnią. Dalsza
rodzna..cóż interesują się mną, ale tak "od święta". Nie mam
chłopaka (szukam, lecz nie na siłę), przyjaciół, znajomych mam,
staram się zacieśniać kontakty, nawet bardzo, ale każdy jak nie
chce, to ma już nową paczkę ze studiów. Grupę mam całkiem w
porządku, staram się chodzić na nieliczne i tak imprezy, trochę
rozmawiam, staram się być miła, pomocna, czasem zabłysnę humorem...i
na tym koniec, ludzie traktują mnie w większości jak powietrze, w
stosunku do innych czuję jakby chcieli mi powiedzieć: "za niskie
progi". Starałam się odnawiać znajomości z lat szkolnych, chodziłam
na koła zainteresowań, na duszpastertwa itp. Nic, nie mogę jakoś się
z nikim głębiej zaprzyjaźnić. Dla wszytskich jestem tylko "miłą
znajomą, ewentualnie koleżanką". Próbowałam szukać przyjaźni w
internecie, również słono się zqawiodłam. Nie mieszkam w akademiku
(nie dostałam), tylko w wynajmowanym mieszkaniu z koleżanką (może i
miłą, aczkolwiek nic poza tym, traktuje mnie jak współlokatorkę,
choć kiedyś miałam nadziję na przyjaźń, całe dnie spędza ze swoim
chłpakiem, mówiłam jej o mnie, czasem wyjdziemy gdzieś w trójkę, ale
to tylko czasem...poza tym niedługo się wyprowadza i myślę, że
znajomość kiedyś zgaśnie). Myślałam też o obozach, wycieczkach, może
tam znajdę jakąś paczkę, poczuję trochę życia studenckiego - nic
tylko się zawiodłam, każdy miał już swoje zamnkięte ekipy, bądź same
pary...Czuję, że marnuje najlepsze lata swego i tak smutnego zycia.
Chciałabym uprawiac sport, spacerować, szaleć gdzieś, tylko nie ma z
kim i coraz bardziej mi to doskwiera...Było już pare osób co się
dziwiło, że jestem taką miłą, wartościową i ładną osobą, a wciąż
jestem taka sama...jak palec. Zawsze byłam pomocna, jednak gdy mi
trzeba było pomóc to jakoś każdy się wymykał...Nie wiem co mam już
robić, czy ja mam zwyczajnie pecha? czy coś nie tak z komunikacją z
innymi? Próbowałam znaleźć ukojenie w wierze, lecz brak mi
wytrwałości a i też ostatnio sama w to wszystko wątpię...Często
płaczę, a już teraz gdy jest taka ładna pogoda a ja siedzę i nawet
nie mam z kim wyjść...
Jeśli dotrwaliście do tego momentu w czytaniu mojej dość długiej
wypowiedzi to bardzo wam dziękuję. Powiedzcie coś, choć wiem, że
nikt z was nie może mi dać gotowej recepty.